sobota, 22 kwietnia 2017

Zapomniane Karty: Wierzenia - prolog




      Przemierzałem rozległe zielone równiny w celu odnalezienia wewnętrznego spokoju i klucza do wejścia przepadłej magii do mojego umysłu. Tak mi się przynajmniej wydawało. Chciałem osiągnąć coś czego nikt z nowej ery nie osiągnął. Chciałem posiąść wiedzę z czasów, gdy Eleseya była jednością. Wierzyłem legendom i wszystkim bajkom. Wierzyłem w coś z czego wszyscy się śmiali, uznawali to za dobrą rozrywkę, a nie naukę, nie za wiedzę. Nie chciałem zaś wierzyć w proste wyjaśnienia ludzi uznawanych w mieszczańskich gronach za erudytów, ludzi intelektu. Ich wyjaśnienia katastrofy może były i proste, były zrozumiałe, ale były płytkie, pozbawione większej głębi, czegoś co nadawało by zagładzie wielkiej powagi i dostojności, szczególnego sensu jej wystąpienia. Bo przecież katastrofa nie mogła być tylko następstwem procesów natury, jednym z elementów nieustannego życia świata, nie mogłaby pojawić się od tak, aby tylko zmienić porządek świata, prawda? Musiało ją spowodować coś, coś niewyobrażalnego nam, zwykłym śmiertelnikom, musiała stać za tym jakaś magiczna siła wywołana przez coś lub kogoś. Ja w to wierzyłem. Wierzyłem, że tak było i postanowiłem, że to udowodnię, odkryję drugą głębię, tą prawdziwą, zrobię to tak jak dowiodłem powstanie nowych ras i organizmów. 
   Magia przepadła, magia zgubiona, tylko nieliczni w nią wierzyli. Magia, którą posługiwali się w starożytności Eleseyczycy była najpotężniejsza i zniknęła wraz z zagładą, lecz istniało niewielkie prawdopodobieństwo, że przetrwała ukryta, zamknięta w kilku wyjątkowych, dziwnych miejscach na nowym świecie. Mówiono także, że była bezpośrednio związana z kataklizmem. Tak przynajmniej podawały kroniki, które uznawałem za prawdziwe. I tak pewnego dnia czytając jedną z nich postanowiłem, że udowodnię jej istnienie, odnajdę miejsce, w którym została zapieczętowana. Po wieloletnich badaniach, przeszukiwaniach wszelakich ksiąg i podróżach dotarłem w końcu na równiny. Nie było tam żadnych drzew, a słyszało się szum liści, nie było ptaków, a można było posłuchać ich śpiewu. Była tylko trawa porastająca niewyobrażalnie prosty i ciągnący się po horyzonty obszar. Szedłem nieprzerwanie długo, w dzień i w noc, nie ustawałem na nic. Odpoczynek czerpałem z mocy tego enigmatycznego miejsca. Czułem tam tą tajemniczą aurę, wyjątkową moc tego miejsca, lecz nie miałem pojęcia jak się do niej dostać. Cierpliwie czekałem i szukałem.
   W końcu pewnego dnia sama mnie znalazła. Acz w innej postaci niż się tego spodziewałem, o wiele potężniejszej i całkiem inaczej wyobrażonej. Słońce było wtedy w zenicie, a wiatr mocno pohukiwał, sprawił, że równina zamieniła się w zielone morze traw. I pośród tego oto morza pojawiło się znikąd dziesięć postaci. Stanęli nieruchomo w kręgu, w którego centrum się znalazłem. Byli o wiele więksi i emanowała od nich boska poświata, a każdy wyglądał inaczej. Obracałem się wokół, aby każdemu dobrze się przypatrzeć, a kiedy spoglądałem na nich czyjś głęboki głos mówił mi ich imiona i od razu wiedziałem kto jest kim. Ten najbardziej boski, otoczony najjaśniejszym światłem z pięknymi skrzydłami - Solaris. Z jego prawej strony piękna kobieta o iście białych włosach - Yuèlia zwana Luną. Dalej zakapturzony mężczyzna, pokryty wieloma szatami - Khayalan, delikatna dziewczyna o czarnych włosach ze smutną miną - Lauriel, przypominający elfa - Daear, obok niego białowłosa o ślepych oczach ze znakami na twarzy - Ajlija, ciemnowłosy z zasłoniętą twarzą - Sabio, wojowniczka z bestią u boku - Nuér, najbardziej przerażający z okrutnym spojrzeniem - Archeos, a krąg zamykała piękna kobieta z wilkiem u boku - Mira. Gdy już wiedziałem kto kim jest, świetlisty przemówił: ,,O to wokół Ciebie otoczeni, patroni tego świata, najpotężniejsze istoty, sprawcy wszystkiego. Przedstawiciele dobra i zła. Teraz, gdy na świecie kształtuje się nowy porządek, nie może zabraknąć w nim nas. Jego przyczyny i początku. Powierzamy Ci wielką misję mądry człowieku o rozumie rozumiejącym wiele i nic zarazem. Głoś wiarę w dziesięciu. Rozprzestrzeń wiedzę o naszym istnieniu po całej tej krainie, w której teraz się znajdujesz, aby mieszkańcy tego lądu poznali kim są ich prawdziwi władcy. Gdy to zrobisz, wypełnisz powierzone Ci zadanie, obdarujemy Cię największym darem jaki sobie tylko zażyczysz. Idź i głoś wiarę w dziesięciu." Po wypowiedzeniu ostatniego słowa wszyscy rozpłynęli się w powietrzu. Stałem długi czas osłupiały, aż nie oślepił mnie blask księżyca. Potem wyruszyłem w drogę, dalszą drogę danego mi przeznaczenia. Zacząłem głosić to co ujrzałem i usłyszałem. Odwiedziłem wiele miast i wsi. Słuchali mnie wszyscy, lecz nie wszyscy wierzyli. Starałem się jak mogłem, nie poddawałem się, brnąłem dalej. Przekonałem wiele ludzi. Mój głos stał się głosem tej krainy. Ci co się ze mnie śmiali kłaniają się przede mną.  
      Teraz stoję oto przed wami ludu Eleseyi i opowiadam wam swoją historię w nadziei, że kiedyś spisze ktoś moje losy i sami staniecie się głosicielami wiary. Pewnie wiele z was zastanawia się również jak zostałem wynagrodzony za mój trud? Otóż moi mili pozwolono mi na dwa życzenia. Pierwszym z nich było to, abym mógł zobaczyć jak kiedyś wyglądała Eleseya. Moje pragnienie się spełniło. Pewnej nocy podczas snu ujrzałem z góry jeden wielki kontynent, podzielony na kilka współpracujących ze sobą królestw. Cały ląd usiany był licznymi pięknymi pałacami i wielkimi miastami. Żyło tam tylko kilka ras z dzisiejszych setek. Ujrzałem również magów parających się potężnymi czarami, wojowników ćwiczących tajemne arkana walki i rolników dbających o każdą istotę. Tamten świat był piękny, przynajmniej tak mi się wydawało, ale przecież pozory mylą. Kto wie może nasz obecny świat jest piękniejszy, albo będzie? Mam nadzieję, że tak. Drugą prośbą było zaś to, aby po mojej śmierci, ktoś odziedziczył mojego ducha i rozwiązał i zbadał sprawy, których mi nie było dane dokończyć, przejął moją misję. Bo nie myślcie sobie, że świat kończy się na Dziesięciu. O nie nie nie! Jest jeszcze wiele magicznych spraw i tajemnych rzeczy do odkrycia. Bądźcie więc w nadziei, bo być może któreś z waszych potomków stanie się moim wcieleniem. A teraz żegnam was w pokoju.

Wypowiedź jednego z Mędrców, głosiciela 
wiary zwanego Arayasem wypowiedziana podczas 
Wielkiego Święta i zanotowana w 157 r. nowej ery.