czwartek, 17 sierpnia 2017

Event RPG: Rozdział I - Zdradzieckie sny



Słońce wschodziło nad spokojną powierzchnią wody. Oświetlało swoim blaskiem krystaliczne morze, którego szum komponował się z krzykiem mew. Postać w czarnym płaszczu kroczyła wśród fal, patrząc się przed siebie. 
- Morze, spokojna wodo, użycz mi swojej energii. Ostudź moje zmysły. Pomóż mi zrozumieć to, co widziałem dzisiejszej nocy. Obmyj mnie i spraw, abym zaufał magicznym siłom. Wskaż mi moje przeznaczenie. 
Jedna z fal wzniosła się wyżej na te słowa, jakby chcąc dać odpowiedź. Dotarła aż do jego pasa, mocząc czarne szaty. Mężczyzna przejechał lekko palcami po jej grzbiecie. Poczuł tylko przenikliwy chłód. Mówił czule, ale i powściągliwie.
- Morze, zimne i przenikliwe, orzeźwij moją duszę. Ta wizja nowego świata, piękniejszego od tego. Rządzonego w zupełności przeze mnie. Ten miraż, to marzenie. Obraz miejsca wyjątkowego. Niech twa energia ukaże prawdę. Czy to jedynie ułuda? Odpowiedz na moje pytania, doradź mi...
Promyk słońca padł na twarz zakapturzonego człowieka. Jego głębokie oczy wyglądały nienaturalnie, a wzrok błądził gdzieś po tafli wody. Mężczyzna zamyślił się, jego głos zaczął słabnąć. Mówił coraz ciszej. Kiedy tu przebywał jego potęga malała, nikła wśród wód. Stawał się zwyczajnym człowiekiem nie mającym władzy nad niczym. 
- Morze, groźne i niebezpieczne, czy wciąż mnie słuchasz? Skrywasz w sobie tajemnicę, którą zna tylko garstka osób. Jestem zaszczycony, że i ja mogłem ją poznać. A teraz ta kusząca wizja każe mi wykorzystać ten sekret. Pozwól mi na to.
Lecz morze było nadal ciche, wciąż wykonywało harmonijne ruchy i wydawało kojące dźwięki. Mężczyzna gładził delikatnie powierzchnię wody jakby żywą istotę, dotykał gołymi stopami mokrego piasku, czuł muskanie glonów i morskich stworzeń. Uwielbiał to. Przypominał sobie wtedy, że nie jest sam. Owe istnienia dodawały mu otuchy - wydawało mu się, że nie czują w nim zła.
- Nie dajesz żadnych znaków… Nic... Czy mam zdać się na siebie? Mam zaufać wizji? Przywołać diabelne bóstwo, które zniszczy ten świat i pozwoli stworzyć mi nowy? - Mężczyzna zamilkł czekając na odpowiedź. Nie dostawszy jej kontynuował: - Milczysz. Wola moich przodków każe mi zaufać dzisiejszemu snu. Nie jestem już w stanie panować nad swoją wyobraźnią. Morze, morze, któremu zawsze ufałem milczysz, nie koisz mnie tak jak zawsze, nie powstrzymujesz moich pokus, nie łagodzisz. Czy twoja moc wygasła?
Zaczął się denerwować. Jego ręce drżały, tak jak zawsze kiedy się niecierpliwił. W takich momentach dochodził do wniosku, że rozmowa z morzem nie ma sensu.
- Nie dajesz mi wyboru. Nadszedł czas wezwać wybranych, czas przywołać potężnego demona. Nadszedł czas wkroczenia w nową erę!
Garadarian zatrzymał się i popatrzył na horyzont. Jego rozmowa z ukochanym morzem skończyła się, a jego głos stał się teraz mocniejszy, bardziej pewny i władczy.
- Czarna krwi, która płyniesz w moich żyłach, obudź we mnie moc starożytnych istot ciemności. Niech światło przepadnie w otchłani, a mrok zawita. Niech kruk zakracze i ogień Dalanarów zgaśnie, niech obsydianowa róża wzejdzie i zaleje krwią błękitne znamię Sirane. Niech z morskich czeluści obudzi się Archeos, siejąc zniszczenie i chaos. Pora wypełnić proroctwa!
Mag zrzucił kaptur i wzniósł ręce. Jego długie włosy rozwiała morska bryza.
- Ujrzałem wasze twarze, to mi wystarczy, aby was przywołać. Zsyłam na was sen, któremu się nie oprzecie. Nie pozwolę wam o nim zapomnieć. Pragnienie, aby do mnie przyjść będzie obezwładniające. A gdy już dotrzecie na miejsce zajmę się wami tak, że nie odmówicie mi pomocy, wybrańcy!
Czarny książę, wielki przywódca Saranów, zaczął inkantować zaklęcie. Jego słowa w obcym języku płynęły dźwięcznie, mieszając się z szumem fal. Plotły historię, która miała rozpocząć wielką przygodę i zmienić świat ponownie. Niewinni ludzie, o których przypomniało sobie przeznaczenie, przewracali się właśnie z boku na bok śniąc o osobliwych, lecz kuszących rzeczach. Nawet najwytrwalsi i najbardziej trzeźwi nie zdołają wyczuć kłamstwa w tym śnie, jawiącym się tak:

Idziesz prostą drogą, wokół ciebie panuje nieprzenikniona ciemność, lecz nagle dostrzegasz białe światełko naprzeciw siebie. Chcesz je dotknąć, złapać, masz dość monotonicznej czerni. Jednak ono nie daje się schwytać, oddala się coraz bardziej z każdym twoim krokiem. Zaczynasz biec, coraz szybciej i szybciej. Gdy ognik gaśnie, rzucasz się desperacko w jego kierunku. Nie czujesz upadku, twardej powierzchni pod sobą. Wydaje ci się, że lecisz w dół, w otchłań. Krzyczysz i panikujesz. Gdy zamykasz oczy, gotowy na śmierć, czujesz delikatny ruch na swojej dłoni. Patrzysz w jej kierunku i widzisz białego motyla. Koncentrujesz się na nim i spostrzegasz, że jego biel rozrasta się, ogarnia wszystko wokół. Mrużysz oczy, a po chwili z tej jasności wyłania się ląd, wybawienie. Ziemia, na której się znalazłeś wydaje się dla Ciebie rajem. Idziesz po niej i rozglądasz się na wszystkie strony. Chłoniesz wszystko z zachwytem. Dochodzisz w miejsce, gdzie ziemia zaczyna się zwężać, dostrzegasz po obu jej stronach morską wodę, a trawa zamienia się w piasek. Cypel zaczyna zakręcać, ostatecznie ma kształt półokręgu. Po twoich bokach znikąd wyrastają słupy z ciemnego drewna. Zastanawiasz się, do czego mogą służyć. Po chwili docierasz na sam skraj lądu. Wokół ciebie jest już tylko ryczące morze barwy głębokiego szafiru, rozbijające się bałwanami o skały. Tylko one dzielą cię od furii żywiołu. Obracasz się w stronę zatoki i patrzysz jak wyłania się z niej złocista łuna. Chcesz ujrzeć, co się pod nią kryje. Niecierpliwisz się, masz tylko przeczucie, że skrywa się w niej obiekt twoich marzeń. Nagle z łuny wyłania się mapa. Widzisz ją wyraźnie, możesz przeczytać współrzędne i określić położenie małego, srebrnego punktu. Nie jest to obiekt twoich pragnień. Jednak zauważasz, że to mapa Eleseyi. Kumulują się w tobie uczucia podniecenia, zachwytu i przerażenia zarazem. Budzisz się, a po chwili ogarnia cię zdziwienie. Uświadamiasz sobie, że pamiętasz cały sen, a szczególnie cyfry, pod którymi skrywa się wielka tajemnica. Postanawiasz, że musisz za wszelką cenę dowiedzieć się, co kryje się za złota łuną. Rzucasz wyzwanie losowi pewny swego. Do głowy nawet nie przychodzi ci myśl, żeby ten tajemniczy sen był przynętą. Pakujesz tobołek i ruszasz na największą przygodę swojego życia!

Niech się wypełni sen, ten piękny sen.



"Jest na świecie taki rodzaj smutku, którego nie można wyrazić łzami. Nie można go nikomu wytłumaczyć. Nie mogąc przybrać żadnego kształtu, osiada ciasno na dnie serca jak śnieg podczas bezwietrznej nocy."




Elhi
Cicha, Dzika, Inna
    Nordkapp, sowy, dziki zmiennokształtny...

  Przede wszystkim dziewczę osobliwe, które w oczy by się rzucało nawet wśród ciżby. Mówić prawie nic nie mówi, a jak już, to po nordycku jeno. Ubrana w skóry same, zszyte pokracznie, jakby sama się tym zajmowała. Boso stąpająca. Oczęta zaś, przejrzyste jak górski potok i jasne niczym niebiosa przed samym świtaniem, błyskają bystro, choć i zwierzęcą dzikość w nich się zoczy. To już nie dziecię, lecz przez wzrost swój i postawę chuderlawą za takie może łatwo uchodzić. Z broni przy pasie ma tylko nożyk, ktoś niewprawny mógłby ją wziąć za cel łatwy, ale sam bym raczył baczności się trzymać. Te oczy, oczy mówią, że niewiele ma poszanowania dla ludzkich ocen i gry pozorów.    

  Skąd pochodzi? Kim byli jej rodzice? A bo to ktoś wie. My, lud z Qurji, wioski w okolicy jedynej, uważamy ją za pewnego rodzaju ducha lasu. Niewiele zresztą w niej z człowieka. Rzadko bywa blisko naszych domostw, a i wtedy jej znaki są tak znikome, że oko niewprawne uzna je za zwierzęce. Czasem naprowadza zaginionych. Kiedy indziej przegania myśliwych, co zaszli za daleko wgłąb lasu. Wielu wątpi w jej ludzkie dziedzictwo. Sam swoje wiem. Widziałem ją. Takich na palcach jednej ręki można policzyć. Człeków zaś, coby z nią słówko zamienili, mamy dwóch. Szewca i mnie. On uparcie przy swoim trwa, ale wielu traktuje go z przymrużeniem oka. Ten w wiele dziwnych rzeczy wierzy i wiele dziwnych mówi. I do moich rewelacji są sceptyczni. Wiem, lubię sobie popić, ale gdyby nie to dziewczę, po dziś dzień błąkałbym się po lasach albo i w nich sczeznął w paszczy zwierza dzikiego czy za sprawą głodu samego. Co tu dużo mówić- upiłem się w sztok i bogowie raczą wiedzieć po jaką cholerę polazłem w góry. Ocknąłem się w całkiem obcym miejscu, matecznika bliskim. Wędrowałem godzin kilka, lecz nie trafiłem na nic mi znanego. Szarówka zapadała, a że jesień mroźna była, ogień musiałem rozpalić, bo bym na kość zamarzł i tak by się głupi pijacki pomysł skończył. Nad ranem była obok. Na drzewie z naprzeciwka. Nieruchoma niby kamień, ale we mnie wprost wpatrzona. Po chwili, zwinnie jak kuna, zeszła na ziemię. Bez słowa ruszyła w las. Powoli na tyle, żem mógł za nią nadążyć. Choć po suchym listowiu stąpała, dźwięk jej kroków można by pomylić ze stąpaniem myszki. Z początku mówiłem do niej po eleseysku, bo na obcą wyglądała, ale, bez nawet zerknięcia przez ramię, oznajmiła, że nie rozumie. Pytania w języku rodowitym zbywała. Była chłodna, trochę jakby smutna, można by rzec, że na melanchoniję ciężką cierpiąca. Prowadziła mnie dobrą godzinę, potem oszczędnie w słowach wyjaśniła dalszą drogę. I przepadła w swoim lesie, szybko i cicho, jak zjawa. 

-W butach chadza niechętnie, oszczędza je aż do przesady. Zwykle wiąże je u pasa. 
-Widzi i po zmroku, słyszy i najlżejszy krok, i najpłytszy oddech z dala. 
-Swe włosy, trochę brązowe, trochę płowe, jakby miejscami słońcem rozjaśnione, wiąże w praktyczny warkocz (niezbyt długi, ledwie za ramię sięgający, ale gruby).
-Mistrzyni pułapek wszelkiego rodzaju (za priorytet uznaje szybką śmierć).
-Zawsze ma przy sobie notes z pergaminowymi kartami i kawałek węgla. Z rzadka posługuje się nim do porozumiewania się, zwykle po prostu rysuje lub pisze (poprawnie jest w stanie zapisać swoje imię i niektóre litery). Strony są wielokrotnego użytku, zbytnio nie ma nic na sprzedaż, a i wyprawa do miasta jej się nie uśmiecha.