30 lip 2019

Sny Asarów: Przebudzenie

Jedno z wielu okien pokoju wyglądało na ciągnące się w nieskończoność lasy i mały wodospad pośród nich, znajdujący się na jednym ze stromych wzgórz. Shaella stała przy nim i wpatrywała się zamyślona w piękno przyrody, dziedzictwo Elfów. Ubrana była w czerwoną elegancką suknię, a jej misternie upięte włosy spływały po ramionach. Od zawsze uwielbiała przebywać na łonie natury, wyciszało ją to i uspokajało. Niestety tereny Elfów stawały się coraz bardziej niebezpieczne, co bardzo ją martwiło. Pałac, w którym przebywali znajdował się na granicy Yvelii. Należał do rodziny jej przyjaciół.
- Imaeth soa'ae Shaelle - odezwał się wysoki Elf ubrany w błękitną szatę, stojący przy wielkim zdobionym stole, na którym leżały porozkładane mapy. Jego długie białe włosy spięte były srebrną klamrę. - Nie możesz stąd odejść!
- Muszę Inarinie - odwróciła się i spojrzała na niego ze smutkiem w oczach. - Nie pozwolę, żeby coś wam się stało! - jej głos w pewnym momencie przełamał się, zaczął drżeć. Odgarnęła z policzka kosmyk brunatnych włosów. - Przynoszę wam tylko cierpienie... A po za tym nie mam na to wpływu. Wypędziła mnie Rada Najwyższych, zapomniałeś? - odwróciła głowę i spojrzała na wielki obraz, przedstawiający zmarłą niedawno królową Sirane.
- Szlag niech trafi Radę! Założę się, że poplecznicy Solentisa wciąż w niej siedzą, dlatego tak bronili Taevlinda. 
- Mają rację, nie miałam prawa go zabić bez żadnych dowodów - spojrzała z powrotem na wysokiego elfa.
- Mówiłaś, że widziałaś go jak rozmawiał z Solentisem, a później jak zdejmował czary ochronne z placu?
- Tak, ale nikt mi nie uwierzył... Jak mi powiedziano jestem zbyt młoda na rozsądne decyzje. Ale... myślę, że dobrze się stało - zamilkła na moment zamyśliwszy się. - Mam dość tego miejsca. Stolica nigdy nie była moim domem. A po za tym póki stary system i Rada nie ulegną gruntownym zmianom będzie coraz gorzej... 
- Przecież królowa Auriele ograniczyła wpływy Rady. Nie będzie miała już takiej władzy. Niedługo ja wejdę w jej kręgi zastąpiwszy swojego ojca. Będę działał na rzecz reform!
Shaella uśmiechnęła się pobłażliwie.
- To tylko pozory Inarinie. Nie dasz Rady przebić się przez głos starców. Ponadto królowa niedługo wyjdzie za księcia Anavariela aen Sellacha. Wiesz, co to oznacza prawda?
- Jego porywczość i bezwzględność mnie przeraża... Ale nie zdoła zawładnąć królową!
- Kwestia czasu - rzekła krótko i podeszła do niego. - Wiedźmy zrobią wszystko żeby mnie dopaść. Nie odpuszczą mi. Jeśli tu zostanę zaatakują pałac - w jej zielonych oczach pojawiły się łzy. - To przeze mnie zginęła twoja siostra. Nie zapominaj. Gdybym nie była taka uparta była by tu teraz z nami. Mój czas jako obrończyni królestwa dobiegł końca. - Objęła mężczyznę za szyję i pocałowała go w policzek. - Żegnaj przyjacielu. Ena Ilvae! 
Inarin nie odpowiedział, schylił tylko głowę, a gdy wyszła z pokoju walnął pięścią w stół.
Następnego dnia Shaella była już w drodze. Postanowiła wyruszyć do Karamatis, miasta położonego na północy Xaresyi na wybrzeżu Szkarłatnego Oceanu, które było największym ośrodkiem handlu w krainie. Wydało jej się najmniej zamieszane w róże konflikty i najbardziej przyjazne dla rożnych ras. Podróżowała na swoim szarym koniu, którego nazwała Srebrzysty. Wzięła ze sobą mały tobołek z najpotrzebniejszymi rzeczami, a ubrana była w skórzane spodnie i białą koszulę z długimi rękawami. Nie chciała żeby ktokolwiek dostrzegł jej błękitne tatuaże. Zaobserwowała, że u zwykłych ludzi ich widok wywołuje strach. Nie wiedziała do końca dlaczego. Wybrańcy Świtu przecież byli obrońcami, mieli za zadanie chronić słabszych nieważne jakiej rasy by byli. Jednak ostatnimi czasy działy się dziwne rzeczy. Po bitwie o Yvelie bardzo dużo się zmieniło. Morale Elfów znacznie opadły. Ale nie jej. Była dumna, że mogła doświadczyć błogosławieństwa gwiazd. Dzień, w którym została obdarzona pamiętała do dziś i często sięgała do niego pamięcią. Miała wtedy zaledwie pięć lat. Na Kryształowy Plac zaprowadziła ją babcia, do której przyjechała na obchody Festiwalu Zimowej Gwiazdy. W głowie utknął jej głos królowej Sirane, wypowiadającej o świcie zaklęcie, w trakcie którego ogarnęło ją niesamowite uczucie, stała się lekka jak piórko, jej ciało zaczęło świecić, a na koniec wyrysowały się na nim błękitne znamiona. Nigdy tego nie zapomni.
Podróżowała przez kilka dni wydeptanymi traktami i kamienistymi ścieżkami. Nocowała na przydrożnych polanach lub w wiejskich chatach, jeśli ktoś zgodził się ją przyjąć. Pewnego dnia droga, którą podążała zaprowadziła ją do lasu. Nienawidziła lasów. Prawdę mówiąc była to jedna z nielicznych rzeczy, których się bała. Lasy kojarzyły się jej z Wiedźmami i Strachami. Na szczęście nie był to ten słynny Szepczący Las, jednak jak przypuszczała zło czaiło się w każdym. Niestety była to jedyna droga prowadząca z Yvelii do Karamatis. Nie miała wyjścia. Wjechała do niego bardzo powoli i ostrożnie, jakby już na samym progu czekało na nią jakieś niebezpieczeństwo. W lesie mimo słonecznego dnia panował mrok. Liściaste baldachimy przypuszczały nieliczne promienie słońca. Jechała dobre pół godziny, uważając na leżące na ścieżce przeszkody, gdy nagle Srebrzysty się zatrzymał. Zaczął głośno rżeć i podniósł przednie kopyta do góry, jakby się czegoś przestraszył. Ptaki siedzące na gałęziach poderwały się do góry. Shaella przylgnęła do szyi konia i próbowała go uspokoić, ale jakby wpadł w szał. Zeskoczyła z niego, z całej siły pociągnęła go za wodze i przywiązała do pobliskiego drzewa. Rozejrzała się dookoła, lecz nic nie spostrzegła. Zastanawiała się, co się stało, co wywołało ten stan Srebrzystego. Koń niespodziewanie ucichł. W tym samym momencie powiał wiatr, wywołując ogłuszający szum liści. Elfka zdziwiła się. Do tej pory było słonecznie i sucho, nie zapowiadało się na żadne burze. Niebo pociemniało i zerwał się gwałtowny wicher. Co się dzieje, pomyślała zdezorientowana. Nagle usłyszała czyjś śpiew, przejmujący i delikatny. Rozchodził się głucho wokół niej. Czyżby Wiedźmy mnie odnalazły? Wypowiedziała szybko zaklęcie, które wykrywało intruzów. Las na moment rozbłysł oślepiającym światłem. Nikogo jednak nie zlokalizowała. Zaczęło jej się robić nie dobrze. Kręciło się jej w głowie i zebrało ją na nudności. Hipnotyzujący śpiew nie ustawał, a wręcz stawał się coraz bardziej głośniejszy, ogłuszający. Chciała rzucić zaklęcie ochronne, ale nie mogła się skupić, zebrać w sobie sił. Oparła się o pobliskie drzewo. W oddali spostrzegła dziwny czarny kształt. Ktoś lub coś patrzyło na nią i zaczęło się zbliżać. Obróciła się w drugą stronę. Krzyknęła na całe gardło. Mirna, siostra Inarina, stała tam pośród leśnej ściółki cała we krwi i wlepiała w nią puste oczy. Shaella wpadła w panikę. Zostawiła konia i zaczęła uciekać. Wbiegła prosto w głąb lasu. Potykała się o korzenie i połamane gałęzie. Wpadała ślepo na drzewa, ale nie przestawała biec. Gdy tylko się zatrzymywała, widziała niepokojące rzeczy. Raz zatrzymała się na dłużej. Ujrzała elfa, który wydał jej się dziwnie bliski, ale jednocześnie nie mogła go rozpoznać. Jakiś głos powiedział wtedy - Skazuje cię na śmierć! - i później kat w czerwonym stroju zamachiwał się siekierą, a głowa owego elfa poleciała do jej stóp. Przeżyła szok. Wpadła w silne drgawki i nie mogła przestać się trząść. Zaczęła znowu biec. Tajemniczy śpiew zamienił się w szyderczy śmiech. W oczach zrobiło się jej ciemno. Poczuła ostry ból głowy. Zemdlała. 

***

Na dziedzińcu przed Karmazynowym Pałacem przebywała około setka dowódców cesarskiego wojska. Stali wszyscy równo na baczność w złotych zbrojach, dumnie i niewzruszenie mimo przygrzewającego ostro słońca. W powietrzu unosił się nieprzyjemny zapach potu. Panowała dziwna atmosfera, wszyscy oczekiwali przybycia cesarzowej i jednocześnie nie wiedzieli, czego mają się spodziewać. To właśnie dzisiaj miały zostać podjęte najważniejsze decyzje, co do dalszych planów wojennych. Większość liczyła na tymczasowe zawieszenie broni. W ostatnim czasie wojsko znacznie się przerzedziło, jedni zginęli w walce, a drugich, którzy zdezerterowali, złapano i zamordowano. Żołnierze mieli już dość ciągłych bitew, z których co najmniej połowa była bezsensowna i niepotrzebna, a jedynym ich celem było zaspokojenie okrutnych żądz władczyni, która zamiast rozwiązywać sprawy z baronami na drodze dyplomacji wolała szybko i wygodnie wszystkich niepokornych wybić. Dowódcy jednak nigdy się nie przeciwstawiali jej rozkazom i wiernie wypełniali swoje obowiązki. Za wygrane wojny dostawali hojne nagrody, a ponadto część z nich była już tak wciągnięta w przebiegły system jaki zapanował w Velaru po objęciu władzy przez Selenę, że nie odróżniała fikcji od rzeczywistości. Pozorne tytuły, zaszczyty i piękne posiadłości, tym wszystkim sprytna cesarzowa wykupiła sobie wiernych i wpływowych poddanych. Był jednak jeden człowiek, który nie dał się omotać, a wciąż tkwił w tej armii i był tu teraz na tym placu tylko dlatego, że dowodził jednym z oddziałów walczących z Cieniami, których szczerze nienawidził i którzy kiedyś zabili mu najbliższą rodzinę. Nazywał się Iliam Vayner i miał dopiero 27 lat, ale zdążył się już zasłużyć i wprawić w boju, a na dworze był znany ze swoich czynów. Mimo, że czuł odrazę do cesarzowej przyjmował zaproszenia na różne bale i często bywał wśród arystokracji. Był otaczany przez młode panny, jednak z żadną nie potrafił się związać na poważnie. Ostatnie tygodnie spędził na walce i przemyśleniach. Nie chciał żyć tylko dla zaspokojenia zemsty, pragnął czegoś więcej. Był młody, a czuł się jakby przeżył całe życie. Brakowało mu bliskości innych osób, szczerości i odrobiny szaleństwa. Na razie nie miał odwagi podjąć żadnego gwałtownego kroku w swoim życiu, czekał na punkt zapalny. 
Nagle obok wielkich, zdobionych wrót prowadzących do pałacu pojawił się jakiś człowiek. 
- Cesarzowa Velaru, Pani Światła, Wybranka boga Słońca Selena de Ragharys! - zakrzyknął i w tym samym momencie wrota powoli otworzyły się, skrzypiąc cicho, a za chwilę wyszła przez nie cesarzowa. Ubrana była w długą czerwoną suknię, a na głowie miała złotą, lśniącą koronę. Gdy stanęła na szczycie długich schodów, wszyscy pokłonili się jej nisko, a potem zaczęła przemawiać. W pewnym momencie przemowy Iliama zaczął ogarniać zniewalający gniew. Poczuł jak krew napływa mu do głowy, a po nosie spływa stróżka potu. Z trudem opanował się i nie zrobił niczego głupiego. Cesarzowa postanowiła, że kolejne oddziały, w tym jego, mają zostać skierowane na walki z buntownikami. Iliam nie zamierzał zabijać niewinnych ludzi, nie po to wstąpił do armii i zaszedł tak daleko. Podczas dalszej części przemowy wyłączył się już całkowicie, a gdy się skończyła ruszył szybko ku swojej kwaterze, mieszczącej się nieopodal pałacu. Kiedy do niej wszedł zrzucił z siebie zbroje i położył na łóżku, rozmyślał. Coś się w nim zmieniło, po raz pierwszy od dawna poczuł strach. W głowie ujrzał obraz jak morduje innych ludzi. Nie, nie zniżę się do tego! - pomyślał w końcu i w tym samym momencie postanowił, że ucieknie z armii. Nagle ktoś zapukał do drzwi. 
- Wejść! - krzyknął i usiadł. Do pokoju wszedł pałacowy sługa.
- Cesarzowa chce się z tobą widzieć. Masz się stawić dzisiaj o zachodzie słońca w sali tronowej - powiedział, po czym od razu wyszedł. Iliam się zdenerwował. Jeśli tam pójdzie może dostać na przykład zadanie zabicia kogoś ważnego, zostaną mu przydzieleni specjalni żołnierze, szpiedzy cesarzowej i nie da rady wtedy uciec, jeśli zaś nie stawi się w pałacu na czas od razu domyślą się, że uciekł i zaczną go ścigać. Nie chciał już więcej służyć choremu systemowi. Postanowił ostatecznie, że ucieknie. Miał niewiele czasu, słońce zajdzie za niecałe dwie godziny. Szybko zerwał się z łóżka, ubrał się i spakował w porwaną torbę, którą znalazł wśród starych gratów, najważniejsze rzeczy. Musiał zostawić zbroje i miecz żeby go nie rozpoznano. Z broni wziął ze sobą tylko pozłacany długi sztylet i nóż. Na plecy zarzucił brązowy płaszcz z kapturem, tak aby nie było widać jego twarzy. Kiedy był już gotowy zabarykadował drzwi i wyszedł przez okno, a później przechodząc po dachach ze skoczył na boczną drużkę i ruszył w stronę rzecznego portu. To było jego jedyna droga ucieczki. W Velaru prędzej, czy później ktoś by go odnalazł. Na szczęście port był niedaleko. Varna, rzeka nad którą leżała Asanthea była wystarczająco szeroka i głęboka by mogły po niej pływać rozmaite statki. Nie wiedział jeszcze, gdzie się uda. Wsiądzie na pierwszy lepszy pokład byle uciec stąd jak najszybciej. Kiedy znalazł się już w porcie do zachodu pozostała około godzina. Rozejrzał się za jakimś statkiem. W oczy rzucił mu się wielki statek handlowy z flagami Nordkapp. Odkąd cesarzowa zrozumiała, że bez odpowiedniej polityki handlowej cesarstwo popadnie w długi złagodziła przepisy handlowe i do portów zaczęły przypływać statki z innych krain. Uciążliwe restrykcje jednak wciąż były. Przy każdej kładce prowadzącej na pokład statków stało dwóch żołnierzy i kontrolowało obywateli. Kompletnie o tym zapomniał. Nie chciał ryzykować i nie miał czasu się zastanawiać nad dobrym planem, dlatego zaimprowizował. Ukradł jakiejś kobiecie chleb z koszyka, szybko podrzucił go innemu mężczyźnie, poinformował o tym tą kobietę i sam zniknął w tłumie. Tak jak przypuszczał sytuacja ta sprowokowała niezłą awanturę, która przyciągnęła uwagę żołnierzy. Do awanturujących się podeszli akurat żołnierze pilnujący kładki tego statku z Nordkapp. Nie czekając szybko na nią wskoczył, wszedł na pokład i schował się pomiędzy ogromnymi skrzyniami. Na pokładzie stało ich wiele o rożnych rozmiarach oraz kręciło się mnóstwo marynarzy w czarno białych strojach i kilkunastu zwykłych ludzi. Po paru minutach odpoczynku wyszedł zza skrzyń i wtopił się w tłum. Miał nadzieję, że nikt nie zwróci na niego uwagi. Kapitan nagle zakrzyczał, że statek zaraz odpływa. Zastanawiał się dokąd płynie, lecz narazie wolał nikogo o to nie pytać. Usiadł przy jednej z burt i spoglądnął w zachodzące słońce.

***

Noc była jasna i pogodna. Śmiechy i wesołe okrzyki unosiły się hen nad drzewami. Gromadka ludzi tańcowała wokół ogniska i śpiewała ludowe pieśni. Mężczyźni ubrani byli w białe koszule i spodnie z materiału, a kobiety w sukienki z wyszywanymi wzorami, przypominające kwiaty. Wokół nich unosiły się świetliki. Choć żniwa trwały w najlepsze, młodzi mieszkańcy Podwiejki codziennie wieczorem zbierali się razem i bawili do późnej nocy. Była na wsi jednak jedna dziewczyna, która zawsze unikała wszelkich rozrywek i przebywała sama w swojej chatce, studiując różne księgi, które kupowała, gdy wybierała się na targ do pobliskiego miasta Karamatis. Od dziecka była cicha i spokojna, wiecznie chodziła zamyślona. Nie miała żadnych przyjaciół, a i rodziców straciła wcześnie. Na wsi pomagała Starej Babce przy sporządzaniu posiłków dla pracujących w polu. To z nią spędzała najwięcej czasu. Miała ciemne, długie, falowane włosy, bladą cerę i brązowe, duże oczy. Nie dbała za bardzo o swój wygląd, ale może tylko dlatego, że za bardzo nie musiała. Jej uroda była naturalna, nie wymagała specjalnej pielęgnacji, tylko zwykłych czynności.
- Serene! - drzwi do jej chatki nagle otworzyły się na oścież i do środka wpadł młody chłopak, nieźle już napity. Dziewczyna leżała na łóżku zmartwiona. Była bardziej ponura niż zazwyczaj. Podniosła się i spojrzała na młodzieńca spłoszona. Oczy miała dziwnie podsinione, jakby nie spała kilka dni. Nie odezwała się.
- Chodź zatańczyć! Nie daj się nalegać. Wstawaj! - Chłopak podbiegł do niej, złapał za rękę i pociągnął. Wstała, choć nie chętnie. 
- Nie mam ochoty. Proszę zostaw mnie... - spróbowała się wyrwać, lecz nie miała tyle siły.
- Nie, nie, nie, dzisiaj musisz ze mną zatańczyć - zaśmiał się i chciał pociągnąć ją w stronę wyjścia.
- Nie! Wyjdź! - była bliska płaczu. Zazwyczaj tak się nie zachowywała. Jak ktoś bardzo nalegał, zgadzała się gdzieś wyjść. Zatrzymali się w drzwiach.
- Co z Tobą? Coś ci jest?
- Nic, po prostu źle się czuje.
- Oj nie marudź, chodź, napijesz się czegoś i od razy humor ci się poprawi haha - pociągnął ją ponownie. W Serene wstąpiła dziwna siła, mogłoby się wydawać furia, lecz to nie była furia. Popchała mocno chłopaka tak, że poleciał do przodu i zarył o ziemię. Potem podbiegła do niego, złapała za szyję i zaczęła dusić. Straciła nad sobą kontrolę. Kamień uwiązany na sznurku, który nosiła na szyi zaczął lekko świecić. Miał barwę jasnego fioletu. Znalazła go kiedyś nad pobliską rzeką. Wydał się jej niezwykły i delikatny. Przypominał kryształ uwięziony w szarej skorupie. Uwiązała go na sznurku i od tamtej pory nosiła przy sobie na szyi. Uważała, że przyniesie jej szczęście. Niestety stało się odwrotnie. Odkąd zaczęła go nosić stawała się coraz bardziej agresywna i impulsywna. Częściej pogrążała się w smutkach. Nocami płakała, miała koszmary. Doszło już do tego, że zaczęła myśleć o samobójstwie. Nie dostrzegała jednak swojej zmiany, ani jej przyczyny. Czasami w snach widziała kobietę. Wydawała jej się dobrotliwa i czuła. Ubrana była w czarną, długą suknię, na głowie zaś miała tiarę z ślicznym, fioletowym klejnotem pośrodku, przypominającym jej kamyk. Rozmawiała z nią, pocieszała, lecz tylko pozornie. Tak naprawdę to właśnie ta kobieta wciągała ją w te wszystkie smutki, a ona nie miała o tym pojęcia. Hipnotyzowała ją. Nazywała się Azura, lecz nigdy nie powiedziała jej kim jest. A była Asarem, jedną z pięciu starożytnych istot zaklętych w kryształach wieki temu. Asarowie władali bardzo silnymi rodzajami magii, byli czymś w rodzaju bóstw. Dawno temu ktoś chciał przechwycić ich moc i uwięzić w magicznych więzieniach w postaci kryształów. Coś poszło jednak nie tak i wraz z nimi uwięziona została ich magia, a kamienie, w których kryły się kryształy rozleciały się po całej Eleseyi. Dziewczyna nie miała pojęcia, że kiedy wieszała kamień na szyi uaktywniła więź z jedną z istot. Obudziła ją. Lecz istota ta mogła trwać tylko we śnie i aby z niego wyjść, uwolnić siebie i swoją moc musiała zdobyć czyjeś ciało i skłonić kogoś do złamania jej snu poprzez wejście do niego. Każdy sen Serene kończył się tak samo. Kobieta opadała w wodną przepaść, krzyczała coś niezrozumiale, na jej twarzy malował się ból. Doprowadzała Serene do depresji. Chciała przejąć nad nią kontrolę, wstępowała w nią powoli. 
Dziewczyna nagle oprzytomniała, puściła szyję chłopaka. Przestraszony zerwał się na równe nogi i uciekł w kierunku ogniska. Serene oddychała ciężko, zaczęła płakać. Co się ze mną dzieje, pomyślała. W głowie miała dziwne obrazy, których nie pamiętała, jakby cudze tragiczne wspomnienia. Wstała i rozglądnęła się dookoła. Nie było tu już dla niej miejsca, na tym świecie... Znalazła w swojej chatce sznur i skierowała się w stronę pobliskiego lasu. Miała nadzieję, że zabije ją tam jakieś licho. Jak nie, sama to zrobi. Azura dopięła swego. Doprowadziła ją do ostateczności. 
Gałęzie drzew czepiały się jej sukienki. Szła w dal przed siebie. W lesie panowała dziwna cisza. Jedynie słychać było od czasu do czasu pohukiwania sowy. Już dawno ucichły śpiewy dobiegające z wioski. Nagle potknęła się o wystający korzeń i upadła. Rozpłakała się. Nie mogła już znieść tych wszystkich myśli i obrazów, które ją nękały. To koniec, pomyślała. Wstała i znalazła drzewo na wzniesieniu, a potem przywiązała do jego gałęzi sznur. Założyła go na szyję. W ostatniej chwili ktoś chwycił ją za talię i wyrwał pętlę. Przestraszona krzyknęła i odwróciła głowę. Zakapturzony mężczyzna puścił ją.
- Śmierć nie ma dzisiaj dla ciebie czasu - powiedział drwiąco. 
- Kim jesteś? Nie chcę już żyć! Odejdź stąd! Zostaw mnie! - zaczęła wykrzykiwać spanikowana.
Zdjął kaptur. Blask księżyca oświetlił jego twarz. Miał ciemne krótkie włosy, na policzku rysowała się blizna. Przyglądał się na jej wisior.
- Nie zawracaj sobie mną główki. I nie histeryzuj. Nie możesz pozwolić żeby przejęła nad tobą kontrolę. 
- Kto? - Jego spokojny głos ukoił ją trochę. Nie odpowiedział. Podszedł do niej, złapał za kamień i wypowiedział jakieś słowa w dziwnym języku. Tajemna siła uniosła dziewczynę nieco w powietrze. Wiatr rozwiał jej włosy. Jej oczy zrobiły się całe białe. Wyglądała jak upiór. Mężczyzna odsunął się. 
- Czego chcesz śmiertelniku? - przemówiła dziwnym, głuchym głosem. 
- Azura... - rzekł po cichu, po czym wykonał skomplikowany ruch dłońmi. Ciało Serene wykręciło się do tyłu. Istota siedząca wewnątrz niej wrzasnęła. 
- Jak śmiesz! - Dziewczyna wyciągnęła ręce przed siebie. Popadła w silne drgawki. Jej kamień zaświecił silnym światłem. 
- Hmm... Szkoda, że nie możesz użyć swojej magii. 
- Co ty wyprawiasz!? - Mężczyzna zaczął wypowiadać kolejne tajemnicze słowa. 
- Aaaaargh... Przestań! - krzyknęła.
- Zdradź mi położenie innych kryształów. Wiem, że je wyczuwasz.
- Odwróć zaklęcie! - Ponownie wykonał dziwny gest.
- Mów.
- Kryształ Ezechiela znajduje się na oceanie. Zbliża się do nas. Ktoś go ma. Nic więcej nie wiem.
- Tyle mi na razie wystarczy. Żegnaj, królowo cierni - zaśmiał się.
- Czekaj! Złam mój sen, a podaruję ci część swojej mocy.
- Nie nabierzesz mnie. Dosyć. Nie męczmy tej biedaczki - rzekł, po czym znowu coś wyszeptał. Ciało Serene opadło na ziemię. 
- Co się ze mną działo? - wykrztusiła z siebie. - Wszystko mnie boli. 
- Zaraz przejdzie. Wstawaj. Idziemy. 
- Dokąd? I dlaczego miałabym z tobą pójść?
- Chyba nie chcesz zostać tu sama, prawda? Wyprowadzę cię stąd, pomogę i ułożysz sobie życie na nowo. - Jego słowa wydały jej się okropnym kłamstwem. Wolała się zabić niż żyć. Marzenie o szczęśliwym życiu zgasło dawno temu. Złapał ją za rękę i pomógł wstać. Było w nim coś, co wzbudzało jej zainteresowanie, jednak nie potrafiła tego określić. 
- No dobrze, pójdę - rzekła cicho. Nie miała zbyt wiele innych możliwości, a i tak na niczym jej już nie zależało. Ruszyli w głąb lasu. Mężczyzna zarzucił z powrotem na głowę kaptur. Jego oczy zrobiły się całe czarne. Serene jednak nie mogła tego dostrzec.