poniedziałek, 25 września 2017

Mit o narodzinach rasy pieśniarzy



Usiadłam na wprost mojego rozmówcy i oparłam głowę na dłoni wpatrując się w płomienie igrające na polanach drzewa tworzących w moim murowanym kominku równiutki stosik. Niesforny ogień co i rusz układał się w fantazyjne kształty jak z baśni tysiąca i jednej nocy. Zdawało mi się, że skądś znam te postaci, więc szybko zmrużyłam oczy, by powstrzymać falę cudzych wspomnień. Drobne dłonie powleczone rękawiczką zacisnęłam mocniej na oparciach fotelu. Twarz musiał mi się znów wykrzywić w tym grymasie wysiłku, bo gdy ponownie uchyliłam powieki, przybysz wpatrywał się we mnie natarczywie.
- To znowu te twoje wizje?
Zapytał z czymś na kształt troski w głosie. Skinęłam głową i pochyliłam się lekko starając powstrzymać nudności. Wreszcie zrezygnowałam i czując napływające do oczu łzy sięgnęłam po harfę. Delikatne dźwięki nieco mnie uspokoiły, tak że mogłam wreszcie głębiej odetchnąć.
- A tak właściwie skąd ci się to bierze?- zapytał, a ja natychmiast dostrzegłam te figlarne iskierki w jego oczach współgrające doskonale z nieludzkim uporem. 
- Jestem pieśniarką - mruknęłam nakrywając się kocem i łudząc w duchu, iż to wystarczająco wyraźnie da mu do zrozumienia, że nie jestem w nastroju na kolejną pieśń. Oczywiście nie odpuścił.
- Twoja matka też była pieśniarką? Czy ta rasa może być dziedziczona przez mężczyzn?
- Moce słowa nie są dziedziczne - odparłam starając się na niego nie patrzeć. Głos mój był obojętny, ale palce instynktownie szukały już właściwych strun, zmrużyłam oczy:

Wśród dymu kadzideł w nocy pomroce
Do stóp twych bogini pokornie kroczę
Złożyć w twe dłonie całą nadzieję co pod sercem noszę
W wizjach widziałam co je czeka i o litość ciebie proszę
Gdy córka ma nie może być zwykłym człowiekiem
Niech na całe życie ma choć twoją opiekę
Tak modły wznosi kapłanka w świątyni
Licząc na łaskę dobrej księżyca bogini
Luna więc siedząc na swym gwiezdnym tronie
Wyciąga przed się alabastrowe dłonie
Wzywa palca skinieniem lotnego puszczyka 
Niechaj z jej rozkazem do Jawry niebem pomyka
A bogów wyrocznia siwowłosa sroga
Niech prorokuje kędy biegnie dziecięcia droga
Stawia się starka na pani wyzwanie
I klęka pokornie na jednym kolanie
Po czym pod ramie troskliwie ujęta
Na chmurnych puchach siada przejęta
Oczy zaklęte bielmem ślepoty błyskają
Bo nie przed siebie lecz w przyszłość spoglądają
Kościste palce dobrze nici życia znają
Choć je losy przeciwne w węzły plątają
Ona je zgrabnie wywikła, w dłoni zważy pomieści
Dziś rzecze do bogini mowa takiej treści:
  Dziecko z urodą wiosennej łąki
Z głosem co go zazdroszczą skowronki
Lecz przyszłość pełna bólu, którego się nie zapomina
Droga jej wiedzie gdzie krwawa dolina
Tysiąc padnie po prawej, tyleż po lewej stronie 
Ona jedna ocaleje by nieść dziedzictwo krwi swoje
Nie zapomni, zapomnienie nie dane takim jak ona
Niczego nie doświadczy, choć jej pieśń krwią splamiona
Cudzy ból, cudze znoje
Idź dziecię nieś przekleństwo swoje
W świecie którego nie rozumiesz
Którego w pełni zbadać nie umiesz
Płyń naprzód bezbronny kwiecie, co strzec się nie może się nawet łzami
Żyć będziesz na zawsze tylko cudzymi wspomnieniami
Lub zginiesz nim doświadczysz i poznasz co życie
Śmierć cie czeka dziecino jutro o świcie*
I rzecze pełna troski bogini obrony:
Czy leku dla niej nie ma ni żadnej osłony?
Zawsze będzie żyć wspomnieniami co ujścia znaleźć nie mogą 
czy iść ona musi tą żałosną drogą?
Wybacz bogini - rzecze starka - i nas pęta przeznaczenie
Od początku do ostatka jemu podlega każde stworzenie
Lecz czuję że jeśli chcesz to srebrnymi nocami
W gaju pomruków jeleń chadza ze srebrnymi rogami
To bożek życia w tej postaci
Odwiedza leśnych swoich braci
On ma ze szczęściem tajemne układy
Zna jego wszelkie zachcianki i wady
Schwyć go, a on ci sposób wyjawi
I tak się dziecię od nieszczęść wybawi 
Wdziewa więc na się strój łowczego bogini waleczna
I zdobyczy czeka za drzewem bezpieczna
Blask na jej twarz rzuca poświata księżyca
I srebrem maluje gładkie jej lica
Wreszcie przez mroki i mgliste ostępy
Nad ziemią leci jeleń zaklęty
Świsnęła strzała i godzi niechybnie
W zaroślach cieć rozpięta zdobycz przydybie
Spłoszony zwierz obniża loty
I wnet się plącze w misterne sploty
Oddech zeń srebrnej krwi zdroje wytacza
Nad nim już słychać wrzaski puchacza
I wnet bogini piękna się zjawia
Za uwolnienie warunki stawia
A jeleń skłoniwszy się należycie
Rzecze: Ja mogę ocalić życie
Lecz dla natury biegu równego
Trzeba mi dostać coś równie cennego
Próżno darami szafuje bogini i składa różne obietnice
Wysoko sobie życie ceni zwierze tajemnicze
 Wypuszcza więc jelenia pomna wielkiej straty
Lecz nie on winien więc niegodzien trafiać za kraty
Czy w zamian za mrzonkę życie oddawać
Trzeba przeznaczeniu widać się poddawać.
A nad świątynią świt się różowi
I spiesza naprzód męże bojowi
I ogień jak krzew róży wspina się na ściany
A w ciszy głosik dziecięcy dźwięczy niesłyszany
A kiedy pożoga i wojna minie
na ziemię znosi wiatr boginię
 Nad kołyską się pochyla i takie rzecze słowa:
O słowiczku mój mały bądź zdrowa
Choć świat cie za życia w trumnie pochowa
 więcej ci dać nie mogę niż to bądź zdrowa
Zerkają oczka modre na dobrą boginie 
Po policzkach alabastrowych łza samotna płynie
I opada i na srebro barwi dziecka jasny lok
I płomieniem się zapala księżycowej pani wzrok:
Tobie wielkość jest pisana
choć w sercu zostanie rana
twój słowiczy piękny głos
Bohaterski będzie śpiewać los
Pójdziesz na wojny do boju zagrzewać
Pójdziesz w niewolę o ojczyźnie śpiewać
Uczucia ci wrócę lecz znacznie głębsze
Wielu ludzi historie odgadywać będzie twe serce
A natchnienie o de mnie ci dane
Pozwoli ci śpiewać to co zapomniane
Schyla się bogini w czoło dziecię całuje
I moc ta wyjątkową tako jej daruje
Patrzy na to księżyca pełna, srebrna twarz
Stąd moc którą dzisiaj u mnie samej znasz 


 * pieśni wróżbitki nigdy nie są jednoznaczne, według tego fragmentu najprawdopodobniej dziecko ma stracić rozum i umiejętność okazywania emocji w wyniku traumatycznych przeżyć dnia, w którym się narodzi

niedziela, 24 września 2017


Nathaniel → 26 lat → Włóczykij → Syn wiedźmy


      Szedł z rękoma w kieszeniach, z plecakiem przerzuconym przez jedno ramię. Szedł, uśmiechając się do zwierzątek, puszczając oczko każdej mijanej dziewczynie. Gdy zapadała noc już nie szedł. Siadał, rozpalał ognisko, modlił się, dziękując bogom za strawę, jadł i szedł spać. O świcie wstawał i znów szedł.

      To nie tak, że jedynym celem w jego życiu było chodzenie. Chociaż ukochał tę czynność bardzo. Szukał miejsca dla siebie, w którym mógł osiąść na okres dłuższy niż kilka dni.

     Chociaż uśmiechnięty i wiecznie pogodny, z duszą na ramieniu, Nathaniel ma spore problemy z zaufaniem. Lubi ludzi, lubi ich towarzystwo, jednak o swoim życiu nie opowiada. Nie zdradza również, kim jest i czym się zajmuje.


      Usiadł na powalonym drzewie. Zdjął plecak i sięgnął po sakiewkę z wodą. Upił kilka sporych łyków po czym spojrzał przed siebie. Przed nim rozciągały się góry Drahi. Oznaka tego, że zbliża się już do Yvelii. Jednego z najpiękniejszych miast Xaresyi. Poruszył dłonią, szepcząc coś w dziwnym języku. Tuż obok niego na pniu wyrosła mała roślinka.