1 gru 2018

Mit o Białym Jelonku (według ludu Krainy Krańca)

"Przez gwiazd oślepłych zawieruchę, przez nocy zawieje
Mknie zwierz śnieżnobiały poprzez leśną knieję
Poprzez czary widm zwodniczych mimo bogów woli
Mrok wypełza z kryjówek z szumem liści swawoli
Depczą ciężkie kopyta ziemię chłodem spękaną
A po ciele wysmukłym czerń się leje złą raną
A korona leśnej bestii w drzew się wikła konary
Pije z jezior wód szklistych swe istnienie i czary
I ucieka mu ziemia, a on naprzód wciąż gnany
Pragnie dusze swą znaleźć i zagubić swe rany
Choć się plącze w listowie władcy lasu korona
Nim się schwytać pozwoli prędzej życia dokona
Nad nim sierp opiekuńczy błyska świętą swą stalą
Błogosławi dziś męstwu szaleństwu i dalom
A gdy świt mu zagasi oko czujne a srebrne
A gdy słowik poniesie w niebo pieśni swe rzewne
Gdy się we mgłę i w pyły widziadło rozleci
Tylko niebo zapłacze, że jedna mniej gwiazda mu świeci" 



O srebrna nocy piastunko zgubnych pragnień i cichych nadziei, twoją chwałę dziś śpiewam pani niczyja tako dzisiaj, jak i pierwej. Wszystko co jest w nas masz i w swoim wnętrzu. Ty całunami mroku kryjesz naszą nędzę, naszą sprawiedliwość i nasze łotrostwo. O gdybyś miała usta ucałowałbym cię by poznać to co tobie wiadomym jest i jasnym, lecz ty jesteś czysta i doskonale obojętna na moje bluźniercze pragnienia, więc tylko słów uściskiem mogę starać się uchwycić choć cząstkę twej prahistorii. O słowa potężne i piękne dlaczegóż wasza magia mrze na moich wargach. Tak silnym jestem by wami władać lecz równie słabym byście wy mogły panować nade mną. To nie ja mówię lecz wy opowiadacie przeze mnie własne dzieje zapisane w waszym słodkim brzmieniu jeszcze przed czasem. Z tamtych wieków, które mrok spowija dwie nam rzeczy pozostały noc i słowa. Nalejcie wina, noc jeszcze młoda będę snuł opowieść. Działo się to nie tutaj i nie dziś, w odległych czasach, które tylko łaska Luny pozwala nam pamiętać z taką jasnością. Wówczas to rzekł Słonecznolicy Solaris: 
- Bogowie! Oto rozdzieliliśmy między siebie ziemie Elseyańskiej krainy oddając każdemu wedle godności łąki i bagna, ziemie żyzne i pustkowia, lasy, góry i wszelką wodę, która obmywa potężne ciało Ghanar*, lecz godzi się by także każda pora czasu miała swego opiekuna, abyśmy powierzone nam istoty nie pozostawiali bez pomocy. Pragnę zatem bracia byśmy zdecydowali komu zostanie przyznane zacne zadanie ochrony naszych dzieł. Dochodzą mnie powiem słuchy o zdziczałych tworach niepodobnych do niczego cośmy nasza mocą uczynili, o materii wyrywającej się spod praw przez nas nadanych i utwierdzonych. Któż zatem zgodzi się przyjąć na się tą odpowiedzialność. 
Powstał wówczas Daear. Srebrny blask Luesis** sączył się na jego obnażony tors i ciemne włosy spływające wzburzoną, zawikłaną falą, aż do pasa. Spomiędzy nich niczym korona uwieńczona barwnymi kwiaty wyrastały rogi znamionujące jego siłę i władzę. On to skłoniwszy się z pokorą takimi słowami zwrócił się do władcy bogów:
- O nie dla nas Światłoskrzydły ten zaszczyt. Znane nam, że tylko ty dość masz siły, by w czas naszej wytężonej pracy strzec tego cośmy już uczynili istniejącym. Pragnę za tym w naszym imieniu - wywodził wiodąc spojrzeniem sarnich swych oczu, które nie potrafią kłamać, po zebranych w swym przepychu i piękności władcach - prosić cię byś uwolnił nas od ciężaru dziennej straży biorąc krainę na ten czas w swą opiekę.
Poważne głowy boskim blaskiem uwieńczone skłoniły się zgodnie. Słonecznolicy uniósł wówczas swoje berło światłowładne i delikatnie uderzył w marmurowe posadzki sali, po których kryształowym refleksem płynęła błękitnawa łuna Luesis, a dookoła białej gałęzi, która ściskała jego dłoń potężna rozprysły się iskry pozłociste wraz ze słowami brzmiącymi stutysięcznym echem w kopułami uwieńczonej sali:
- Niech się stanie
I od tej godziny stał się dzień jego niepodzielnym królestwem, tak że każda żyjąca istota pod słońcem oddaje cześć jego opiekunowi, który złocistą swa tarczą osłania je przed złem i strzeże jego ścieżek, by pewnie go wiodły do celu. Oto ten co włada słońcem ocenia czyny ludzi i magicznych, tak, aby żaden z nich nie odstąpił od swego przeznaczenia. Kiedy zaś spełniło się wedle słowa Słonecznolicego Solarisa powstał Najstarsze Zło Antenor i przemówił tymi słowy:
- Skoroś pod swą opiekę wziął bracie lepszą część godzi się aby noc komuś równie potężnemu przypadła, równemu ci w mocy i w urodzeniu.
- Wybacz bracie, ale jako bogom tylko prawdę dozwolono nam mówić, a prawdą jest, iż nikomu nie dano władzy równej mojej jakże, więc proponujesz dokonać wyboru.
- Ależ to proste - wtrącił się Pan Ciemności - to znaczy wiem, że nie jest to łatwe zadanie, ale gotów jestem się go podjąć
- Nie zdaje mnie się to być sprawiedliwym - rzekł Sabio, gładząc długą brodę spomiędzy, której pasm wychylały się drobinki podwodnych roślin.
- Zgadza się - rzekła Ajlija wstając gwałtownie z miejsca. - Wszyscy mamy równe prawa do tej cząstki dnia.
Zmrużył z powagą oczy swe płomienne Słonecznolicy władca i taką wieść oznajmił:
- Dobrze zatem, oto zstąpicie na ziemię, a ja z gwiazd jasnych wysnuję jak opowieść szczerosrebnego jelonka. Idźcie więc bogowie szukać źródeł krystalicznych wody. Z czyjego źródła zwierzę napije się ten otrzyma władzę nad drugą dnia połową
Spadli niebianie jak rój komet w zielone murawy i między drzew cienie szukać strumieni co pośród skał się sączą i obrali sobie każdy siedzibę, aby oczekiwać na spełnienie przepowiedni:
Nuer wśród dzikich skał, gdzie węży kąśliwe plemię ma swe dziedziny, Khayalan zbudował sobie pałac na wzgórzu, do którego wiodła biała ścieżka, Mira na kwietnej łące, Sabio nad morzem wśród jasnych piasków zastawił swe sidła, Lauriel wśród elfów pod gwieździstym niebem, Daear w nieprzebytej puszczy, Ajlija nad jeziorem, Archeos na bagnach, a Luna przy źródle, gdzie na straży postawiła oswojone stadko saren, bowiem ona jedna wiedziała jak wielka jest siła miłości.
Zstąpiła na ziemię wreszcie także wyczekiwana istota, biegnąc po mlecznej drogi szlaku i z wyraźną ciekawością badać zaczęła okolicę. Jelonek był zdecydowanie większy od swych pobratymców, a jego umaszczenie oślepiało wręcz swą śnieżną bielą, gdy szedł jego poroże i kopyta dzwoniły jakby odlane ze srebra, a w oczach nosił odbicie gwieździstego nieba. Pragnął najpierw skosztować wody ze źródła Nuer, bo była piękna i kryształowo czysta, lecz zląkł się węży śpiących w skalnych załomach i zawrócił. Próbował dotrzeć do pałacu Khaylana, lecz schody okazały się zbyt strome i ześlizgnął się, Obojętnie minął źródło Sabia. Próbował dotrzeć do wód strzeżonych przez Lauriel, lecz gwar go onieśmielił. Chciał wyjść na łąkę, lecz zgubił drogę wśród kwiatów i ominął źródełko Miry. Już chciał podążyć w stronę źródła Daera gdy dostrzegł stojącą u źródła Luny łanię, podobna do niego jak dwie krople wody. Odskoczył więc i rzucił się biegiem w tamtą stronę, lecz oto z bagien, które Archeos objął w swe władanie wyprysnęły czarne smoliste macki i schwytały go za racice i zaczęły ściągać w czeluść mimo gwałtownych protestów. Dobyła wówczas waleczna Luna swej broni, sierpa wykutego z niebiańskiej stali i przecięła więzy tak ze tylko do rozbryzgów czarnej wody pokryły się boki ciemnymi plamami jakby zastygłą krwią, a jelonek pobiegł do swej wybranki i zanurzył wraz z nią swój łeb w czystej wodzie. Tak oto dwóch było zwycięzców, a Solaris miłujący prawdę nie mógł cofnąć danego słowa i dlatego podzielił władzę nad nocą. Tak właśnie i dziś daje noc spokój i wytchnienie tym co o nie proszą i czuwa nad snem sprawiedliwych i zsyła natchnienia pieśniarzom z pomocą łaski Luny przemijającej nieboskłon czy to z tarczą, czy z sierpem swym srebrnym, to znów podsyca noc dzikie instynkty i daje kryjówkę łotrom i złoczyńcom pod złowrogimi skrzydły Archeosa. 
   

* Ghanar - słowo pochodzące najprawdopodobniej z języka pustyni używanego przed wiekami na terenach Antenoru. Utożsamione z czymś dzikim i żywym.
**Luesis - słowo nie do końca zrozumiałe w mitologi pojawia się kilkakrotnie w kontekście boskich pradziejów, najczęściej tłumaczone jako gwiazda, niebiański ogień, drzewo świata.