7 paź 2018

Poszukując odpowiedzi (1)

Ezma Lorenuk i Mały siedzieli po przeciwnych stronach szerokiego pniaka, służącego jako stół, na znacznie mniejszych pieńkach, które wykorzystali jako krzesła. Mały, wspierając prawy łokieć na powierzchni przekroju pnia, stanowczym ruchem zmuszał rękę Ezmy do przyjęcia poziomej pozycji. Ezma z całych sił starała się stawiać mu opór, ale daremnie. Mały w końcu przycisnął jej przedramię i dłoń do prawie wygładzonego już drewna. Tak było za każdym razem, kiedy się siłowali. 
- Ja na dzisiaj się poddaję – jęknęła Ezma, kiedy mogła już uwolnić rękę. Kilka razy potrząsnęła nią w powietrzu, czekając aż ustąpi ból zmęczonych mięśni i ściśniętej dłoni. Ten ból przynajmniej mógł ustąpić po chwili. Znacznie gorzej było w przypadku lewej ręki. Dziewczyna odczuwała ukąszenie wampira tak, jakby w nadgarstek wbito liczne rozgrzane szklane odłamki. Pod skórą widać było szkarłatne smugi, sięgające trochę poza obszar ukryty pod bandażem. Ezma przypuszczała, że Margot znalazłaby na to jakiś sposób, ale wolała już znosić palący ból przez kilka dni niż tłumaczyć się, w jakich okolicznościach powstały te rany.
Dziewczyna wstała i odwróciła się tyłem do pniaka. Zanim zdążyła dobrze obrzucić wzrokiem otoczenie wokół Magazynów, zobaczyła idącą w jej stronę Dinę. Wykrzyknęła do niej powitanie, ale zanim doczekała się odpowiedzi, Mały również wstał z miejsca.
- A co powiesz na poważną walkę? - spytał, wskazując ręką w stronę drzewa, pod którym leżało kilka półtorametrowych grubych kijów, ponacinanych w poprzeczne rowki i owiniętych sznurkiem w kilku miejscach. Ezma, ku własnemu lekkiemu zaskoczeniu, skinęła głową przystając na tę propozycję. Kiedy szła po jeden z kijów, Dina jęknęła przesadnie głośno i przewróciła oczyma.
- Czy jestem gdzieś potrzebna w tym momencie? - spytała Ezma, podnosząc jeden z drągów i zaciskając na nim palce. Dina potrząsnęła głową.
- Chyba nie. Ja po prostu trochę się o ciebie martwię. Najpierw zniknęłaś bez słowa zaraz po pogrzebie, potem nie wróciłaś na noc… Byłaś znowu w Dolnej Polanie, prawda?
Podeszła do tego samego drzewa i wyciągnęła w bok rękę, opierając się o pień. Nie miała już na sobie stroju wdowy, powróciła do obcisłego ubioru, tym razem barwy ciemnej, przygaszonej zieleni. Czasami wydawało się, że Lisica celowo dobierała kolory w taki sposób, aby wyeksponować swoje rude włosy. Nadal wydawała się postarzała o kilka lat, ale nie było to już tak uderzające jak poprzedniego dnia, podczas pogrzebu.
Ezma przytaknęła i skierowała uwagę na Małego, który szedł dziarskim krokiem ku najbardziej równej części polany, porośniętej niską, w znacznym stopniu wydeptaną trawą. Pomimo mizernego wzrostu, ten człowiek nie był przeciwnikiem, którego można było lekceważyć. Jego niepozorne ciało nie zawierało grama zbędnego tłuszczu, pod ciemną, ogorzałą od słońca skórą widać było mięśnie, może nie imponująco rozrośnięte, ale twarde, wytrenowane i wytrzymałe. Teraz nosił lekko postrzępioną, wytartą szarą kamizelę, założoną na gołe ciało, rozpiętą, tak, że odsłaniał tors. Widać było także pas jego spodni – Ezma zwróciła uwagę na to, że mężczyzna nie miał przy boku noża, co nie było takie oczywiste. Część rozbójników Lisicy chodziła ze sztyletami albo inną bronią nawet przebywając w Magazynach. Ezma sama zaliczała się do tej grupy.
Mały kilka razy przerzucił kij z jednej ręki do drugiej. Poczekał aż Ezma zajmie pozycję naprzeciwko niego, kilka metrów dalej. Lekko pochylił głowę i wysunął jedną stopę do przodu, dając towarzyszce znak, że powinna zachować czujność. Ezma spięła się i wysunęła kij przed siebie, trzymając go prawie pionowo. Wtedy Mały uderzył.
Rozległ się donośny trzask drewna uderzającego o drewno. Zaraz potem kolejny. Ilekroć jedno z walczących atakowało, drugie szybkim ruchem osłaniało się przed ciosem. Czasem kolejne posunięcie przeciwnika było oczywiste i łatwe do odgadnięcia, czasem cudem udawało się zablokować uderzenie w ostatniej chwili. Raz jedno, raz drugie na krótką chwilę zmniejszało dystans, kiedy dostrzegało swoją szansę i zaraz musiało gwałtownie odskakiwać w tył. W niektórych momentach przypominało to swego rodzaju taniec, kiedy oboje poruszali się z gracją, za jaką stały wprawa i doświadczenie. 
Według niepisanej reguły, której już od ładnych paru lat nikt nie potrzebował przywoływać przed pojedynkiem, mieli walczyć do momentu, kiedy jedno z nich zdoła uderzyć kijem w ciało przeciwnika – albo dopóki któreś się nie podda. Nic nie wskazywało na to, żeby którekolwiek rozważało kapitulację, przynajmniej na razie. Echo uderzeń zwróciło uwagę pozostałych. Część z przebywających wokół Magazynów rozbójników zaczęła obserwować walkę, niektórzy przystanęli w pewnej odległości, przyglądając się. Do stojącej najbliżej Diny w którymś momencie dołączyła Betilla. 
- Ezma, jak skończycie, powiesz mi, o czym chciałaś porozmawiać rano? - spytała czarodziejka na tyle głośno, żeby przyjaciółka ją usłyszała.
- Jasne! - odkrzyknęła Ezma. Zaraz potem musiała zrobić unik, kiedy koniec kija Małego omal nie sięgnął jej lewego ramienia. Dziewczyna oddychała ciężko z wysiłku, dłonie bolały od zaciskania z całych sił na na drżącym od kolejnych uderzeń drągu. Rany od ukąszenia coraz bardziej dawały sobie znać, w krótkiej chwili względnego spokoju Ezma zaryzykowała spojrzenie na bandaż, aby sprawdzić, czy nie pojawiły się na nim plamy świeżej krwi. Jednak się nie pojawiły.
Wyczuwała, że Mały także się męczył. Mężczyzna stał już właściwie w jednym miejscu, starając się utrzymać Ezmę na dystans i odbijać jej coraz bardziej chaotyczne ciosy. W pewnym momencie to ona zaproponował koniec walki bez rozstrzygnięcia. Ezma przez chwilę myślała ze złością, że to był z jego strony akt litości, gdyż wyczuł jej słabość, potem musiała stwierdzić, że być może sam obawiał się porażki. Kiedy stał nieruchomo, widać było jego wyczerpanie. Twarz była mokra od potu, krótkie włosy barwy dobrze wysuszonego siana, zwykle podobnie też do suszonego siana sterczące, teraz oblepiały głowę. Mały skłonił się lekko, Ezma odpowiedziała mu tym samym. Powoli poszli odłożyć kije tam, skąd je wzięli. Ezma zauważyła, że Dina ciągle przygląda jej się z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Chciała z nią porozmawiać, kiedy tylko Betilla niecierpliwie chwyciła jej ramię. Nie uważała, że to, co chciała przekazać, miało być sekretem jedynie między nimi dwiema. Dina jednak sama przeprosiła i poinformowała przyjaciółki, że zaraz znów będzie zajęta i być może dopiero wieczorem znajdzie czas na rozmowę. 
Betilla pociągnęła Ezmę i obie ruszyły między drzewami. Minęły toporne drewniane ławy zasłonięte od deszczu wspartym na słupach zadaszeniem z desek, wygaszone obecnie palenisko pełne sadzy i kilka osób, zajętych swoimi sprawami. Wolały porozmawiać w spokojnym miejscu. Zatrzymały się kilkadziesiąt metrów dalej, pomiędzy drzewami, kiedy Ezma kategorycznie powiedziała, że potrzebuje chociaż na chwilę usiąść i trochę odpocząć. Zaraz też siadła pod drzewem ze skrzyżowanymi nogami. Poczekała aż czarodziejka zajmie miejsce obok i zaczęła opowiadać. Przekazała wszystko, czego dowiedziała się o Cudzokrwistym z Elyonu, czarnoksiężniku Zingmarze i porwaniach wilkołaków, podzieliła się także swoimi przemyśleniami dotyczącymi praktyki wycinania serc pojmanym ludziom i innym istotom. Betilla nie przerywała i nie wtrącała się, pozwalała jej mówić.
- Myślisz, że to ma jakiś sens, czy to ja na siłę próbuję znaleźć jakieś powiązania? - spytała Ezma.
- Wydaje mi się, że ma sens i to całkiem duży. W niektórych plemionach do tej pory przetrwał zwyczaj zjadania serc pokonanych wrogów, żeby przejąć ich siłę. Albo mózgów zmarłych przodków w celu odziedziczenia mądrości. Nie wspominając już o myśliwych w praktycznie każdym rejonie, którzy czasem wycinają serce swojej zdobyczy i natychmiast jedzą je na surowo, co symbolicznie ma im dać to samo.
- Ale czy cokolwiek z tego działa? Ty tu jesteś magiem, ja się nie znam. Większość ludzi powiedziałaby, że to zwykłe przesądy.
Betilla zawahała się. 
- O ile się orientuję, nie da się w taki sposób zyskać żadnego rodzaju energii, zwłaszcza jeśli mówimy tu o trwałych efektach.
- W takim razie JAK?
- Możliwe, że istnieje jakiś rytuał, który na to pozwala. A jeśli tak, to musiałaby być naprawdę czarna magia.
Nie musiała dodawać, że w takim razie nie zetknęła się do tej pory z czymś takim. Ezma westchnęła z rezygnacją. Obie zaczęły rozważać, czy znają kogoś, kto mógłby mieć szerszą wiedzę na temat magii, choćby teoretyczną.
- Ten twój Tris czy jak mu tam, z Attor… - zaczęła Betilla. Ezma potrząsnęła głową.
- Jest alchemikiem, nie magiem.
Właściwie to niczego nie wykluczało. Bardzo często magowie przynajmniej przez jakiś czas eksperymentowali z alchemią, chociażby dla poszerzenia wiedzy albo z ciekawości. Część z nich później włączała te badania do swojej praktyki, inni porzucali je, aby skupić się na czym innym. Z drugiej strony zdarzało się także, że alchemicy podczas studiowania ksiąg zaczynali interesować się magią i w jakimś stopniu zgłębiali tę dziedzinę, nawet jeśli tylko teoretycznie. Jeśli chodziło o Trisa, Ezma uświadomiła sobie, że nie potrafiła jednoznacznie stwierdzić, czy i w jakim stopniu interesował się on magią. Na te tematy jakoś nie zdarzało im się rozmawiać. Pewną wskazówką mógł być fakt, iż Tris miewał kontakty z magicznymi przedmiotami, czasem przewijały się one przez jego sklep. Może warto było spróbować.
- Jeśli mamy jechać do Attor, musimy zbierać się jak najszybciej – powiedziała Betilla – Obiecałam Dinie, że po południu pomogę jej w kilku rzeczach.
Poszły po konie. Ezma pomyślała w tym momencie o swobodzie, z jaką wiązało się zbójeckie życie. Pomysł wyprawy do Attor był spontaniczny i natychmiast dało się go zrealizować. Ludzie Lisicy w zasadzie, z pewnymi wyjątkami, nie byli ograniczeni przez terminy wykonywania określonych prac. W większości nie czuli się też związani z miejscami, mając siedzibę i działając na terenie okręgu Karagaros, nie identyfikowali się z administracyjnym podziałem tych ziem. Dopóki nie planowali popełnienia jakiegoś przestępstwa, mogącego ściągnąć na ich głowy gniew władz któregoś z najbliższych miast, mogli beztrosko ignorować ich politykę. Byli wolni, jak tylko było to możliwe w sytuacji, gdy mniej lub bardziej wyczuwali na karku zimny oddech Zakonu Cierni.

***

Przed bramami Attor natknęły się na zbiegowisko. Już w drodze mijały licznych wędrowców podążających w kierunku miasta, ale widok pojedynczych ludzi albo małych grupek nie przygotowywał na to, co działo się pod murami. Betilla i Ezma w którymś momencie spytały, co przyciąga tu wszystkich, usłyszały w odpowiedzi o przyjeździe wędrownej trupy cyrkowców. Ten cały barwny tłum tarasujący drogę przybył tu oglądać występy.
Dziewczyny zsiadły z koni. Tak było teraz bezpieczniej. Zaczęły przeciskać się pomiędzy ludźmi. Wśród próbujących się dostać do Attor widziały zarówno średniozamożnych obywateli jak i kmieci w jasnych lnianych strojach. Ezma zastanawiała się, ile znajomych twarzy mogłaby dojrzeć w tłumie, gdyby chciała zatrzymać się na dłuższą chwilę i rozejrzeć. Przepychała się jednak dalej. Koń przy jej boku parskał niecierpliwie i potrząsał głową. Dziewczyna uspokajająco pogładziła jego pysk. W którymś momencie natrafiła na wyrwę w tłumie. Zdała sobie sprawę, że w istocie pod bramą miasta były dwa zbiegowiska, poza główną falą zmierzających do środka zebrała się niewielka grupka złożona z miejskich strażników i przypadkowych gapiów. Nieco dalej, pod murem, znajdował się powód ich zainteresowania.
W metalowej klatce, wystarczająco dużej, aby pomieścić stojącego dorosłego mężczyznę, zamknięte było stworzenie o humanoidalnej sylwetce. Na tym kończyło się jego podobieństwo do człowieka. Stwór był raczej pękaty, łysy, cały pokryty grubą jasnobrązową skorupą, popękaną jak wysuszona glina. W miejscach stawów pęknięcia były głębsze, z niektórych sączyła się krew. Uszy stworzenia były prawie w zaniku, małe mętne oczka ginęły pomiędzy kawałkami mozaiki, jakie tworzyły skorupę na jego twarzy. Istota ubrana była jedynie w brudną przepaskę biodrową. Drugi taki stwór leżał twarzą w dół na ziemi kilka metrów dalej, martwy i pokryty posoką. Strażnicy chodzili wokół zwłok i pojmanego stwora, wyglądali przy tym trochę tak, jakby nie byli pewni, co powinni zrobić.
- Czy to też ma coś wspólnego z tymi cyrkowymi atrakcjami? - spytała Betilla z powątpiewaniem.
- Nie sądzę – odparła Ezma, odruchowo zniżając głos – To mi wygląda na coś, co zrodziło się w lochach pod Klasztorem Cierni.
Chyba miała rację, bo kiedy podeszła nieco bliżej, dobiegł ją głos jednego ze strażników.
- Nic nam nie wiadomo, żeby Karagaros zamierzało w najbliższym czasie zaatakować Attor.
Jakby nawet chcieli atakować, raczej nie zawracaliby sobie głowy oficjalnym wypowiedzeniem wojny, pomyślała Ezma ponuro i ruszyła dalej. Nie chciała dłużej przyglądać się stworowi, który chwycił kraty przed sobą i próbował je szarpać w naturalnym dążeniu do odzyskania wolności. Zdawał się silny, ale stalowe pręty mogły to wytrzymać.
- Wiesz, Ezma – powiedziała Betilla głosem, w którym zabrzmiał smutek – Tak sobie myślę, że to coś… mogło być wcześniej człowiekiem… zanim mu to zrobili.
Ezma nerwowo przełknęła ślinę. To było właśnie coś, o czym wolała nie myśleć. Stwór najprawdopodobniej cierpiał.
- Nic nie możemy z tym zrobić – odparła Ezma. Nie zabrzmiało to tak stanowczo, jak sobie tego życzyła.
W końcu zdołały jakoś przecisnąć się w tłumie przez bramę. Tu nieco się przerzedziło, ludzie częściowo się rozproszyli, kiedy większość pospiesznie ruszyła naprzód główną drogą. 
- Może później, jeśli będziemy mieć jeszcze trochę czasu, pójdziemy popatrzeć? - zaproponowała Ezma. Betilla z wahaniem skinęła głową. Teraz najwyraźniej zaprzątały ją inne myśli. Może związane z tym stworem w klatce, a może z porywanymi przez Burzycieli wilkołakami.
- Panienka Kociooka!
Ezma drgnęła gwałtownie i rozejrzała się. 
- Tutaj! - powtórzył ten sam głos, teraz z rozbawieniem. Jedną z bocznych uliczek zmierzał ku nim ciemnowłosy młodzieniec z bródką, który, napotykając spojrzenie Ezmy, pomachał ręką nad głową. Przy boku miał miecz, ubrany był w prosty, ale elegancki barwny strój. Nie wyglądał tak krzykliwie jak Ezma i Betilla w swoich jaskrawych ubraniach i złotej biżuterii, tylko po prostu godnie. Tak właśnie jak mógłby prezentować się młody rycerz, kiedy akurat nie nosił zbroi.
- Rinard – powiedziała Ezma z uśmiechem – Czy może raczej powinnam powiedzieć Sir Rinard…
Rinard roześmiał się serdecznie. Owszem był od niedawna był rycerzem, wywodził się też z rycerskiego rodu od wielu pokoleń, jednak jak na szlachetnie urodzonego, nie był zbyt zamożny. Może to, a może jego pozytywne nastawienie, otwartość na ludzi i skromność sprawiły, że kilka lat wcześniej zawiązała się nietypowa przyjaźń pomiędzy nim a niektórymi z ludzi Rattlina. 
- To teraz pewnie powinienem się zastanowić, czy słusznie nazwałem cię panienką – mruknął młodzieniec – W ostatnim czasie wiele mogło się zmienić.
Ezma parsknęła śmiechem i uniosła dłonie, prezentując mu palce, pokazując, że nie nosi obrączki. 
- To się akurat nie zmieniło i raczej w najbliższym czasie nie zmieni – odrzekła. Rinard pokręcił głową i przeniósł spojrzenie na Betillę.
- Niech mi dobra Nuér wybaczy, ale teraz nie mogę sobie przypomnieć imienia tej drugiej czarującej damy – jęknął. Betilla zaśmiała się krótko.
- Czarującej, owszem, czarującej – powiedziała, unosząc dłoń, nad którą pojawił się błękitny ognik – Betilla Sallamen, do usług.
- Przybyłyście tu z powodu występów cyrkowców, prawda? - spytał Rinard.
- Właściwie nie – wyjaśniła Betilla, natychmiast poważniejąc – Mamy pewne interesy do załatwienia z alchemikiem mieszkającym i działającym w Attor. I bardzo nie chciałabym być nieuprzejma, ale powinnyśmy zaraz się tym zająć. Ezma…
Rzuciła szybkie spojrzenie przyjaciółce i jęknęła w duchu. Tamta stała nieruchomo, zapatrzona częściowo w młodego rycerza, częściowo w dal, jakby poprzez niego. Jej twarz zdradzała jednocześnie ożywienie i rozmarzenie. Betilla niecierpliwie chwyciła ją pod rękę, wyrywając z tego swoistego transu.
- Nie będę zatem zatrzymywał – oznajmił Rinard i lekko się ukłonił – Jeśli potem zechcecie oglądać akrobatów, z przyjemnością będę wam towarzyszył.
Betilla pożegnała się krótko, odwróciła i weszła w jedną z uliczek odchodzącą od głównej drogi w przeciwną stronę, prowadząc za sobą konie. Nadal ściskała łokieć Ezmy i po przejściu kilkunastu metrów gwałtownie szarpnęła przyjaciółkę.
- O czym teraz myślisz? - spytała lekko zirytowana.
- Wiesz, tak mi przyszło do głowy, że w tych okolicach bywają przede wszystkim trzy trupy cyrkowe. Nie wiem, która dokładnie występuje teraz w mieście, ale przecież mogę iść zobaczyć i się przekonać. Może się okazać, że spotkam znajomych…
- I tego twojego elfiego… - Betilla zawahała się. Słowo „bękart” jakoś nie mogło teraz przejść jej przez gardło. Nie zamierzała denerwować przyjaciółki, zresztą nie chciała marnować czasu na słowne przepychanki.
- Nikkorin – powiedziała Ezma z naciskiem – Ma na imię Nikkorin.
Jedną z rzeczy, których Ezma nawet z upływem czasu nie potrafiła zrozumieć, była ogólna niechęć rozbójników Rattlina do cyrkowców. Z jakichś powodów członkowie bandy uznawali wędrownych akrobatów i treserów zwierząt za oszustów i podstępnych złodziejaszków. Według nich artystyczne występy służyły jedynie przykuciu uwagi zgromadzonego tłumu w czasie, kiedy inni członkowie trupy, korzystając z doskonalonej latami zręczności, pozbawiali widzów sakiewek. Ezma nie uważała, że podobne sytuacje są całkowicie niemożliwe, ale uogólnienie tego na wszystkie podróżujące przez Xaresyę bandy było według niej krzywdzące i niesprawiedliwe. Zapewne wielu spośród cyrkowców – jeśli nie miażdżąca większość – chciało po prostu uczciwie zarabiać na swoich występach, w końcu mieszczanie chętnie płacili za rozrywkę, której nie mieli na co dzień.
Przed nimi zamajaczyły znajome kamienice. Betilla przyspieszyła kroku. Dotarły do drzwi sklepu Trisa Duvala. Ezma przyjrzała się najbliższemu otoczeniu, szukając czegoś, do czego mogłyby przywiązać konie. Zdecydowała się na niewielki zakrzywiony hak zamocowany w ścianie jednego z budynków.
Tris wydawał się zadowolony z tej niespodziewanej wizyty. Kiedy dowiedział się, że być może będzie to dłuższa rozmowa, zaprosił dziewczyny na zaplecze. Podsunął im wyściełane fotele, przygotował aromatyczny ziołowy napar i postawił na przykrytej serwetą skrzyni, służącej najwyraźniej jako stolik. Sam zajął miejsce naprzeciwko, po drugiej stronie skrzyni.
- Teraz możecie powiedzieć, co was tu sprowadza – odezwał się, zachęcającym gestem rozkładając ręce. Ezma i Betilla w pierwszej chwili zaczęły mówić jednocześnie, szybko jednak Betilla ustąpiła, pozwalając przyjaciółce mówić. Potem odzywała się w chwilach, kiedy tamta popijała napar. Tris słuchał ich relacji i przemyśleń, w zadumie kiwając głową. Kiedy obie umilkły i spojrzały na niego z wyczekiwaniem, cicho westchnął.
- Niestety, chyba muszę was rozczarować – powiedział ostrożnie – Jeśli nawet możliwa jest przynajmniej część z tego, co przypuszczacie, do tej pory się z tym nie zetknąłem. Magia, także ta część, którą w uproszczeniu określa się jako czarną, to bardzo szeroka dziedzina. Jak dotąd niewiele miałem czasu i sposobności, żeby się w to zagłębić, tylko tyle, co usłyszało się właściwie przypadkiem…
Na chwilę umilkł i wzniósł oczy do sufitu. Ezma i Betilla wbiły w niego spojrzenia, które chyba tylko cudem nie przepaliły jego koszuli a później ciała. Spojrzenia pełne niecierpliwości i niepewnej nadziei.
- Tak, pewną rzecz przypadkiem usłyszałem swego czasu – powiedział Tris ostrożnie – Zdążyłem o tym praktycznie zapomnieć, ale nagle mi się skojarzyło… W jakimś stopniu… niewielkim co prawda… przypomina te opowieści o przekazie energii między żywymi istotami. Mogę wam powiedzieć, ale bardziej jako ciekawostkę. Nie wydaje mi się, że to odpowiedź, której szukacie.
- Tak, prosimy – rzuciła Ezma szybko. Tris uśmiechnął się i uniósł w górę wskazujący palec.
- W takim razie zaczekajcie chwilę. Spróbuję szybko coś znaleźć… o ile nadal to gdzieś mam.
Wstał i wyszedł innymi drzwiami niż te prowadzące do sklepu. Nie zamykał ich za sobą do końca, pozostawił niewielką szczelinę. Przez dłuższą chwilę dało się zza nich słyszeć szuranie czegoś przesuwanego po posadzce i kilka stuknięć. Kilka razy Tris głośno stęknął z wysiłku, zanim stanął w gwałtownie otwartych drzwiach z szerokim uśmiechem triumfu. Wyciągnął przed siebie rękę, w której trzymał wisior na srebrnym łańcuszku. Podszedł bliżej, wisior bujał się na boki jak wahadło. Ezma przyjrzała się temu z namysłem. Jasnopomarańczowa gładka kulka, z barwionego szkła albo tak wyciętego i wygładzonego kamienia szlachetnego, otoczona była delikatnym metalowym okręgiem, na górze połączonym z małą pętelką, umożliwiającą zawieszanie. Stanowiący pionową średnicę okręgu pręcik przechodził przez kulkę, utrzymując ją na miejscu.
- To nie jest bursztyn, prawda? - spytała Betilla. Tris zaśmiał się krótko.
- Oczywiście, że nie. To materiał dużo cenniejszy. To sidrium.
Ezma uniosła brwi. Nic jej to nie mówiło.
- Powinnam wiedzieć, dlaczego to jest takie cenne? - spytała niepewnie.
- Jakby to najprościej wyjaśnić… - alchemik zawahał się przez chwilę – W magicznych przedmiotach w ten czy inny sposób gromadzona jest energia. Może jest kilka rodzajów energii, nie jestem pewien. To nie ja tu jestem magiem.
Wymownie spojrzał na Betillę, po czym odetchnął i kontynuował.
- W każdym razie różne materiały mogą okazać się najlepsze do konkretnych zastosowań. O ile się orientuję, do większości popularnych amuletów sidrium niekoniecznie ma najlepsze właściwości. Są inne kamienie szlachetne, które mogą przyjąć silniejsze, bardziej złożone czary albo większą ilość energii. Sidrium jest unikalne przez swoje powinowactwo do najpotężniejszej i jednocześnie najbardziej ulotnej energii. W takim krysztale przez ograniczony czas można zatrzymać życie jakiejś istoty, jeśli zostanie ona zabita tuż przy nim.
- Przekaz energii życiowej od jednej istoty do drugiej – wyszeptała Ezma z podziwem i lekką zgrozą – To zachodzi w ten sposób, tak? Za pośrednictwem tego… sidrium...
Tris uśmiechnął się smutno i potrząsnął głową. 
- I tu właśnie muszę ostudzić wasz entuzjazm – oznajmił – Owszem, da się w ten sposób przejąć energię życiową, wręcz powinno się to zrobić jak najszybciej, bo taka surowa siła bardzo szybko rozprasza się i zanika. Niewykorzystana wyparuje z sidrium i wszystko pójdzie na marne. Jeśli człowiek… albo elf, albo inna świadoma istota… przyjmie tę energię, dozna czasowego przypływu entuzjazmu, czasem wręcz euforii. To niweluje zmęczenie, ale przede wszystkim może leczyć urazy i być może większość chorób. Jeszcze jakiś czas temu podczas niektórych uroczystości w świątyniach, przy modlitwach o uzdrowienie składano ofiary ze zwierząt. Kapłani prosili potem chorych aby dotykali klejnotów przy krawędzi ofiarnego ołtarza… jak już możecie się domyślić, często wtedy następował cud.
Ezma pochyliła głowę i potarła dłonią czoło. Wspomnienie pojawiło się nagle, niewyraźne, zatarte przez upływ lat. W tym momencie nie dziewczyna nie była nawet pewna, czy te sceny były prawdziwymi wspomnieniami z przeszłości czy obrazem, jaki stworzył umysł pod wpływem sugestii.
Ona i Kanuk. Oboje byli dziećmi, ale na pewno było to już po rzezi w Dolnej Polanie. Znajdowali się na jakiejś rozległej łące, wśród niewielkiego zbiorowiska wieśniaków, przed prostym budynkiem kaplicy z drewnianych bali, z klepiskiem zamiast podłogi. Na środku klepiska wznosił się prymitywny ołtarz z kamieni spojonych gliną. Kapłan w prostej szacie – a może wiejski szaman – coś mówił, unosząc rozłożone ręce ku górze. Za nim wznosiła się drewniana figura boga. To był Deaer? Czy może Sabio? Takie szczegóły przepadły z biegiem lat. Lepiej wryła się w pamięć biała koza, złożona na ołtarzu. Zwierzę rzucało się, usiłując oswobodzić związane nogi, szarpało głową, jakby chciało dosięgnąć rogami kapłana. Nie udało się. Mężczyzna pochylił się nad ołtarzem, lewą rękę położył na głowie kozy, aby zatrzymać jej nerwowe ruchy, prawą, w której nagle błysnął nóż, poderżnął ofierze gardło. Szyja kozy znieruchomiała i zwisła poza krawędzią ołtarza. Krew popłynęła obficie na zawieszone w rogu ołtarza amulety.
Ezma, mrużąc oczy, spojrzała na Trisa, który w końcu znów zajął miejsce po drugiej stronie improwizowanego stolika. Alchemik nadal trzymał łańcuszek przed sobą, amulet z sidrium obracał się wokół osi. Ezma nieśmiało wyciągnęła rękę.
- Mogę? - spytała. Tris skinął głową i złożył amulet w jej dłoni.
- Ale od kilkunastu lat takie rzeczy zdarzają się w świątyniach coraz rzadziej – zauważyła Betilla.
- Owszem – przytaknął Tris – Obecnie raczej spodziewałbym się tego tylko przy wyjątkowych okazjach. Albo podczas nieco bardziej prymitywnych rytuałów, poza miejskimi świątyniami. Co ciekawe, słyszałem, że podobne rzeczy nie działały w świątyniach Solarisa. Z jakiegoś powodu tam okruchy kryształu nie chcą gromadzić energii. Jeśli miałbym zgadywać, kapłani Solarisa uznali to za dowód, że bóg życia potępia te praktyki i w jakimś stopniu przekonali do tego pozostałych. Ale ja słyszałem tylko plotki i przyznam, że nigdy nie czułem potrzeby sprawdzania, ile jest w tym prawdy. Za bardziej wiarygodne mogę uznać to, co usłyszałem bezpośrednio od człowieka, który swego czasu podarował mi ten amulet. Że światło słoneczne znacząco przyspiesza proces utraty energii uwięzionej w sidrium.
- Słońce niszczy każdy rodzaj wampiryzmu – mruknęła Ezma w zadumie. Trzymała wisior w palcach, ściskając brzegi metalowego okręgu. Palcem drugiej ręki obracała kulę wokół osi przechodzącego przez nią drucika. Pomyślała, że nie byłaby zaskoczona, gdyby to o świątyniach Solarisa okazało się prawdą. Dawca życia był w końcu bogiem słońca. I jak najbardziej mógł brzydzić się takich praktyk.
- To działa tak, że krew ofiary musi spłynąć na kryształ? - chciała się upewnić.
- Nie chodzi tu po prostu o krew – uściślił Tris – Ale o tak zwaną żywą krew. Mówiąc bardziej po ludzku, chodzi o krew, z którą uchodzi życie.
Betilla wyprostowała się gwałtownie i uniosła brwi.
- Dlatego ofiarom wycina się serce? - spytała.
- No… logika podpowiadałaby, że w ten sposób uzyskuje się żywą krew o silniejszych właściwościach – powiedział alchemik powoli – Ale jest to zupełnie bez sensu, biorąc pod uwagę, że efekt z założenia jest krótkofalowy. Zadawanie sobie takiego trudu jest tu całkowicie nieopłacalne. Podobnie jak zabijanie w tym celu ludzi albo innych rozumnych istot. Im większe i bardziej złożone stworzenie poświęcimy, tym więcej uzyskamy energii, ale gdyby na przykład któreś z nas zostało ranne w walce, do uzdrowienia w zupełności wystarczyłaby siła życiowa zabitego kota albo zająca. To i tak byłby spory nadmiar.
Betilla odstawiła na skrzynię pusty kubek po naparze i przysunęła swój fotel bliżej do Ezmy. Widząc jej zainteresowanie, Ezma przekazała jej amulet. Tris tymczasem napełnił kubki dziewczyn kolejną porcją aromatycznego napoju z metalowego dzbanuszka. Betilla spojrzała na alchemika, marszcząc brwi.
- To dzieje się samoistnie? - spytała, stukając palcem w kulkę sidrium spoczywającą na otwartej dłoni – To znaczy gromadzenie energii w amulecie… Nie wyczuwam, żeby ten kryształ był magiczny.
- To jest chyba najciekawsza rzecz, jeśli chodzi o sidrium – wyjaśnił Tris z pewną satysfakcją w głosie – Procesy zachodzą automatycznie i wynika to wyłącznie z właściwości tego kamienia, z jego zdumiewającego powinowactwa do sił życiowych. Powiedziałbym, że to proces alchemiczny, nie magiczny. Zresztą… człowiek, który mi to swego czasu pokazał, nazywał tę sztukę krwawą alchemią. On miał co najmniej jeszcze jeden taki amulet, jeśli dobrze pamiętam, z trochę większą kulką z kryształu. Ten dał mi bez większego żalu, sam mi zaproponował. Mówił jeszcze, że przez tę wrażliwość na energię witalną, sidrium jest też podatne na emocje i nastawienie użytkownika. Podobno im bardziej tego pragniesz, tym więcej energii zbierzesz, chociaż różnice nie są takie duże. Z drugiej strony opór albo obrzydzenie w jakimś niewielkim stopniu zmniejszą efektywność. To się bardziej liczy, jeśli chodzi o przepływ energii z kryształu do ciała. Ta część procesu wymaga zgody i chęci, inaczej energia po prostu powoli wyparuje do otoczenia.
- Czyli ranny człowiek, w rozpaczliwej potrzebie, wchłonie energię szybciej? - spytała Ezma niepewnie.
- Najprawdopodobniej tak – zgodził się Tris – Ale chyba widzicie, że krwawa alchemia ma poważne ograniczenia. Energii nie da się na zapas przechowywać w sidrium. To zawsze jest praktycznie do natychmiastowego użycia. Musi wystąpić taki zbieg okoliczności, który pozwoli zabić jakieś stworzenie akurat w momencie, kiedy jesteś w potrzebie. To jest za bardzo niepewne, żeby całkowicie na tym polegać. Tamten człowiek też miał tego świadomość, mówił, że w tych czasach to raczej ciekawostka. Owszem, używał tego. Ale też nigdy nie był wówczas naprawdę poważnie ranny, a zwłaszcza tak, żeby jego życie było zagrożone. Teraz na szczęście istnieje wiele amuletów uzdrawiających działających według innych zasad, które są bardziej godne zaufania. Powiedziano mi jeszcze, że właściwości sidrium można wykorzystać trochę inaczej. Niestety on sam nie znał za bardzo szczegółów, chyba dopiero szukał informacji.
Ezma niecierpliwie kręciła się w fotelu.
- I znalazł coś? - spytała.
- Nie wiem – odpowiedział alchemik, rozkładając ręce – Kontakt się potem urwał i zanim to nastąpiło, nie powiedział nic więcej. Ja miałem na głowie swoje sprawy, w tamtych czasach dopiero zaczynałem budować coś, co mogłem uczciwie nazwać pracownią. Z czystej badawczej ciekawości wypróbowałem ten amulet przy leczeniu lekkich chorób albo drobnych urazów przy pracy. Zabiło się trochę żab, szczurów i myszy… karaluchów i innego robactwa nie zliczę... Potem, jak musiałem bardziej ostro wziąć się do pracy i nie miałem tyle czasu, schowałem ten wisiorek i zapomniałem o całej sprawie. Aż do teraz…
Słysząc o zabitych zwierzętach, Ezma skrzywiła się. Mimowolnie zaczęła wycierać o spodnie ręce, którymi dotykała amuletu. Teraz wydawał się czysty, ale przecież wielokrotnie musiał mieć kontakt ze świeżą krwią, może także innymi, jeszcze mniej przyjemnymi płynami. Na Betilli nie zrobiło to większego wrażenia, czarodziejka nadal trzymała amulet, bawiła się łańcuszkiem i owijała go sobie wokół palców.
- Jeśli chodzi o sidrium, to musi być coś na rzeczy – westchnął Tris – Kiedy muszę uzupełnić odczynniki, zdarza mi się widzieć u handlarzy kryształy, zazwyczaj bardzo regularne, wydłużone i symetryczne, powiedziałbym, że celowo cięte dla takiego kształtu. I bynajmniej nie są tanie. Do tej pory nie zastanawiałem się nad tym, nie było mi to potrzebne. Jak chcecie, możecie się za tym rozejrzeć i popytać. Sam jestem ciekaw, może czas nadrobić zaległości i uzupełnić wiedzę…
Dziewczyny dopiły swoje porcje wywaru i szczerze podziękowały za wszystko. Betilla, zachwycona amuletem, dobiła targu z Trisem i odkupiła go od niego. Alchemik nie potrzebował go, podejrzewał, że wrzuciłby go znów na dno jakiegoś kufra i nie wyciągał go przez następne kilka lat.
Kiedy Ezma i Betilla wyszły na uliczkę, nagle zdały sobie sprawę, ile czasu spędziły na zapleczu sklepu Trisa. Było już na tyle późno, że Betilla zaczęła się denerwować. Jednocześnie wydawała się zadowolona, mimo że właściwie nadal nie otrzymała odpowiedzi na pytania, które ją tu sprowadziły. Wizyta nie była całkowicie bezowocna. Czarodziejka znalazła coś nowego, coś, co mogło okazać się warte szczegółowego przyjrzenia i przeprowadzenia badań. Na razie powinna jak najszybciej znaleźć się w Magazynach, Dina wkrótce mogła zacząć się niecierpliwić. 
Ezma wolała zostać jeszcze trochę w Attor. Podejrzewała, że na występy cyrkowców było już nieco za późno, widziała, że tłumy w mieście znacznie się przerzedziły, coraz więcej ludzi podążało ku głównej branie. Jednak artyści najprawdopodobniej nadal przebywali na placu przy targowisku i istniała spora szansa na zobaczenie znajomych twarzy. Dziewczyny pożegnały się przy miejskiej bramie, Ezma ze śmiechem obiecała, że przed zapadnięciem zmroku dotrze do Magazynów i tym razem nie zniknie bez ostrzeżenia.
- Kociooka, ja wiem, że koty chodzą własnymi drogami – rzuciła Betilla, szczerząc się w uśmiechu. Wskoczyła na siodło i popędziła konia. Ezma przez chwilę odprowadzała ją wzrokiem.
Klatka z pokrytym skorupą stworem zniknęła spod miejskich murów, podobnie druga, martwa istota. Strażnicy rozeszli się po murze, przy bramie pozostało ich tylko tylu, ilu zwykle pilnowało wjazdu do miasta. Dało się wyczuć od nich lekki niepokój, widać było pewną nerwowość w ich ruchach, ale nic też nie sugerowało, że należy się czegoś poważnie obawiać. W ciągu ostatnich godzin nie nastąpił żaden atak, w pobliżu Attor nie zaobserwowano obecności podejrzanych stworzeń ani grup uzbrojonych ludzi. Czymkolwiek było pojawienie się tamtych istot, nie pociągnęło za sobą dalszych konsekwencji. 
Ezma przeszła główną drogą od bramy do targowiska. Teraz dało się przemieszczać bez problemów, tłumy zdążyły się przerzedzić, znaczna część osób zmierzała w przeciwnym kierunku. Dziewczyna była już praktycznie na miejscu, kiedy zatrzymało ją gwałtowne szarpnięcie za ramię. Z trudem zapanowała nad odruchową nerwową reakcją. To był tylko Rinard. Ezma zauważyła, że teraz młody rycerz narzucił na ramiona ciemnoniebieską pelerynę ze złotobrązowym symbolem sokoła, ustawionego tak, jakby przysiadł na nieistniejącej gałęzi. Rodowy herb Manolinów. 
- Niezły bałagan, co? - zagadnął Rinard – Część naprawdę była skłonna uwierzyć, że Karagaros zamierza nas atakować. Mój ojciec już był gotowy zbierać kompanię i odpowiedzieć im pięknym za nadobne. Dobrze, że jeszcze w ratuszu nie zdążyli się zebrać i przygotować do wypowiedzenia wojny. Chociaż może z drugiej strony to nie byłoby takie złe…
Ezma słuchała z uśmiechem. Pamiętała jeszcze, jak kiedyś Rinard nie wypowiadał się przy niej albo innych ludziach Rattlina tak śmiało, jak wyraźnie się wahał, kiedy miał mówić coś niepochlebnego o Karagaros. Wtedy widział w nich poddanych Zakonu Cierni, dopiero z czasem przekonał się, że rozbójnicy w całości podzielają jego poglądy i uczucia.
- Co właściwie się stało? - spytała Ezma.
- Sam chciałbym to wiedzieć. Po prostu znikąd pojawiło się kilkanaście tych… skorupiarzy… czy jak ich zwać… Rozdzielili się, kiedy znaleźli się blisko murów. Kilka osobników wyglądało, jakby chciało zaatakować przybywających do miasta, strażnicy interweniowali. Parę tych stworów się ubiło, kiedy uciekały wzdłuż murów.
Ezma poczuła nieprzyjemny ucisk w gardle.
- Ty wiesz, że te stwory, skorupiarze, czy jak ich jeszcze nazywasz, to najprawdopodobniej ludzie? - odezwała się cicho – Przynajmniej byli ludźmi, zanim zakonnicy z Karagaros uczynili ich… tym czymś.
- I między innymi dlatego uważam, że może warto byłoby wypowiedzieć im wojnę – westchnął Rinard – Nie myśl, że my tutaj tak zupełnie nie wiemy, co się tam wyprawia. A to teraz… Parę osób zauważyło, że to nie wyglądało na skoordynowany atak. Te stworzenia były zdezorientowane.
- Może uciekły. Nie wiem, ile wy, w Attor, macie z tym doświadczenia, ale mogę cię zapewnić, że z lochów Karagaros co jakiś czas któremuś nieszczęśnikowi udaje się uciec. Często w stanie znacznie gorszym niż ci tutaj.
- Albo przypadkiem oddzieliły się od większego oddziału mutantów, wysłanego już w konkretnym celu w konkretne miejsce. Nie zdziwiłbym się, gdyby książę Aladar wydał rozkazy sprawdzenia okolicy. Tak dla upewnienia się.
Tak jak Ezma się spodziewała, cyrkowcy pozostali na placu za targowiskiem. Zdążyli już usunąć rozpięte między budynkami liny i pochować rekwizyty. Jeśli mieli przy sobie zwierzęta, one również musiały znaleźć się wewnątrz wozów. Pozostało jedynie puste drewniane podwyższenie, które teraz wydawało się dziwnie nagie. Wokół niego i wozów kręcili się ludzie, elfy, mieszańcy i kilku przedstawicieli innych ras, niektórzy jeszcze w pstrokatych kostiumach, inni już przebrani w zwyczajne, znoszone stroje podróżne. 
Nikkorin Zarthal był wśród nich. Ezma bez trudu zauważyła jego koszulę z błyszczącego materiału w żółto-fioletowe pionowe pasy i obcisłe bordowe nogawice z tej samej tkaniny. Jasnobrązowe włosy młodzieńca sięgały do ramion, po prawej stronie głowy dwa pasma zostały zafarbowane ciemnoczerwonym barwnikiem. Nikkorin miał gładko ogoloną twarz, jasną cerę, lekko skośne oczy, świadczące o domieszce elfiej krwi i nieco dłuższe uszy niż u ludzi, chociaż do elfich jeszcze sporo im brakowało.
Ezma zawołała go po imieniu, machając ręką, żeby zostać zauważona. Na jej widok akrobata wyszczerzył swoje zdrowe, równe zęby w uśmiechu.
- Ezma! - zawołał – Tym razem długo się nie widzieliśmy.
- Cóż, taki los – odparła Ezma – Albo wola bogów.
Nikkorin podszedł bliżej, skinął głową Rinardowi i mruknął coś na powitanie. Młodzieńcy na chwilę zajęli się uprzejmą pogawędką. Ezma przyglądała się temu, zauważając, że Rinard nie stara się patrzeć na wędrownego cyrkowca z góry, rozmawiali po prostu jak równy z równym. Z pewnością Rinard nie uznawał Nikkorina za potencjalnego złodzieja. Rycerz był ciekawy wieści ze świata, z odległych rejonów Xaresyi, Nikkorin zaś chciał się przekonać, czy od jego ostatniego pobytu w mieście i okolicach zaszły jakieś istotne zmiany.
Ile czasu minęło? Na pewno ponad rok. Ezma liczyła w myślach, w zadumie pocierając dłonią podbródek.
Rinard subtelnie dał do zrozumienia, że nie może sobie pozwolić na dłuższe rozmowy i powoli się wycofał. Nikkorin przeniósł uwagę na Ezmę.
- Wiesz, że mogłaś w każdej chwili wpaść do nas jak byliśmy w trasie – powiedział, celowo zawierając w głosie nieco nagany i wyrzutu. Jednocześnie z jego oczu łatwo dało się wyczytać, że to miał być tylko żart.
- Wybacz, po prostu ciągle miałam coś na głowie.
- Ciągle coś? - Nikkorin oparł ręce na biodrach i przekrzywił głowę – Mógłbym wiedzieć, jakie to ważne sprawy nieustannie obciążają wolnych ludzi?
Z komiczną miną, jaką przybrał, wyglądał, jakby usiłował naśladować nadwornego błazna. Chyba znacznie bardziej przekonująco by wypadł, gdyby nie miał takiej szczupłej i młodo wyglądającej twarzy.
- Na przykład Karagaros – westchnęła Ezma i natychmiast spoważniała. Samo to wystarczyłoby, żeby trzymać ludzi Lisicy w stanie nieustannej gotowości. A to był tylko pierwszy, najważniejszy, ale nie jedyny ich problem.
- Szajki, które próbują zająć ten teren, dzikie wilkołaki, inne bestie – mówiła dalej, chociaż myślami pozostawała przy Zakonie Cierni i tym, co się z nim wiązało, co, jak jej się wydawało, mogło mieć znaczenie – No i jeszcze jakoś sami musimy przetrwać w tym lesie, najlepiej tak, żeby nie obciążać za bardzo uczciwych ludzi w osadach.
Kiedy patrzyła na Nikkorina, na jego niefrasobliwą, młodzieńczą twarz, w jej głowie kiełkowała pewna natrętna myśl. Nie była pewna, jakie miała szanse, żeby go namówić, ale jeśli zgodziłby się przez te kilka dni jej towarzyszyć, poczułaby się dużo lepiej. Warto byłoby go chociaż zapytać. 
Otworzyła usta, ale Nikkorin pierwszy wtrącił się ze swoim pytaniem.
- A jak tam u Diny? W końcu została wielką szefową?
Ezma potrzebowała chwili, żeby sens pytania do niej dotarł. W końcu powoli skinęła głową.
- Ostatnio mam wrażenie, że tak.
To chyba wydarzenia w ostatnich dniach ostatecznie ją do tego popchnęły, pomyślała.
- I nadal tak samo mnie nie znosi? - pytał dalej Nikkorin. W innej sytuacji być może Ezma zaśmiałaby się, patrząc na tę minę niewiniątka.
- Obawiam się, że to się nie zmieniło i raczej nie zmieni się za szybko – odparła. Akrobata tylko kiwał głową. W zasadzie takiej odpowiedzi się spodziewał.
- Tak sobie myślę – odezwał się po chwili – Że trochę głupio tak stać tu i gadać o suchym pysku. Co ty na to, żeby wpaść do którejś gospody na piwo albo miód?
Ezma zgodziła się. W ten sposób zyskiwała dodatkowy czas na przemyślenie swojej propozycji. 
Coraz bardziej czuła, że nie chciałaby wyruszyć na południe sama, jedynie w towarzystwie Melu jako przewodniczki. Najchętniej wyciągnęłaby ze sobą Dinę, ale teraz było to raczej niemożliwe. Betilla prawie na pewno chciałaby jej towarzyszyć, tylko tu znów na przeszkodzie stała obecna sytuacja Diny, która potrzebowała pomocy. Kanuk… Ezma znała go aż za dobrze i wiedziała, jaka byłaby jego reakcja na wieść o tym, że poszukują czarnoksiężnika aby wyciągnąć z niego informacje dotyczące podejrzanych czarnomagicznych praktyk. Kanuk niewątpliwie spróbowałby wybić jej z głowy ten pomysł i w pewien sposób Ezma mogła go zrozumieć. 
Dotarli do drzwi umieszczonych na ukośnej ścianie na rogu, przy skrzyżowaniu dwóch uliczek. Powyżej znajdował się szyld z wyblakłym wizerunkiem ogromnego jabłka przebitego strzałą. Wielkie czarne litery nad malunkiem z dumą głosiły „CHYŻY STRZELEC”. Nikkorin otworzył drzwi i zachęcił Ezmę do wejścia, pochylając się w imitacji dworskiego ukłonu.
W środku było kilka osób, mieszczan w prostych strojach, siedzących w większości samotnie, każdy przy swoim stole, nad kuflem i dzbankiem albo talerzem polewki. Usługująca dziewka w gorsecie i spódnicy w wielobarwne pasy nie miała wiele do roboty. Nikkorin i Ezma podeszli do baru. Właściciel, lekko łysiejący tęgi mężczyzna, uniósł wzrok.
- Czego sobie państwo życzycie? - spytał.
Poprosili o pitny miód, położyli monety na wytartym blacie, pokrytym okrągłymi śladami od kufli. Każde płaciło za siebie, Ezma bardzo na to nalegała. Zaraz pojawił się przed nimi pękaty dzbanek z trunkiem i dwie szklanki, do których właściciel przybytku ostrożnie wlał pierwszą porcję.
Zajęli miejsce mniej więcej na środku lokalu, usiedli tak, że Ezma miała widok na drzwi i znajdujące się nieco na prawo od nich drewniane schody, prowadzące na wyższy poziom. Dziewczyna oparła łokcie o blat, podpierając brodę na splecionych dłoniach. Luźne rękawy wzorzystej koszuli nieco się zsunęły, częściowo odsłaniając jej przedramiona. Nieszczęsny bandaż na lewym nadgarstku był także widoczny. Na ten widok Nikkorin zmarszczył czoło.
- Co ci się stało? - spytał.
- To jest właśnie część problemu, który próbuję rozwiązać – westchnęła Ezma. Po raz kolejny tego dnia opowiedziała o konfrontacji z wampirami i tym, czego się przy tym dowiedziała, tym razem jednak bardziej skupiała się na faktach, niż swoich przypuszczeniach. Wyjaśniła, że jedynym pewnym źródłem informacji, których poszukiwała, był najprawdopodobniej ów mag, o którym wspomniała Melu. Zingmar. Ezma tego dnia co jakiś czas powtarzała sobie w myślach jego imię, żeby nie zapomnieć.
Nikkorin przymknął oczy i głęboko odetchnął. Z grymasem lekkiego niezadowolenia pokręcił głową.
- No, niestety chyba naprawdę jedynym – stwierdził – Jeśli się nie mylę, swego czasu omal nie otarłem się o tę wiedzę. Pamiętam, że to chyba było dwa lata temu. Byliśmy jak zwykle w trasie całym zespołem, w którymś momencie dołączyli do nas dwaj bracia, obaj trochę starsi ode mnie. Raczej nie wyglądali na wędrownych kuglarzy. Podróżowaliśmy razem jakieś kilkanaście dni, w tym czasie parę razy zdarzyło nam się coś poćwiczyć, trochę dla utrzymania formy, trochę dla rozrywki. Jeden z tamtych chyba też chciał nam trochę zaimponować i pokazał, co może.
Półelf uśmiechnął się cierpko i znów pokręcił głową.
- Przebijał swoje ciało nożem i pogrzebaczem. Robił to kilkakrotnie, za każdym razem paru naszych to widziało. Byliśmy praktycznie pewni, że to nie jest żaden trik. Zawsze przebijał odsłonięte ciało, chyba szkoda mu było zniszczyć ubranie. Widzieliśmy to dokładnie. A po wszystkim on po prostu regenerował się jak jakiś cholerny wampir. 
- Może był wampirem – podsunęła Ezma – Chociaż jak rozumiem, widzieliście go za dnia.
- Właśnie o to chodzi, że za dnia. Magiem też nie był, bo poza tym jednym żadnych innych szczególnych mocy nie wykazywał. I nie nosił amuletów. Sprawdzaliśmy to, bo byliśmy zaintrygowani. Tylko miał wysoko na boku taką bliznę, teraz pamiętam tylko że była bardzo regularna, jakiś taki wzór, jakby celowo wycięty. Już pod koniec, zanim nasze drogi się rozeszły, ja i dwóch albo trzech z naszych spytaliśmy go, jak on to robił. Nie dałbym sobie uciąć za to ręki, może teraz tak mi się wydaje pod wpływem sugestii, ale chyba wtedy użył tego określenia. Że on i jego brat są Cudzokrwiści. Ale tak jak mówię, nie jestem teraz tego pewien. Mogę tylko powiedzieć tyle, że żaden z nas nadal nie wiedział co to znaczy. Później nawet zamierzałem dalej o to pytać, ale jak na złość oni poszli swoją drogą.
Ezma zdała sobie sprawę, że szklanka, z której usiłowała dalej pić, jest już pusta. Złapała dzbanek i przelała nieco miodu. Pociągnęła łyk, po którym poczuła w gardle przyjemne ciepło.
- Dla nich pewnie to wydawało się tak oczywiste, że nie uważali za stosowne wyjaśnić wam coś więcej – mruknęła, czując lekką frustrację.
- Lepiej bym tego nie ujął – stwierdził Nikkorin – Trochę głupi byłem, że nie spytałem od razu. Ale to już minęło, czasu nie cofnę.
Ezma przytaknęła. Należało skupić się na tym, co dało się zrobić teraz. Wyruszyć na południe. Znaleźć tego Zingmara i jakoś skłonić go do mówienia.
- Chciałbyś teraz rozwiać wątpliwości? - spytała.
- To znaczy pójść tam z tobą?
Ezma zacisnęła palce na szklance.
- Oczywiście jeśli miałbyś taką możliwość – powiedziała szybko – I nie byłoby to zbyt wielkim problemem.
Nikkorin uśmiechnął się, błyskając zębami.
- Problem? Jaki problem? I tak ciągle jestem w drodze, więc te kilka dni podróży to właściwie nic. No i dla odmiany takie miłe towarzystwo…
Ezma pochyliła się nad swoją szklanką, żeby ukryć nagły rumieniec. Nikkorin zdawał się tego nie zauważać.
- Jeśli byłabyś tak uprzejma i poczekała jeszcze dwa dni – ciągnął – Do zakończenia naszych pokazów w Attor… na które nawiasem mówiąc, serdecznie cię zapraszam, bo chyba dzisiaj nie widziałem cię wśród widzów. A potem bez problemu mogę wyrwać się na jakieś dwa tygodnie, może nawet dłużej.
Ezma skinęła głową. Dwa dni nie stanowiły problemu, sama potrzebowała trochę czasu na przygotowania. Na bogów, poszło nawet łatwiej niż myślała. Gdyby teraz Nikkorin przyglądał się jej twarzy, ujrzałby uśmiech triumfu.