31 paź 2019

Ścieżka Krwi (3)

W przypadku używania broni Burzycieli siła rzeczywiście miała wielkie znaczenie. Ezma w milczeniu przyglądała się, jak Ruvan zwinnie wywija ciężkim stalowym drągiem. Dla wampira nie stanowiło to większego problemu, w najmniejszym stopniu nie ograniczało to gracji i swobody jego ruchów. Po dłuższej chwili Ezma chwyciła kij i spróbowała pojedynkować się z Ruvanem tak jak wcześniej robiła to z Nikkorinem. Szybko musiała uznać, że to nie jest to samo, kiedy ze względu na nią partner musiał cały czas kontrolować siłę uderzeń i pilnować, żeby nie opuścili obszaru oświetlanego przed dwie wetknięte w ziemię pochodnie.
- Masz dość? - spytał Ruvan, kiedy Kociooka pochyliła się do przodu, opierając ręce na kolanach, i głęboko odetchnęła.
- Wiesz, nie jestem taka jak ty – odparła Ezma i szybko dodała – Jeszcze.
Ruvan zaśmiał się, szczerząc kły. Usiadł na wilgotnej trawie, kładąc broń Burzyciela obok siebie.
- Nie chcę nic mówić, ale na twoim miejscu bym uważał – odezwał się po chwili, patrząc gdzieś w ciemność przed sobą – Z mojego punktu widzenia to całkiem miłe, kiedy możemy tak swobodnie rozmawiać i nie traktujesz mnie jak odrażającego potwora. Podobnie jak swoich nieumarłych znajomych, dzięki którym się tutaj znalazłaś. To nie jest moja sprawa, w końcu jesteś już dorosła, pewnie zdążyłaś trochę poznać życie, ale chciałbym cię ostrzec. Nie wszystkie wampiry są takie jak ja albo oni. Dla własnego dobra uważaj, komu postanowisz zaufać.
Ezma potrząsnęła głową i usiadła obok Ruvana.
- Doceniam troskę. Przypominam tylko, że jestem sierotą od siódmego roku życia. Od piętnastego należę do zbójeckiej bandy. Potrafię o siebie zadbać i wiem co robię…
Przynajmniej w większości przypadków, pomyślała. Tego wolała nie mówić na głos. 
Podwinęła rękawy i potarła dłońmi przedramiona, swędzące od licznych ukąszeń owadów. Przez większość dnia wraz z Nikkorinem chwytała osobniki bardziej lub mniej jadowitych gatunków, wabiąc je mieszankami słodkich nektarów, przygotowanymi przez Zingmara i umieszczonymi w pułapkach jego roboty. Ich jad, wraz z ich żywą krwią, miał stać się gwarancją przyszłej odporności na dużo silniejsze trucizny. Była w tym jakaś logika, którą Ezma potrafiła dostrzec i docenić. A drobne rany i pęcherze na rękach zawsze dało się wyleczyć, wystarczyło po prostu zabić kilka mniej cennych owadów.
Ezma zdała sobie sprawę, że odruchowo sięgnęła ku kryształowi sidrium, wiszącemu na rzemyku na szyi. 
Niedobrze, to wszystko postępowało zbyt szybko. Dziewczyna mogła jeszcze mieć nadzieję, że ta fascynacja towarzysząca poznawaniu nowości z czasem naturalnie osłabnie. W końcu Trisowi też przeszło.
- I dlatego postanowiłaś stać się silniejsza? - zagadnął Ruvan – Bo jak rozumiem, już podjęłaś decyzję. Dlatego teraz razem ze swoim przyjacielem łapiecie te wszystkie stworzenia, których Zingmar jeszcze nie ma w swojej kolekcji.
- Znacznie lepiej byłoby powiedzieć, że nie mam wyboru – odpowiedziała Ezma spokojnie.
- Ezma, chyba wiesz, że siła nie rozwiąże wszystkich problemów… - westchnął Ruvan.
Ezma nie odpowiedziała. Popatrzyła na swoje ręce. Nawet w świetle pochodni mogła widzieć, że w wielu miejscach, nawet jeśli owady nie pokąsały jej do krwi, ona sama podrapała się tak, że teraz miała niewielkie otwarte ranki. Tknięta nagłą myślą, przeniosła wzrok na siedzącego obok wampira.
- Ludzka krew jest dla was w jakiś sposób lepsza, tak? - spytała. Zdołała tym zaskoczyć Ruvana na tyle, że ten wreszcie odwrócił się w jej stronę.
- Ma dużo lepszy aromat – powiedział Ruvan ostrożnie – Trudniej się temu oprzeć. Ale jak widzisz, możemy bez tego żyć i nie dzieje nam się krzywda. Uwierz na słowo, mam się całkiem nieźle.
Ezma uśmiechnęła się słabo. Naprawdę znowu tego chciała? Czy to była po prostu kolejna sytuacja, w której czuła, że jest coś komuś winna?
- Pomyślałam sobie, że to trochę nie w porządku, że z mojego powodu Zingmar będzie musiał cię pokroić – z każdym słowem jej głos brzmiał mniej pewnie i dziewczyna była tego świadoma – Chciałabym, żebyś ty także coś z tego miał. Ode mnie. Ja… Jeśli to zrobimy, będę miała wobec ciebie ogromny dług. Chyba do końca życia nie mogłabym zapomnieć czegoś takiego. I jeśli to jedyne, co mogłabym dla ciebie zrobić…
Zawahała się, zanim wyciągnęła w jego stronę ręce, nadgarstkami do góry.
- Proszę. Możesz trochę ze mnie wziąć. W końcu już wiem, jak mogę się potem uzdrowić
Ruvan cofnął się. Ezma widziała, że przez jego twarz w nieskończenie krótkiej chwili przebiegło wiele sprzecznych emocji. Ruvan chciał tego, bronił się przed tym i przede wszystkim wahał się dużo bardziej niż ona sama.
Ezma zachęcająco skinęła głową i zamknęła oczy. Nie minęło dużo czasu do chwili, kiedy poczuła ostry ból w prawym nadgarstku. Odruchowo drgnęła ale kazała swojemu ciału się opanować. Walczyła z instynktem nakazującym bronić się i uciekać. Powtarzała sobie w myślach, że ze strony Ruvana nie grozi jej realne niebezpieczeństwo.
W pewnym momencie ból częściowo zelżał. Ezma usłyszała szelest, wskazujący na to, że Ruvan się cofnął. Po chwili usłyszała jego cichy, nieco ochrypły głos.
- To jest właśnie to, o czym mówiłem. Czasami za bardzo się odsłaniasz. Czy będziesz Cudzokrwistą czy nie, to może być niebezpieczne. Teraz zrób coś, żeby powstrzymać krwawienie.
Ezma w końcu otworzyła oczy. Skrzywiła się na widok rany na nadgarstku. Drugą ręką, która teraz lekko drżała, zdołała wydobyć z kieszeni niewielką chustkę. Ruvan przysunął się bliżej i pomógł jej zawiązać prowizoryczny bandaż, dziewczyna miałaby pewien problem, próbując zrobić to sama.
- W porządku? - spytał wampir z troską – Mam nadzieję, że nie straciłaś za dużo…
- Nic mi nie będzie. A tobie to jakoś zaszkodzi? W sensie, że się przyzwyczaisz czy coś…
- Nie powinno. Ale muszę przyznać, że to uczucie nieporównywalne z niczym innym.
Ruvan odchylił głowę do tyłu, po czym osunął się do pozycji leżącej. Miał zamknięte oczy, światło padało na jego bladą twarz. Wydawał się rozluźniony i spokojny. Ezma zdała sobie sprawę, jak bardzo mu tego zazdrościła. Nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy, jeśli w ogóle, dane jej było doświadczać takiego błogiego spokoju. Czy w ogóle były na to jakiekolwiek szanse, jeśli Karagaros wraz z Zakonem nadal istniało?
- To będzie ostatni raz, tak? - spytała po chwili. Ruvan otworzył oczy i zmarszczył czoło.
- Co ostatnie? W jakim sensie?
- Moja krew – odparła Ezma – Czy jeśli przyjmę sidrium, moja krew będzie dla wampirów niejadalna?
Wampir zaśmiał się krótko.
- Nie sądzę. Dlatego powtarzam ci, że powinnaś uważać. Jestem pewien, że wszelkie krwiożercze stworzenia nadal będą chciały tak samo na ciebie polować.
- Mam wrażenie, że wszystko od zawsze chce na mnie polować. I że po dłuższym czasie człowiek nawet może się do tego przyzwyczaić.

***

Następnego dnia z rana Zingmar oznajmił, że udaje się do najbliższej osady załatwić kilka spraw.
- Czy to ma coś wspólnego z waszym… eksperymentem? - zainteresował się Nikkorin. Gospodarz uśmiechnął się kpiąco.
- A czy wszystko musi mieć? - odpowiedział pytaniem – Czasem człowiek musi po prostu zwyczajnie coś kupić. Magowie też są zwykłymi śmiertelnikami i potrzebują jedzenia, żeby przeżyć. A poza tym… Tak, umówiłem się tam z moim dawnym znajomym. Jakoś tak się stało, że akurat przebywał w pobliżu. Przesłałem mu wiadomość, że jeśli nadal ma dostęp do pewnych… materiałów… byłbym bardzo wdzięczny, gdyby mi coś dostarczył.
Kiedy skończyli posiłek, Ezma zdecydowała, że chce towarzyszyć magowi w wyprawie. Czuła, że tego potrzebuje, przebywając w domostwie Zingmara miała wrażenie, że z każdym dniem coraz bardziej traci kontakt ze światem. Taki pustelniczy żywot był może dobry dla czarnego maga, badacza i eksperymentatora, ale jej zdecydowanie nie służył.
Wieś, którą Zingmar nazywał najbliższą, okazała się oddalona o ładnych kilka mil. Minęło trochę czasu, zanim Ezma zobaczyła pierwsze zbudowania. Chaty podobne były do tych, które dziewczyna widywała w swoich okolicach, mieszkańcy też nie wydawali się bardzo odmienni od ludzi z Dolnej Polany, Starego Mokradła albo innych dobrze znanych miejsc. Takie same ogorzałe od słońca twarze, dłonie stwardniałe od pracy i proste, jasne stroje.
Różnią się jednym, pomyślała Ezma ponuro. Oni nie muszą żyć ze stale wiszącą nad nimi groźbą.
Po załatwieniu najpilniejszych sprawunków Zingmar zaczął rozglądać się za swoim wspólnikiem. Nie wydawał się przy tym zdenerwowany, nie spieszył się zbytnio.
- Jesteśmy tu dość wcześnie – wyjaśnił w pewnej chwili – Możliwe, że trochę poczekamy na jego przybycie.
Wspólnik Zingmara pojawił się przy zajeździe w miejscu, gdzie osada łączyła się z traktem. Był to postawny mężczyzna o jasnych włosach, raczej w dobrej formie, na ile dało się ocenić po jego sylwetce. Miał na sobie kilka warstw podniszczonego stroju, na które jeszcze narzucił kolczugę. Przy pasie nosił miecz o szerokim ostrzu. Kiedy Ezma podeszła bliżej, zauważyła na jego niedogolonym podbródku i szyi niewielkie jasne blizny, podobne smugi i zgrubienia miał na dłoni, którą wyciągnął na powitanie.
- Obed, do usług – przedstawił się nieznajomy, lekko pochylając głowę. Mówił cicho, już na pierwszy rzut oka dało się zauważyć, że należał do osób, które nie potrzebowały podnosić głosu, żeby zyskać posłuch.
Ezma również się przedstawiła, po czym wycofała się, pozwalając Obedowi i Zingmarowi na grzecznościową pogawędkę. W pewnym momencie Obed wyciągnął spod koszuli niewielką paczkę, owiniętą w kilka warstw płótna i wielokrotnie okręconą sznurkiem.
- Zapewne jesteś tu z tego powodu, przyjacielu – powiedział z rozbawieniem – A co do kotów, to na pewno jakiegoś znajdziesz tutaj. Plącze się tu tego od cholery i prawie wszystkie niczyje.
Ezma zauważyła, że pomimo nagłego błysku ożywienia w oczach, Zingmar bardzo powoli i ostrożnie wziął od tamtego paczkę.
Z dalszej rozmowy Ezma wywnioskowała, że Obed był jednym z dawnych ochotników Zingmara, błędnym rycerzem, obecnie także Cudzokrwistym. Nieśmiało zadała kilka pytań, dowiedziała się, że mężczyzna nosił w ciele jeden kryształ sidrium, dzięki któremu zyskał wielką siłę.
- Jak się domyślasz, to czasem bardzo się przydaje – stwierdził Obed. Mówił o tym w taki sposób, jakby była to rzecz zwyczajna, niemal niegodna uwagi. Wydawał się zadowolony, zwyczajnie zadowolony, nie szczycił się tym faktem, ale też się nie wstydził. Ezma nie była pewna, czy to było właśnie to zapewnienie, którego potrzebowała, dowód na to, że przyjęcie sidrium i esencji nie miało większego negatywnego wpływu na dalsze życie. Obed zdecydowanie nie wyglądał na opętanego ani dręczonego przez nieczyste duchowe siły. Wyglądało na to, że mimo poddania się temu upiornemu zabiegowi pozostał całkowicie normalny.
Zingmar bardzo chciał zaprosić Obeda do siebie, gorąco namawiał go do zatrzymania się w jego domostwie, tamten jednak stanowczo odmówił.
- Niezbyt to fortunny moment – stwierdził błędny rycerz – W innej sytuacji przyjąłbym zaproszenie z radością, ale teraz obowiązek wzywa. Mittvar Półkrwi nie będzie czekał.
- Kto? - wyrwało się Ezmie odruchowo. Obed szybko wyjaśnił, że chodzi o tymczasowo przebywającego w okolicy wędrownego zbójcę, który w ciągu kilku ostatnich lat zdążył zyskać pewną ponurą sławę z powodu swojej brutalności i pozornie chaotycznych działań.
- Tutaj jeszcze chyba nic nie wywinął, ale może to kwestia czasu – ciągnął – Kiedy byłem w drodze, to i owo obiło się o uszy. Mittvar był tu widziany, kilka razy, a ktoś z tutejszych nawet pokazał, którędy szedł i gdzie być może się kryje. Pytałem chłopa, czy poszedł za nim i sprawdził, ale gdzie tam! Bał się. I wcale się człowiekowi nie dziwię. Na jego miejscu sam bym trząsł portkami i nie wychylił nosa z chałupy, póki ten łajdak krążyłby po okolicy.
- Dlaczego? - zdziwiła się Ezma – Jak rozumiem, on działa sam…
Obed parsknął krótkim śmiechem i potrząsnął głową.
- Jak i ja. A ze mną raczej nikt nie chciałby się mierzyć. Ludzie po wsiach gadają, że Mittvar to wilkołaczy bękart, stąd pewnie wziął się ten przydomek. Jak jest naprawdę, sam nie wiem, ale nawet bym się zbytnio nie zdziwił. Pewnie się nie dowiem nawet jak w końcu spotkam się z nim twarzą w twarz, żeby położyć kres jego wybrykom.
- Będziesz mógł to sprawdzić – wtrącił Zingmar – Jeśli tylko zdołasz jakoś przyprowadzić mi go żywego.
Spojrzenia obu mężczyzn spotkały się, oczy zalśniły. Mag wydawał się rozbawiony, Obed podekscytowany, podobny w tej chwili do niedawno pasowanego rycerza, próbującego dowieść swej wartości w walce. Pierwszy rzucił wyzwanie, drugi z radością je przyjął. Porozumienie zostało zawarte. Widząc chytry uśmiech Zingmara, Ezma w jednej chwili zrozumiała i wzdrygnęła się ze zgrozy.
- Idę z nim – powiedziała szybko – Mam nadzieję, że nie macie nic przeciwko.
Obed w odpowiedzi parsknął śmiechem. Zdecydowanie nie miał prawa jej powstrzymywać, jeśli taka była jej decyzja. Kociooka lekko zirytowana zacisnęła usta. Nie mogła mieć pretensji o to, że człowiek taki jak Obed nie traktował jej całkiem poważnie, na jego miejscu ona sama zareagowałaby podobnie. Uczucie jednak nie było przyjemne.
Zingmar życzył im powodzenia. Cały czas uśmiechał się z zadowoleniem, a jego wyraz twarzy wydawał się Ezmie coraz bardziej nieprzyjemny. Jedną ręką mag, może nawet bezwiednie, głaskał ściskaną w objęciach paczkę. Na szczęście Obed szedł szybko i Ezma musiała przyspieszyć, aby dotrzymać mu kroku, tym samym straciła Zingara z oczu.
Obed pamiętał wskazówki wieśniaków, po opuszczeniu osady szedł pewnie, odnajdując słabo zaznaczone ścieżki między drzewami.
- Bywałem kiedyś w tych okolicach – odpowiedział na nieśmiałe pytania Ezmy – Mogę domyślać się, gdzie ten drań się kryje, jeśli naprawdę szedł tą drogą.
Ezma skinęła głową i znów wbiła wzrok w ziemię kawałek przed sobą. Nie była pewna, w jaki sposób zadać właściwie pytania, te, które nie dawały jej spokoju.
- Ty wiesz, czego on chce, prawda? - wyrzuciła z siebie w końcu. Obed gwałtownie zwolnił, prawie się zatrzymując i powoli odwrócił głowę.
- O czym i o kim ty mówisz? - spytał ostrożnie. Możliwe, że jednak nie wiedział.
- O Zingmarze. I dlaczego zależy mu na dorwaniu Mittvara żywego. On chce mieć dawcę esencji! Jeśli ten człowiek naprawdę jest w połowie wilkołakiem…
- I co z tego? Nawet jeśli o to chodzi, to żaden problem. Przynajmniej będzie jakiś pożytek z tej kanalii zanim zdechnie.
Ezma wzięła głęboki oddech, nie bardzo wiedząc, co powinna powiedzieć. Zdecydowanie zgadzała się z tym, że rozbójnicy pokroju Mittvara zasługiwali na śmierć. Ale na pewno nie w taki sposób. Inaczej ona i Obed niczym nie różniliby się od Zakonu Cierni, Saranów i wszystkiego, z czym należało walczyć. Sam Zingmar jeszcze kilka dni wcześniej przekonywał, że w krwawej alchemii podobne ofiary nie zawsze są konieczne.
- Idziemy? - Obed niecierpliwym gestem wskazał las przed sobą. Ezma spojrzała w tym kierunku, zauważyła, że w niewielkiej odległości przed nimi wyższe drzewa są znacznie przerzedzone, więcej było tu młodych egzemplarzy. Kiedy się zbliżyli, dało się zobaczyć liczne pozbawione kory ścięte konary, leżące na ziemi w bezładnych stertach. Pomiędzy nimi znajdowały się kikuty ściętych pni, już pociemniałe i wygładzone z upływem czasu. Najwyraźniej w niedalekiej przeszłości okoliczni mieszkańcy pozyskiwali stąd drewno. Obed potwierdził te przypuszczenia i wskazał kilka niewielkich, naprędce skleconych drewnianych budynków, stojących przy skraju miejsca wycinki. Chatki były znacznie mniejsze niż domy w xaresyańskich osadach i na pierwszy rzut oka wydawały się porzucone od kilku lat. Dach jednej z nich zapadł się do środka, deski tworzące ściany były prawie czarne, z wyjątkiem powierzchni pokrytych porostami i innym zielonym nalotem.
Oboje powoli ruszyli w ich stronę, ostrożnie przechodząc pomiędzy połamanymi gałęziami leżącymi na ziemi. Ezma zatrzymała się kilka metrów od najbliższego budynku, Obed zrobił to minimalnie później. Przez krótką chwilę nasłuchiwali, w końcu Obed skinął głową. Ezma zauważyła, że jej towarzysz się uśmiecha, jednocześnie zachęcająco i z czymś w rodzaju uznania. W tym momencie równie dobrze Obed mógłby być jednym z bandy Grigana. Sytuacja była podobna do wielu innych, w których Ezma miała okazję uczestniczyć, a sądząc z naturalnych odruchów Obeda, mogła wywnioskować, że i dla niego nie była to żadna nowość. 
Oboje bezszelestnie zbliżyli się do szeroko uchylonych drzwi chatki, przekrzywionych i zapadniętych, praktycznie unieruchomionych w tej pozycji. Zajrzeli do środka. Już na pierwszy rzut oka dało się zauważyć, że ktoś bywał w budynku. W kącie, na resztkach prawie nieistniejącej drewnianej podłogi, leżał sterta szmat, nie pokrytych kurzem i pyłem jak reszta wnętrza. Stojący na czymś pomiędzy półką a ławką dzbanek z wyszczerbioną krawędzią do połowy napełniony był wodą albo innym bezbarwnym płynem, obok leżał zabrudzony krótki nóż z ułamanym końcem. Ostrze pokryte było czymś ciemnym, nierozpoznawalnym w półmroku. Ezma zwróciła uwagę, że jedyne pomieszczenie nie miało okien. Wyczuła też specyficzny metaliczny zapach, który mógł się kojarzyć tylko z jednym. Ostrożnie wślizgnęła się do środka, tylko jeden krok za próg, żeby móc zajrzeć w przeciwległe kąty. Zobaczyła szczątki drewnianego stolika, może skrzynki, ułożone tak, że krótkie deski na wierzchu tworzyły względnie poziomą powierzchnię. Na nich spoczywały rozszarpane szczątki zająca, praktycznie same kości i pokryta sierścią skóra, w środku plamy krwi. Krople i smugi były częściowo widoczne na ciemnych szczątkach butwiejących desek podłogi. Ezma z cichym westchnieniem wycofała się. Gestem dała Obedowi znak, że mogą przejść do kolejnej chatki.
Zatrzymała się przed drzwiami domku z lewej strony. Na futrynie, która nie pociemniała jeszcze tak bardzo jak ściany, zobaczyła krwawe smugi. W jednym miejscu ciemne plamy tworzyły prawie wyraźny odcisk dłoni. Ezma miała nadzieję, że to tylko krew tego zająca, który został pożarty w chatce obok.
- Był tu – mruknął Obed, pocierając palcem podbródek – Przy odrobinie szczęścia może nadal gdzieś tu jest.
Ezma nie była pewna, co w tej sytuacji byłoby szczęśliwym trafem. Czuła powoli rosnące zdenerwowanie. Ostrożnie zaczęła otwierać szerzej niedomknięte drzwi. Chwilę później stwierdziła, że szczęściem było to, że stare zawiasy nie zaskrzypiały.
W półmroku, około dwóch metrów przed nią, w barłogu ze strzępów szmat i wyliniałych skór spoczywał półnagi śpiący mężczyzna. Już na pierwszy rzut oka wydawał się potężniej zbudowany niż Obed. Ezma zwróciła uwagę na gęste owłosienie, widoczne na jego odsłoniętej klatce piersiowej, przedramionach i ramionach. Zarost, niezbyt może długi, pokrywał nienaturalnie dużą część jego twarzy.
Ręka Ezmy prawie bezwiednie spoczęła na rękojeści przytroczonego do pasa sztyletu. Co właściwie zamierzała, co powinna zrobić? Miała dać krok do przodu, pochylić się i poderżnąć śpiącemu gardło? To prawie na pewno był ten, którego szukali, Obed mógłby rozwiać wątpliwości, wystarczyło go spytać. I zaraz potem uderzyć, natychmiast, jeśli Ezma chciała zapobiec temu, co planował Zingmar. Naprawdę chciała?
- Obed? - zaskoczona usłyszała własny głos – Czy to jest…
Wydawało jej się, że mówiła wystarczająco cicho, ale najwyraźniej ów wyrzutek, rzekomo pół-wilkołak, był wyczulony na subtelne bodźce. W jednej chwili Ezma stała w progu chaty, nie wiedząc, co robić, w następnej leżała na ziemi przed opuszczoną chatką drwali, przyciskana do wilgotnej trawy ciężarem muskularnego rozbójnika. Od nagłego uderzenie o ziemię w pierwszej chwili nie była w stanie złapać oddechu. Widziała nad sobą twarz tamtego, wykrzywioną w wyrazie nieludzkiej, bezrozumnej furii. Nozdrza rozbójnika drgały, kiedy ten węszył w powietrzu jak pies. Ezma nie miała już żadnych wątpliwości, że to był właśnie właściwy człowiek. Albo pół-człowiek. Mittvar Półkrwi.
Spróbowała sięgnąć do sztyletu. Lewą ręką, prawą nie dałaby rady w tej pozycji, z Mittvarem siedzącym na jej biodrach, jedną ręką przytrzymującym jej ramię. Ezma zdołała częściowo wydobyć ostrze z pochwy, kiedy przeciwnik zauważył jej ruch i natychmiast zareagował. Mittvar gwałtownym szarpnięciem odsunął jej rękę od ciała i trzymając za nadgarstek, przycisnął do ziemi.
- Obed… - wydusiła z siebie Ezma. Widziała kątem oka, że jej towarzysz, chyba odruchowo, zamierzał sięgnąć po miecz, ale się zawahał. Do licha, Obedowi chyba naprawdę zależało na tym, żeby doprowadzić Mittvara żywego do maga!
Na krótką chwilę ciężar napierający na ciało Ezmy zwiększył się, kiedy Obed pchnął Mittvara, usiłując odsunąć go na bok. Siłowanie się mężczyzn może trwałoby dłużej, gdyby Mittvar spiął się w sobie i spróbował stawić opór, jednak za bardzo skupiał się na Ezmie, żeby przewidzieć atak z boku. Z głuchym sapnięciem obaj upadli na trawę, Obed zaś częściowo na nogi Ezmy, która krzyknęła z bólu. Mittvar warczał szczerząc zęby, Obed uderzył go pięścią w twarz. Kociooka uwolniła nogi i przeczołgała się kawałek po trawie. Spojrzała na swój bok, na pustą pochwę przy pasie. Sztylet leżał w trawie, gdzieś tam, gdzie teraz Obed i Mittvar na kolanach walczyli gołymi rękami.
- Obed, zakończ to i zabij go! - krzyknęła Ezma. Chciała jeszcze dodać, że jeśli w tej pozycji nie będzie mógł wyciągnąć miecza, jej sztylet leży gdzieś obok, ale ugryzła się w język. Nie miała pewności, że w takim wypadku to nie Mittwar pierwszy sięgnie po porzucone na ziemi ostrze. Zdołała wstać, przekonując się tym samym, że przynajmniej wszystkie kości miała całe. Lekko kulejąc, przeszła kilka kroków, przypatrując się leżącym na ziemi ściętym konarom. Wybrała niezbyt długi, dość prosty odcinek gałęzi, podniosła go i powoli podeszła do walczących. Nic nie wskazywało na to, że szarpanina wkrótce się zakończy, żadnym sposobem nie dało się przewidzieć, kto wyszedłby z tej walki zwycięsko. Po twarzach obu mężczyzn spływał pot, na czołach nabrzmiały żyły. Rękawy u Obeda w kilku miejscach zostały rozdarte, na nagim torsie Mittvara pojawiły się czerwone ślady. Obaj byli nadludzko silni, szanse wydawały się wyrównane i żaden nie zamierzał się poddać.
Ezma znalazła się za plecami Mittvara, dzieliły ich może dwa niewielkie kroki. Nawet gdyby tamten zdał sobie sprawę z jej obecności, nie mógłby sobie pozwolić nawet na szybkie spojrzenie za siebie. Chwila nieuwagi mogłaby go sporo kosztować.
Ezma zacisnęła obie dłonie na jednym z końców ściętego konara. Wyciągnęła ręce przed siebie na całą długość, skierowane pod pewnym kątem w dół. Teraz stała zwrócona nieco bokiem do walczących. Nie zamierzała polegać tylko na sile rąk, zamachnęła się i wykonała obrót całym torsem. Rozległ się stłumiony odgłos uderzenia, kiedy trafiła Mittvara Półkrwi w tył głowy. Zbójca na chwilę znieruchomiał, puścił Obeda, jego ręce opadły, w końcu osunął się na ziemię.
Obed usiadł na trawie, ciężko dysząc. Odwrócił się w bok, splunął na ziemię. Z nosa ciekła mu wąska strużka krwi, którą, krzywiąc się, otarł grzbietem dłoni. Ezma wypuściła z rąk konar. Od siły uderzenia czuła mrowienie od dłoni do łokci. Nie do końca dotarło do niej podziękowanie wymamrotane niewyraźnie przez Obeda. Nie czuła, żeby towarzysz zawdzięczał jej coś poza tym, że to wydarzyło się z jej winy. Gdyby się wtedy nie odezwała, gdyby się nie wahała, tylko od razu zabiła Mittvara, kiedy ten spał… I gdyby nie Obed, nie pożyłaby długo po tym, jak ich zwierzyna się obudziła.
Tak, Mittvar zdecydowanie był zwierzęciem, pomyślała Ezma ze złością. Jakimś plugawym wynaturzeniem, dzikusem, prymitywnym, nieokrzesanym brutalem. Trudno było go w tym momencie uznać za istotę rozumną. Może wycinanie serca żywemu człowiekowi byłoby bestialstwem, ale ten osobnik prawdopodobnie człowiekiem nie był.
Obed wydobytym z sakwy powrozem wiązał półprzytomnemu Mittvarowi ręce za plecami. Starał się robić to szybko, póki miał możliwość. Gdyby zbójca ocknął się i zaczął stawiać opór, byłoby to dużo trudniejsze. Kiedy Obed skończył, wstał i spróbował otrzepać ubranie. Ezma zauważyła, że w pierwszej chwili jej towarzysz lekko się zachwiał. Zdała sobie sprawę, że Obed może posiadł siłę, ale nie oznaczało to, że był niezniszczalny. Nadal mógł zostać zraniony albo doznać kontuzji. Tym razem jednak to było tylko wyczerpanie. Błędny rycerz odzyskał równowagę, stanął pewnie na nogach i zaczął zdejmować z siebie kolczugę. Jego ruchy były niezdarne, ręce drżały mu jeszcze od wytężonego wysiłku. Kolejno zrzucał z siebie wszystkie warstwy odzienia, aż pozostał nagi powyżej pasa. Jego jasną skórę pokrywał pot, na rękach i ramionach miał zadrapania, nie odniósł jednak poważnych ran. To muskularne ciało nosiło też liczne ślady dawniejszych walk, może z rozbójnikami, ale prawdopodobnie także z bestiami. Niektóre spośród dziesiątek mniejszych i większych blizn wyraźnie wyglądały jak ugryzienia albo ślady pazurów. 
Obed powoli odwrócił się i wszedł do pierwszego rozpadającego się domku. Po chwili znów pojawił się na progu, niosąc obtłuczony dzban z wodą. Postawił naczynie pod ścianą, przykucnął obok i zaczął ostrożnie obmywać twarz. Sącząca się z nosa krew zdążyła do tej pory zalać mu usta i spłynęła dalej na brodę. Błędny rycerz umył następnie szyję, ramiona i kark. Z ciężkim westchnieniem wstał i podszedł do swoich ubrań. Nie ubierał się od razu, najpierw chciał ochłonąć.
Ezma podeszła bliżej. Obed zwrócony był do niej bokiem i kiedy w pewnym momencie pochylił się do przodu, Ezma mogła zobaczyć na jego plecach bliznę wyraźnie inną niż pozostałe. Nieco poniżej prawej łopatki, blisko kręgosłupa, błędny rycerz miał niezwykle regularny, symetryczny wzór sześciu promieni wychodzących z jednego punktu, jak uproszczony rysunek niewielkiej gwiazdy, starannie wycięty w skórze. Przeczucie podpowiedziało Kociookiej, że to jest właśnie TEN ślad. Ten, który powstał, kiedy Obed przyjmował sidrium. Ezma nie zdołała się powstrzymać, mimowolnie wyciągnęła rękę i ostrożnie dotknęła blizny palcem. Obed drgnął i odwrócił się do niej.
- Czy to jest… - zaczęła Ezma, ale nie zdążyła nawet dokończyć pytania, kiedy uzyskała potwierdzenie.
- Owszem – powiedział Obed cicho – To tutaj.
- To bardzo boli?
- Kiedy masz w sobie kryształ, czy kiedy ci to robią? - odpowiedział Obed pytaniem – Ja tuż przed zabiegiem byłem nieźle odurzony różnymi miksturami, żeby jakoś to przetrwać. Jak potem to przestało działać, dopiero było zabawnie… Ale po paru dniach jest w porządku. Pozostaje tylko takie uczucie… Nie wiem jak to opisać. Że prawie cały czas czujesz, że coś rozdarło ci ciało i w nim tkwi. Czujesz, gdzie to jest. To nie boli, tylko tak jakby w tym punkcie od środka coś brutalnie wywierało presję… Nacisk. To chyba najlepsze słowo, coś wywiera silny nacisk. To się czuje wtedy jak człowiek jest bardziej spięty, albo przeciwnie, kiedy się bardzo rozluźnia. Chyba najbardziej, kiedy leży się i próbuje zasnąć. Czasem na kilka dni to uczucie prawie zanika, innym razem może być nieprzyjemnie intensywne.
Mężczyzna pochylił się, podniósł z ziemi porzuconą koszulę i zaczął się ubierać.
- Ale to znaczy, że prędzej czy później ból musi ustąpić? - chciała się upewnić Ezma. Obed głęboko odetchnął i spojrzał na nią ponuro.
- Powiedziałbym, że jeśli wszystko pójdzie bez problemu, to tak. Tyle że ja i paru innych, o których wiem, mamy po jednym, niektórzy dwa odłamki. A ty podobno masz ich przyjąć dużo więcej.
***

Obed opuścił domostwo Zingmara po obiedzie, którego już nie mógł odmówić. W tym momencie właściwie nawet nie miał większej ochoty się opierać, musiał zregenerować siły przed dalszą wędrówką. Co jakiś czas zza skalnych ścian dobiegały przekleństwa wykrzykiwane ze wściekłością przez Mittvara, zamkniętego w jednej z pieczar wyposażonych w mocne drzwi. 
- Zbytnią elokwencją to on nie grzeszy – skomentował w którymś momencie Nikkorin. Ezma nic nie odpowiedziała.
Podczas posiłku zjadła niewiele, prawie nie miała apetytu. Dziewczyna czuła się trochę tak, jakby jej wnętrzności zawiązały się w ciasny supeł. 
To miało się wydarzyć. Tak naprawdę, nieodwołalnie. Już niedługo. Jeśli miała wierzyć Zingmarowi, prawie wszystko było gotowe. A Mittvar Półkrwi rzeczywiście okazał się być mieszańcem. To, co do tej pory pozostawało w sferze rozważań, właśnie stawało się rzeczywistością.
Zingmar zaprowadził Ezmę do jednej ze swoich pracowni, do wykutego w skale pomieszczenia sąsiadującego z tym ze stołami i zagłębieniami w podłożu, kryjącymi zoologiczne okazy. Ezma nie była pewna, czy chciałaby, żeby Nikkorin także jej towarzyszył, czy może lepiej było właśnie tak. Przynajmniej przyjaciel nie musiał oglądać wszystkich okropności, jakie zaczęły się dziać w laboratorium czarnego maga, prawdopodobnie już od chwili, kiedy ten wrócił do swojej siedziby. Rozstawione na blatach stołów gliniane naczynia zawierały nieokreśloną masę powstałą ze zmielonych owadów, ropuch i niewielkich jaszczurek. Na metalowej tacy spoczywały dwa obdarte ze skóry węże i co najmniej jeden mniejszy pocięty na drobne plasterki. W otaczającej szczątki kałuży krwi pływały suszone zioła i białe okruchy, uzyskane zapewne przez rozbicie zębów jadowych owych zabitych gadów. Obok leżało pozbawione głowy i nacięte wzdłuż ciało salamandry. Nad innym stołem, wykutym wprost w skale, przywiązane za nogi wisiały głową w dół nietoperze. Każdy został rozdarty wzdłuż i częściowo wypatroszony, krew spływała z ich ciał do mis rozstawionych na blacie poniżej. Dalej w półmroku zwisał większy krwawy ochłap. Minęła dłuższa chwila, zanim Ezma rozpoznała w nim obdartego ze skóry kota. Sama skóra, pokryta błyszczącą, teraz mokrą od krwi czarną sierścią leżała w pobliżu. Naczynie stojące pod spodem było wypełnione krwią prawie w całej objętości a na powierzchni cieczy unosiło się pojedyncze oko.
I sidrium. Wszędzie było sidrium. Kryształowe odłamki znajdowały się chyba w każdym z tych naczyń, pośród krwi, szczątków, strzępów mięsa, będących prawdopodobnie zwierzęcymi sercami albo ich fragmentami, wśród dorzuconych do tej makabrycznej mikstury suszonych ziół i grzybów przemieszanych z owocową papką. Obrobione, regularne kryształy, pokryte licznymi symbolami wydrapanymi prawie na każdej ściance, już przybierały swoją ciemniejszą, brązowoczerwoną barwę.
Ezma kilka razy głęboko odetchnęła, ale nie poczuła się od tego lepiej. Metaliczny zapach krwi wydał jej się nawet bardziej intensywny.
- Naprawdę jesteś pewien, że wiesz, jak to wszystko przeprowadzić? - spytała. Zingmar z poważnym wyrazem twarzy skinął głową.
- Jestem pewien tak bardzo, jak jest to w tych warunkach możliwe. Możesz mi zaufać.
Chciałabym, pomyślała Ezma. Chociaż i tak raczej nie mam wyboru.
- Jeszcze jedno – przypomniała sobie nagle – Kiedy mówiłeś o trzecim poziomie, powiedziałeś, że jest coś, czego nie jesteś w stanie powtórzyć. Coś związane z tymi kryształami, które Burzyciele mają na czole…
- A, węzeł kontroli! Oczywiście. Tego nadal nie jestem w stanie odtworzyć, ale postarałem się, żeby to nie było konieczne. Dołożyłem trochę symboli do pozostałych kryształów, tak, żeby związały się między sobą. Nie mam stuprocentowej pewności, czy to zadziała w taki sposób, ale jest taka możliwość. Węzeł kontroli posiada kilka znaków, których nie ma żaden inny z kryształów Burzyciela i wydaje mi się, że one mają z tym coś wspólnego.
Ezma z niedowierzaniem potrząsnęła głową. Musiała naprawdę oszaleć, jeśli rozważała swój udział w tym wszystkim. To miał być dla Zingmara eksperyment przeprowadzany po raz pierwszy, na podstawie czysto teoretycznej wiedzy, niekompletnej i uzupełnionej przez jego własne domysły. Czy mag miał cokolwiek do stracenia? Jedynie obiekt doświadczalny. Tym miała być dla niego Ezma, obiektem testowym i niczym więcej. Zapewne Zingmar bardziej zasmuciłby się niepowodzeniem próby niż śmiercią człowieka podczas nieudanego zabiegu. 
- Boisz się? - odezwał się cichy głos gdzieś z ginącego w mroku przeciwległego końca groty – To normalne. Każdy się trochę denerwował.
Z ciemności wynurzył się Ruvan. Był obnażony od pasa w górę, blada skóra połyskiwała w żółtozielonym magicznym oświetleniu. W przeciwieństwie do Mittvara czy Obeda, wampir miał smukłą sylwetkę, na pierwszy rzut oka nie wydawał się nadzwyczajnie silny. To było raczej ciało zwinnego drapieżnika atakującego z ukrycia.
- Chyba już czas przyprowadzić tu naszego wilkołaczego wyrzutka – odezwał się Ruvan pogodnym tonem – Coś słyszałem, że na którymś etapie trzeba się spieszyć.
- Owszem – przytaknął Zingmar.
Ruvan szybkim krokiem opuścił pracownię i zniknął w jednym z korytarzy. Może wcześniej dałoby się stamtąd usłyszeć złorzeczenia Mittvara, teraz od jakiegoś czasu więzień milczał. Ezma spojrzała niepewnie na Zingmara, po czym szybko ruszyła za Ruvanem, usiłując go dogonić. Spotkali się kilka metrów przed tymczasową celą Mittvara.
Ezma spróbowała odczytać z twarzy Ruvana jakieś uczucia. Co myśli się, mając świadomość, że wkrótce, może już za chwilę, zostanie się pociętym jakimś ostrym narzędziem i pozbawionym części serca? To musiało być nieprzyjemne nawet dla nieumarłego. Jakim sposobem Ruvan był w stanie zachowywać taki spokój? 
- Otwieramy? - spytał Ruvan, wskazując drzwi przed sobą. Jego głos brzmiał niemal wesoło. Wydawało się, że wampir był podekscytowany tym, co miało się wydarzyć. Chciał się przekonać, jak zakończy się pierwszy eksperyment Zingmara z trzecim poziomem krwawej alchemii?
Ezma skinęła głową, dała kilka kroków do przodu i gestem nakazała Ruvanowi podejść i otworzyć drzwi albo podać jej klucz. Słysząc chrobotanie a następnie skrzypienie zawiasów, więzień po drugiej stronie drzwi się ożywił.
- To znowu ty, suko? - warknął Mittvar.
- Już prędzej „kocico” - poprawiła Ezma, wchodząc do niewielkiego wykutego w skale pomieszczenia ze skośnie opadającym sklepieniem. Mittvar siedział po jego przeciwnej stronie, w miejscu, gdzie nawet nie byłby w stanie klęczeć bez pochylania głowy. Na widok Ezmy wyrzucił z siebie wiązankę przekleństw, opisując barwnie, co zrobiłby z nią i każdą kobietą w jej rodzinie kilka pokoleń wstecz i co jego zdaniem owe kobiety już od dawna musiały mieć na sumieniu.
- Widzę, że dar elokwencji ciągle się rozwija – odparła Ezma chłodno – Nie na wiele ci się to zda, kiedy będziemy ci wycinać bijące serce.
Mittvar w odpowiedzi warknął jak wściekły pies. Nie próbował jednak atakować. Miał związane ręce i sińce na całym ciele, których dorobił się, próbując stawiać opór, podczas gdy Obed prowadził go do siedziby Zingmara. Błędny rycerz nieszczególnie starał się być delikatny. W zupełności wystarczało, żeby więzień dotarł do maga możliwie w jednym kawałku i wciąż oddychający.
Ruvan szarpnął Mittvara za ramię, zmuszając go, żeby wstał. Tamten musiał jakimś zwierzęcym instynktem wyczuć wampira, bo w pierwszej chwili próbował się cofnąć, w następnej całkowicie spokorniał. Pozwolił się wyprowadzić z celi i powoli szedł za Ruvanem na miejsce, w którym miał się dopełnić jego los.
Na polecenie Zingmara Ruvan i Ezma przyprowadzili Mittvara do jednego z pustych stołów. Czarnoksiężnik stanął za plecami więźnia i mrucząc coś pod nosem, zaczął kreślić palcem w powietrzu geometryczne wzory. Czubek palca pozostawiał na krótką chwilę linie ze złotego i szafirowego światła. Mittvar z każdą chwilą był coraz spokojniejszy, dobrowolnie usiadł na stole, potem położył się na plecach i znieruchomiał. Wydawał się pogrążony w głębokim śnie.
- Co mu zrobiłeś? - spytała Ezma z niepokojem.
- Po prostu ułatwiłem sobie pracę – odparł Zingmar – Teraz jest bezwładny i niczego nie czuje. Nie zacznie stawiać oporu, kiedy będę pozyskiwać jego serce. Z tobą zrobię podobnie. Nie chciałbym, żeby coś poszło nie tak, kiedy zaczniesz się wyrywać i krzyczeć. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to samo ustąpi i po prostu się obudzisz. O nim raczej nie możemy tego powiedzieć.
Ezma oparła się rękami o krawędź stołu, na którym spoczywał uśpiony rozbójnik. Nie była pewna, czy chciała słyszeć coś więcej. Może tylko jedna rzecz nie dawała jej spokoju na tyle, że musiała zadać pytanie.
- Co było w tej paczce, którą Obed dostarczył ci rano?
- Tamtej? Dwa jaja bazyliszka, tuż przed wykluciem. Pozyskałem z nich żywą krew, którą później zmieszałem z moimi próbkami krwi smoka. To też dość mocna esencja.
Ezma pochyliła się, próbując opanować mdłości. Teraz cieszyła się, że niewiele zjadła. 
- Czy ja… muszę teraz to zrobić? Osobiście? - wskazała gestem podbródka na bezwładne ciało Mittvara. Zingmar powoli pokręcił głową.
- Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł w twoim obecnym stanie. Nie muszę czytać w myślach, żeby widzieć twój opór. Twoje nastawienie może w jakimś stopniu wpłynąć na proces a chyba nie chcesz zwiększać strat energii…
Z tym Ezma musiała się zgodzić. Poczuła też natychmiastową ulgę, ale zaraz potem odezwały się wyrzuty sumienia. Czy właśnie osiągnęła ostateczny szczyt hipokryzji? Sama tego chciała, wprawiła to wszystko w ruch w chwili, kiedy złożyła Nikkorinowi propozycję wspólnej wyprawy w poszukiwaniu odpowiedzi. I kiedy już je miała, najchętniej odwróciłaby wzrok, żeby przypadkiem nie ubrudzić sobie rąk. Czuła jak metaliczny zapach krwi oblepia ją, przywiera do niej tak, że chyba nie byłaby w stanie całkowicie się go pozbyć nawet kilka tygodni po opuszczeniu jaskini Zingmara.
- Czy mogę prosić o kilkanaście minut? - wyrzuciła z siebie.
- Jeszcze trochę czasu mamy…
Ezma szybkim krokiem opuściła pracownię i pośród krętych korytarzy próbowała odnaleźć miejsce, w którym wraz z Nikkorinem sypiali. Przez chwilę zastanawiała się, czy natknie się tam na swojego przyjaciela, okazało się jednak, że nikogo nie było. Rozebrała się, rzuciła swoje rzeczy na posłanie i związała włosy, upinając je na czubku głowy. Nie chciała, żeby jej przeszkadzały. Przebiegła boso do innej odnogi korytarza, gdzie, jak zapamiętała, w zagłębieniu skał woda utworzyła niewielki zbiornik, stale zasilany spływającymi gdzieś w góry strugami. Dziewczyna, wstrzymując oddech, weszła do sięgającej jej prawie do bioder wody. Szok spowodowany zimnem był dużo mniejszy niż oczekiwała. Zaciskając zęby, przykucnęła, zanurzając się po szyję.
Po kąpieli wróciła do swojego posłania, ubrała się, łapczywie rzuciła się na bukłak z wodą. Czuła, że na całym ciele ma gęsią skórkę, ale nie potrafiła stwierdzić, czy wywołało to tylko zimno, czy bardziej strach. Po chwili wahania szybkim krokiem ruszyła w kierunku głównego wyjścia. Chciała jeszcze zobaczyć słońce przed ponownym zanurzeniem się w mroku.
Na zewnątrz, przed domostwem Zingmara, znalazła Nikkorina. Akrobata siedział na leżącym pniu, wystawiając twarz do słońca. Był odwrócony tyłem i raczej nie zauważył, że już nie jest sam. W pierwszej chwili Ezma już otwierała usta, żeby go zawołać, jednak zaraz zmieniła zdanie. Zamiast tego przeszła kawałek wzdłuż skały i przyklękła obok rumowiska strzaskanych kamieni. Potarła dłońmi wciąż wilgotną od kąpieli twarz i powoli uniosła głowę, zmuszając się do spojrzenia prawie prosto w słońce.
- Solarisie – jęknęła – Ty jeden wiesz, jaką drogę przebyłam, zanim znalazłam się tutaj. Gdyby to było możliwe i gdyby dało się inaczej… Proszę, poprowadź mnie. Jeśli taka jest twoja wola, wskaż mi drogę. Może zbłądziłam i nie dostrzegam znaków, które dla mnie pozostawiasz. Może jest jakiś sposób… Ocal moją duszę. Nie odtrącaj mnie i nie skazuj na potępienie.
- Modlisz się do boga słońca tuż przed rytuałem przynależnym raczej do Cienia? Który musicie przeprowadzać w mroku, z dala od słonecznego światła, żeby się udało? Myślisz, że spotkasz się z aprobatą?
Ezma drgnęła, słysząc głos Nikkorina. Nie zdawała sobie sprawy, że przyjaciel niepostrzeżenie znalazła się prawie tuż za nią.
- Po prostu się boję – powiedziała Ezma, wstając i opierając się o stos kamieni przed sobą.
- Teraz się boisz? Kiedy obdarliście kotka ze skóry i przemieliliście trochę jaszczurek na miazgę? Czy kiedy wycięliście serce temu jak mu tam… Półkrwi? Nie widziałaś od początku, z czym to się wiąże?
- Przestań! Oczywiście, że wiedziałam. Cały czas wiedziałam i cały czas czułam ten strach. I nie podoba mi się to. Ale nie waż się mówić o Cieniu! Krwawa alchemia to tylko narzędzie. A jeśli chodzi o Mittvara, nie chciałam, żeby tak się stało. To po prostu wynikło samo z siebie, przez przypadek…
- Albo przeznaczenie, tak? Pewnie w innych okolicznościach ty sama albo ktoś z waszych ludzi by takiego drania wykończył.
Ezma westchnęła.
- Ale to byłby zupełnie inna sytuacja. Zabilibyśmy go w walce. Nie prowadzilibyśmy go bezbronnego jak owcę na rzeź, żeby żywcem wydrzeć mu serce. Coraz bardziej boję się właśnie tego, że w pewnym momencie staniemy się tacy sami jak to, z czym próbujemy walczyć.
Spojrzała na drzwi do domu Zingmara. Nie miała ochoty wchodzić tam i znów wkraczać w ciemność. Nie chciała wracać do skalnych komnat pełnych potworności i przesiąkniętych zapachem krwi, jakby żywcem wyjętych z opowieści szamanów o zaświatach, o tych najmroczniejszych ich częściach, zamieszkałych przez demony i skazane na wieczne męki potępione dusze. 
Tym razem Nikkorin towarzyszył jej w korytarzach jaskini. Zawahał się i zatrzymał w pobliżu wejścia do pracowni.
- Chyba nie mam tam wstępu – odezwał się niepewnie.
- Nie jestem pewna. Ale jakby się dało… jakbyś był w stanie to dla mnie zrobić… Mógłbyś spróbować jakoś z zewnątrz obserwować, co się będzie ze mną działo? Ja będę nieprzytomna. Będzie mi łatwiej ze świadomością, że jesteś gdzieś w pobliżu.
Nikkorin nerwowo przełknął ślinę.
- Postaram się. Ale nie mogę obiecać, że się uda.
Zingmar już czekał. Wydawało się, że pod nieobecność Ezmy w pracowni nic się nie zmieniło. Tylko nieruchome ciało Mittvara pokrywały plamy krwi a ręce zwisały bezwładnie z boków stołu. Ezma starała się nie przyglądać temu, wolała nie widzieć pokrojonej klatki piersiowej martwego już mężczyzny. Nigdzie też nie było widać Ruvana. Zapytany o to, Zingmar wyjaśnił, że wampir przebywa w innym pomieszczeniu, żywy ale bardzo osłabiony po przeprowadzonej na nim operacji.
- Nie musisz się martwić – stwierdził mag kategorycznie – Nic mu nie grozi. To nie pierwszy raz.
Przeszli do mniejszego pomieszczenia, z przypominającym ołtarz stołem ustawionym pośrodku. Zingmar musiał przenieść tutaj większość naczyń, w których odłamki sidrium ładowały się mocą, teraz stały one przy jednym z boków stołu. Na samym stole stało jeszcze jedno naczynie, wypełnione tylko roślinną papką, w której tkwiły dwa nienaładowane, jasne kryształy. Zingmar dodał do mieszanki zawartość kilku małych buteleczek z ciemnego szkła, które wziął w półki w kącie sali.
- Jeszcze jedna rzecz – powiedział, wyciągając sztylet, który musiał nosić przy pasie albo w kieszeni – Żywa krew maga. To, co przenosi czarodziejską moc. Ja, Zingmar Yl-Dhorakk’ar, z własnej nieprzymuszonej woli, poprzez żywą krew daję moc Ezmie Lorenuk. Niech się dokona, według praw krwawej alchemii!
Zanim do Ezmy dotarło, co się właściwie dzieje, Zingmar uniósł ostrze do szyi i przeciął jedną z tętnic. Jasnoczerwona krew popłynęła strumieniem do misy stojącej na stole, zalewając jej zawartość. Ezma krzyknęła. Chciała podbiec do czarnoksiężnika, jakoś zatamować krwotok, ale ten gestem kazał jej się zatrzymać. Pokazał spoczywające przy krawędzi stołu obok misy drobne kryształowe grudki. Kawałki sidrium naładowane surową energią. Mag chwycił je i zacisnął w dłoni, przyjmując zgromadzoną w nich siłę życiową, pozwalając, by uzdrowiła ona jego ciało.
- Nie myśl, że nie jestem przygotowany na każdą sytuację – powiedział spokojnie – Inaczej już wiele razy pożegnałbym się z tym światem.
Ezma niepewnie podeszła do stołu. Może to naprawdę był ołtarz, może tutaj Zingmar składał ofiary podczas czarnomagicznych ceremonii… Czy składanie w ofierze człowieka wyglądałoby właśnie tak? Czy ofiara musiała wcześniej się rozebrać? Czy kładła się na stół nie stawiając oporu, zrezygnowana, ze świadomością, że opór byłby daremny? Tego, co musiało się stać, nie można było powstrzymać.
Ezma stanowczym ruchem zdjęła koszulę i rzuciła ją na podłogę obok.
- Zatem nadal jesteś zdecydowana, tak? - spytał Zingmar. Ezma skinęła głową i położyła się odsłoniętymi plecami na gładkim drewnie. W pierwszym odruchu chciała zasłonić się rękami, poczuła się trochę nieswojo częściowo naga w obecności mężczyzny. Szybko stwierdziła, że to już nie miało znaczenia. Zaraz miała stracić świadomość i jej bezwładne ciało i tak miało być wystawione na łaskę i niełaskę czarnego maga.
Widziała ręce Zingmara nad swoją twarzą. Zaklęcia materializowały się w postaci widocznych przez chwilę świetlistych kształtów przy palcach maga. Zingmar nie robił tego z zamiarem oszczędzenia jej bólu, zależało mu na tym, żeby pacjentka nie ruszała się i nie stawiała oporu. Mimo wszystko Ezma była mu wdzięczna, to była jedna z tych sytuacji, kiedy efekty działania liczyły się dużo bardziej niż intencje.
- Zasypiam jako człowiek – wymamrotała – A obudzę się jako… sama nie wiem…
Czuła, że coraz trudniej było jej znaleźć słowa i skupić myśli.
- Wypadałoby może jeszcze, żebym ostrzegł cię w jednej kwestii. Trzeci poziom i wiążąca się z tym głęboka przemiana pozbawiają płodności.
Ezma z wysiłkiem otworzyła oczy.
- Jakie to ma znaczenie? I tak nie mogłabym mieć dzieci... ze świadomością że byłyby one zwierzyną łowną dla Zakonu. Nikogo nie skazałabym na taki los… Na to wszystko co ja… Co przywiodło mnie tutaj...
Potem pozwoliła, żeby jej świadomość odpłynęła. Poczuła, jak spada w nicość.

***

Umysł dryfował w mrocznej otchłani. Czasem zbliżał się do powierzchni, przez którą niemal przebijało światło, potem znów opadał w głębiny. Ze wszystkich stron dobiegały głosy, tysiące głosów splecionych w jedną, niezrozumiałą chóralną skargę. I twarze. Dziesiątki, setki oczu, przed którymi nie było ucieczki. Patrzyły z ponurym triumfem albo potępieniem. Te spojrzenia były tak namacalne, uderzały jak rzucone kamienie, przygniatały, spychały w dół. Dłonie o zimnych długich palcach sięgały do duszy, wbijały pazury, szarpały. Były tak lodowate, aż paliły. Ezma poczuła, że w każdej chwili może spłonąć od środka.
- Dobrze, zmyj z niej tę krew. Nie bój się, teraz nic się nie może stać. Zawsze jest przy tym wystarczająco dużo surowej energii, żeby ciało samo się uleczyło.
Przez gęstą mgłę przebił obraz młodzieńczej twarzy otoczonej długimi jasnobrązowymi włosami. Nikkorin! Ezma chciała go zawołać, ale nie była w stanie wydobyć z siebie głosu.
- Podnieś ją. Pomóż jej wstać… Nie ty, Ruvan, teraz możesz nie dać rady. Ty, pomóż mu.
Ezma poczuła, że płynie. A może po prostu szła? Jakaś siła zmuszała ją do utrzymania się w pionie, coś podtrzymywało ciążącą głowę w górze. Zaraz potem znowu zrobiło się ciemniej. Dziewczyna nie była pewna, czy powinna z tym walczyć. Nie chciała pozwolić pustce, żeby kolejny raz ją pochłonęła, ale tam, gdzie było więcej światła, był też palący żar. Ezma miała wrażenie, że oddycha ogniem.
I znów upadek, umysł poddał się i odpłynął poza czas i przestrzeń. Tak właśnie wyglądała śmierć? Miała zostać potępiona za to, co zdecydowała się zrobić? Czy to w ogóle miało jeszcze jakiekolwiek znaczenie?
Jednak rzeczywistość nie przepadła do końca. Przeciwnie, powoli zaczęła się stabilizować. Ezma zorientowała się, że leży na plecach i ma zamknięte oczy, jest tak słaba, że niemal niezdolna do jakiegokolwiek ruchu, ale niewątpliwie żywa. Potem pojawił się ból. Coś rozrywało ciało od środka jak rozpalone kleszcze, szarpało, przebijało jak raz po raz uderzające ostrza.
Dziewczyna jęknęła i otworzyła oczy. Znajdowała się na posłaniu w niszy w skalnej ścianie, tam gdzie sypiała w ostatnich dniach. Miała na sobie koszulę, chociaż nie sądziła, że w stanie nieświadomości zdołała ubrać się samodzielnie. Zobaczyła nad sobą twarz Nikkorina, który pochylał się z troską.
- Ezma, dzięki bogom, bałem się, że już się nie obudzisz – westchnął Nikkorin z ulgą – Przez chwilę byłaś prawie przytomna, ale jak znowu odpłynęłaś, myślałem, że zapadłaś w śpiączkę. Dwie godziny i prawie żadnego znaku życia. Musiałem cały czas sprawdzać, czy nadal oddychasz.
Ezma w odpowiedzi wydała z siebie kolejny, głośniejszy jęk. Najchętniej straciłaby przytomność po raz kolejny, zasnęła, zemdlała, cokolwiek, byle tylko uciec od tego rozdzierającego bólu.
- Wszystko w porządku? - spytał Nikkorin z niepokojem.
- Proszę… dobij… mnie….
- Po tym jak wraz z Zingmarem postaraliście się, żeby to było prawie niewykonalne?
Ezma spróbowała się uśmiechnąć. Starała się zachować kontakt wzrokowy z przyjacielem, chociaż obraz wciąż trochę rozmywał się przed jej oczami. Nikkorin przykucnął obok jej posłania i ostrożnie sięgnął ręką do jej dłoni.
- Domyślam się, że to ból, którego nawet nie umiałbym sobie wyobrazić. Chciałabym jakoś pomóc, ale nie wiem, czy cokolwiek mogę zrobić.
- Nie odchodź – wychrypiała Ezma – Nie zostawiaj mnie tu samej.
Spróbowała usiąść. To był zdecydowanie zły pomysł, ból niemal ją oślepił. Z oczu mimowolnie popłynęły łzy. Dziewczynie zakręciło się w głowie, przez chwilę była pewna, że bezwładnie upadnie na posłanie, ale wysiłkiem woli zmusiła się do przesunięcia do krawędzi zagłębienia, gdzie mogła oprzeć się plecami o skałę. Zamrugała, spróbowała głębiej odetchnąć, ale to wywołało tylko kolejną falę cierpienia.
- Postaraj się nie ruszać – poprosił Nikkorin. Ezma chwyciła jego rękę i spróbowała przyciągnąć go do siebie. Akrobata po chwili wahania usiadł na posłaniu obok niej. To chyba był jedyny sposób, żeby uspokoić przyjaciółkę, zanim zrobi sobie jeszcze większą krzywdę. Ezma niepewnie objęła go. Nikkorin zawahał się, zanim odwzajemnił uścisk, w tym momencie bał się jej dotykać. Starał się być ostrożny, żeby dodatkowo nie pogarszać sytuacji. Zdał sobie sprawę, że Ezma jest nie tylko wycieńczona, ale przede wszystkim przerażona. Przerażona świadomością tego, czego wraz z Zingmarem się dopuścili.
- Teraz jestem już potępiona, prawda? - spytała Ezma cicho, prawie szeptem – Splugawiłam swoją nieśmiertelną duszę. Musiałam podjąć decyzję i wybrałam zło.
Oparła głowę na ramieniu Nikkorina. Pomyślała przelotnie o pierwszym noclegu w ich wspólnej podróży, kiedy czuli się dziwnie na myśl o wymuszonej sytuacją bliskości. Teraz to nie przeszkadzało, przeciwnie, Ezma czuła, że potrzebuje tego bardziej niż czegokolwiek innego.
- Nie sądzę, żeby ktokolwiek miał prawo cię osądzać – powiedział Nikkorin łagodnie – Zrobiłaś to, co uznałaś za słuszne, po rozważeniu możliwych konsekwencji.
- Nie wiem, czy rozważyłam wszystko. Wiem tylko tyle, że Zakon Cierni nie odpuści. Oni nigdy się nie wahają. Nie powstrzymają się od zdobywania wszystkiego, czego zechcą. To są ludzie… Ludzie, którzy nie wahają się... robiąc coś takiego. Mam nadzieję, że wtedy też to czują. Mam nadzieję, że każdy z nich tak cierpi. Jeśli ktoś na to zasługuje, to przede wszystkim oni.
- Spokojnie. Nie myśl teraz o nich. Tu ich nie ma. Zakon jest daleko stąd a my na razie jesteśmy bezpieczni. Teraz musisz odpocząć. Chociaż przez chwilę sobie odpuść. Mamy czas.
Ezma poczuła, jak ręka Nikkorina delikatnie głaszcze jej głowę i ramiona. To uspokajało, pozwalało wyciszyć gonitwę myśli.
- Myślisz, że oni pozwalają sobie na czekanie? - spytała.
- Myślę, że raczej nie chcesz porównywać się do nich.
Ezma kilka razy głęboko odetchnęła. Kiedy się rozluźniła, było to nieco łatwiejsze, ale i tak czuła, że z bólu na jej czole pojawiły się kropelki potu. Otarła twarz ręką, ciesząc się teraz, że jej czaszki jednak nie przebija kryształowy odłamek. Wtedy ból byłby z pewnością jeszcze gorszy – a przede wszystkim to upodobniłoby ją do znienawidzonych Burzycieli Zakonu. 
- Jeśli naprawdę nie dają sobie ani chwili wytchnienia, jak oni to robią? Jakim sposobem zwyczajnie SĄ W STANIE?
Nikkorin wzruszył ramionami.
- Nie mam pojęcia. Może po prostu pozwalają, żeby ból obudził w nich gniew, a wściekłość dodaje im sił do walki. Ból rośnie, powoduje większą złość i cykl się domyka.
Ezma uśmiechnęła się słabo.
- Myślisz, że to tak działa? I może jeszcze okaże się, że ty nadawałbyś się do tego dużo lepiej niż ja…
- Nie, dziękuję. Bardzo mi przykro, ale nie skorzystam z oferty.
Oboje zaśmiali się krótko.
Nikkorin siedział po lewej stronie, bliżej brzegu posłania. Ezma, obejmując go, prawą ręką sięgała do jego ramienia, nie zdając sobie sprawy, że coraz mocniej zaciska palce. W pewnym momencie Nikkorin syknął z bólu.
- Naprawdę nie musisz trzymać mnie aż tak mocno – stwierdził z lekkim rozbawieniem – Przecież na razie nigdzie stąd nie idę. Ale chyba naprawdę zaczynasz być silniejsza od zwykłych śmiertelników.
Ezma cofnęła rękę i przyjrzała się swojej dłoni. Zginała i prostowała palce. 
Jak nazywał to Zingmar? Mieszanie esencji? Proces duchowy, zachodzący na poziomie aury, bezpośrednio niewyczuwalny.
- Możliwe – powiedziała ostrożnie – Czyli to działa. Naprawdę działa.
Nikkorin nie był pewien, kiedy zasnęli, osłabieni początkowym strachem i następującą po nim obezwładniającą ulgą. Akrobata obudził się na chwilę i zdał sobie sprawę, że w którymś momencie oboje musieli osunąć się do pozycji leżącej. Czuł obok siebie ciepło bijące od ciała Ezmy i ciężar jej głowy na ramieniu. Nie próbował się uwalniać, nie chciał budzić przyjaciółki. W niezmiennym żółtawym magicznym świetle przyjrzał się twarzy Ezmy, wolną ręką sięgnął do jej czoła. Nie był pewien, czy rzeczywiście tamta miała podwyższoną temperaturę, ale nawet jeśli tak, nie była to bardzo wysoka gorączka. Uspokojony Nikkorin znów zapadł w sen.
Na ranem to Ezma obudziła się pierwsza. Na początku poczuła ból, ale spróbowała chociaż na chwilę go zignorować. Nie mogła nie zauważyć, że coś było teraz inne niż wcześniej. Intensywnie odczuwała fakturę ubrania, które miała na sobie, i ciężar okrywającego ją i Nikkorina koca. Była świadoma wilgoci, chłodu i subtelnych ruchów powietrza w skalnych korytarzach. Szum płynących gdzieś w głębi skał strumieni był teraz niewątpliwie słyszalny, podobnie jak uderzenia spadających gdzieś pojedynczych kropli. Dziewczyna miała wrażenie, że niektóre dźwięki wydają chodzące po jaskini owady. Chociaż przebywała w grocie, do której z zewnątrz nie dochodziło światło, jakiś zwierzęcy instynkt, z którego istnienia wcześniej nie zdawała sobie sprawy, podpowiadał jej, że za chwilę wzejdzie słońce.
Ezma powoli usiadła. Fala koszmarnego bólu sprawiła, że pociemniało jej w oczach, przez chwilę dziewczyna obawiała się, że upadnie. Starała się siedzieć nieruchomo, poczuła w tym momencie, że mimo wszystko jest dużo lepiej niż było wcześniej.
- Co się dzieje? - wymamrotał półprzytomnie Nikkorin, obudzony jej ruchem. Ezma uśmiechnęła się triumfalnie.
- Chyba teraz mogę powiedzieć, że się udało.


[I wreszcie napisałam, po długiej przerwie :)
Tak mi się to wszystko kojarzy z tym → https://youtu.be/cjsy-lJ-rYA chociaż to niby inne klimaty.
Na samym początku, kiedy wymyślałam historię Ezmy, miałam wrażenie, że to po prostu będzie opowieść o pragnieniu zemsty. Obecnie widzę, że wcale tak nie jest, to bardziej historia o strachu i poczuciu bezsilności oraz o tym, ile granic można przekroczyć, ile zasad złamać i ile poświęcić, żeby z owego stanu bezsilności wyjść, przestać być bezbronnym, przejąć kontrolę nad swoim życiem, pokonać obezwładniający lęk. Kiedyś, lata temu usłyszałam, że czasem trzeba "zaprzeczyć wszystkiemu i wkroczyć w świat demonów". Chyba właśnie taki rodzaj przekraczania własnych granic staram się opisywać.]