5 sty 2017

Każdy sen, ten czarowny i piękny, zbyt długo śniony zamienia się w koszmar. A z takiego budzimy się z krzykiem.

Cassian
25 lat, Xaresya, łowca czarownic

     Jego życie to pasmo nieszczęść przeplatające się z krótkimi chwilami radości. Na początku wszystko wskazywało na to, że zostanie rolnikiem tak jak jego przodkowie, gospodarujący od niepamiętnych czasów nieopodal niewielkiego miasta Kayaru. Jednak los chciał inaczej. Zesłał na jego drogę pewną dziewczynę o imieniu Leyla. Spotkali się w miasteczku na targu. Cassian jako uprzejmy, lecz czasem porywczy młodzieniec, zauważył ją plątającą się pomiędzy straganikami z koszem pełnym jabłek i zaoferował pomoc. Oczarowany jej urodą, ciemnymi, długimi włosami i blado błękitnymi oczami, a także niespotykaną osobowością stracił dla niej głowę. Spełniał wszystkie jej zachcianki jakby rzuciła na niego urok. Po dwóch miesiącach znajomości oświadczył rodzinie, że wyprowadza się z domu i wyrusza w podróż u boku swojej wybranki.
      Po kilku tygodniach mozolnej wędrówki rozpostarł się przed nimi wielki las, a w jego centrum samotny wierzchołek góry. Cassian nie znał tych terenów, pytał się Leyli dlaczego idą akurat w tamtym kierunku, lecz ta dawała mu wymijające odpowiedzi. Nie przeszkadzało mu to, był młody i głupi, pragną szaleństwa. Las do którego weszli był mroczny i ponury, czuło się tu dziwną aurę i wydawało, że słyszy przerażające, dzikie dźwięki, komponujące się w jedną, dziwną pieśń. Dziewczyna była spokojna i jak zawsze uśmiechnięta na twarzy, więc on też nie przeją się straszną atmosferą lasu. Szli leśną ścieżką przez długi czas, aż doszli do podnóża góry. Stąd Cassian dostrzegł wielki, zbudowany z ciemnego marmuru zamek stojący na szczycie wzniesienia i dopiero teraz przypomniał sobie bajkę opowiadaną mu nie raz przez jego babcię, gdy nie chciał iść spać, o podstępnych wiedźmach mieszkających w zamczysku na Łysej Górze. Nigdy nie wierzył w te historie, lecz teraz gdy ujrzał pałac, przeszły go niepokojące myśli. Zatrzymał się i zaczął wypytywać ukochaną, lecz ta dalej go uspokajała. Zauważył, że zmienił jej się wyraz oczu, stały się teraz jakby bardziej obojętne, chłodne, zahipnotyzowane. W końcu zaczęli się kłócić. Czar prysł. Zdenerwowany miał już odchodzić, gdy nagle jakaś dziwna siła przewróciła go i przygwoździła do ziemi. Zdołał tylko odwrócić głowę. Ujrzał ją, lecz całkiem inną. Stała dumnie, w pięknej, iście królewskiej, czarnej sukni z uniesioną ręką. Zdążył tylko zapytać - Dlaczego? - i stracił przytomność.


     Obudził się w ciemnym i chłodnym pomieszczeniu. W celi nie było żadnych mebli, a drzwi zastępowały zardzewiałe kraty. Jedyne, co czuł to upokorzenie i dziwną gorycz, największe uczucie jego życia okazało się kłamstwem. Jak mógł się tak dać wykorzystać. Zaczął krzyczeć, lecz nikt nie odpowiadał. Po kilku samotnie spędzonych godzinach usłyszał zbliżające się kroki. Z mroku wyłoniła się postać jakiejś kobiety, wiedźmy najpewniej, pomyślał. Miał rację, kobieta weszła do jego więzienia i zaczęła recytować dziwaczną formułkę. Był wyczerpany i otępiały, nie był w stanie się postawić. Po wypowiedzeniu ostatniego słowa poczuł krótkotrwały ból. Na jego nadgarstkach pojawiły się czarne obręcze. Gdy czarownica wyszła mimowolnie ruszył za nią, stracił kontrolę nad własnym ciałem, stał się sługusem wiedźm. Z czasem stracił nadzieję, uczucia, został torturowaną, człowieczą maszyną. Spędził tak sześć długich lat, aż pewnego dnia coś się wydarzyło. Przy wykonywaniu codziennych prac przypadkowo został wysłany do czarownicy, którą okazała się Leyla. On wyprany z uczuć nie rozpoznał jej, wszystkie wydawały mu się takie same, lecz ona go pamiętała. Zdziwiła się bo poczuła wstyd i żal, coś czego nie czuła bardzo długo. Zrozumiała, że go kochała naprawdę. Gdy podszedł do niej podać obiad i spojrzał jej w oczy, okruch lodu siedzący w niej od dawna stopniał. 
- Przepraszam - powiedziała i rzuciła czar, który spowodował zniknięcie magicznych kajdan. Cassian poczuł się przez chwilę oszołomiony, potem gdy ją ujrzał złość, a potem sam nie wiedział co czuje.
- Zaraz zlecą się tu wszystkie wiedźmy, Yelena musiała poczuć obecność zwykłych ludzi. Uciekaj tylnym wyjściem, ja muszę tu zostać, zemścić się za wszystko. Trzymaj ten medalion. Będzie przypominał o mnie i da Ci magiczną moc - rzekła i dała mu do ręki srebrny, niewielki medalik.
- Ale... - zdążył wybełkotać, gdy nagle rozległ się gromki hałas. 
- Wybacz mi. Uciekaj. Nie ma więcej czasu - powiedziała, po czym wyszła z komnaty stanąć twarzą w twarz z wiedźmami. 
- Wybaczam - powiedział po cichu. Chciał zostać, pomóc jej, ale zamknęła magią drzwi. Nie miał innego wyjścia. Musiał uciec, aby móc się później zemścić. Kiedy przechodził korytarzami usłyszał przenikliwy wrzask, co wywołało w nim straszny gniew, który trwa do dziś.
      Gdy już udało się mu uciec nie wrócił do domu. Skierował się na północ. Osiadł w małym domku w spokojnej okolicy i postanowił zostać łowcą czarownic. Nauczył się wykorzystywać moc medalionu, który od tamtej pory nosi cały czas. Pozwala posługiwać mu się w miarę prostymi zaklęciami i paroma sztuczkami, ale mu to wystarcza. Żyje w odosobnieniu, nie ma przyjaciół, nie zaznał więcej miłości, zamknął się w sobie. Przyjmuje tylko zlecenia i przyłącza się do pościgów za wiedźmami, które wyrządziły mu w życiu tyle złego. Pragnie też rzucić się w wir przygody i zapomnieć o wszystkim...


                                                                                                                                        
Witam i zapraszam do wątkowania :) Cytat w tytule A. Sapkowskiego z wiedźmina.

89 komentarzy

  1. [Dziękuję za powitanie. :)
    Cassian nie miał łatwo w życiu, chociaż dziwi mnie odrobinę ten nagłe zwrot akcji z jego czarownicą. Raczej nie spodziewałabym się nagłych wyrzutów sumienia u niej. :D
    Nie mam dla nas żadnego konkretnego pomysłu, ale jakbyś Ty coś miał - pisz śmiało. ;)]

    Shantir

    OdpowiedzUsuń
  2. [Heloł, heloł! Dziękuję za przywitanie, czytałam twoją kartę już wcześniej i czarownice yaaay!
    To co, wspólne zlecenie na polowanie wiedźm w Othelii lub Xaresyi? Władze miasta dały ogłoszenie na zwalczenie kręgu czarownic w pobliskiej wsi, ale na zlecenie ostrzą sobie kły zarówno Cassian oraz Kainan więc burmistrz daje im obydwu zlecenie. Podróż do wsi dostarczy nam jeszcze przygód :D]

    Kainan

    OdpowiedzUsuń
  3. [Dziękuję za miłe powitanie oraz za pozwolenie na opublikowanie mojego dziwadła :)
    Cassian miał ciężkie przeżycie z czarownicami. Na to wychodzi, że Azrael miał więcej szczęścia ze swoją staruszką.
    Może w trakcie swojej wędrówki zawita do Yvelii by zapolować na ukrywające się czarownice? Chyba że masz coś lepszego :)]

    Azrael

    OdpowiedzUsuń
  4. [Jeśli nie przeszkadza ci zaczęcie to droga wolna :)]

    Azrael

    OdpowiedzUsuń
  5. [a moze to nieprawda? suszysz glowe ;p nie no zartuje rzecz jasna ;)
    A proponujesz cos? ;)]

    Vaire

    OdpowiedzUsuń
  6. [masz na mysli topielca? w sumie mozemy tu dac od konca - bedzie sie topic a ona go przytacha biednego do chatki.? ;) i zaczac chcesz? bo mnie ostatnio dosyc czesto swiruje bloger]

    Varie

    OdpowiedzUsuń
  7. [<.< ty lepiej sie przyznaj, ze nie chce ci sie zaczynac xDD moje zaczecia bywaja rozlozone w czasie zwlaszcza, ze pisze tez na innym blogu, ktory zzera wiecej czasu - moze sie cos wyskrobie - jak bloger wroci do uzytecznosci ]

    Varie

    OdpowiedzUsuń

  8. Oparła się o burtę pozwalając, by wiatr igrał z jasnymi kosmykami włosów opadającymi na jej twarz. Przez chwilę patrzyła na pianę rozbryzgującą się wokół kadłuba statku, po czym tak jak stojący obok mężczyzna utopiła spojrzenie w dalekiej linii horyzontu, gdzie woda zdawała się stapiać z niebem ozdobionym teraz leniwie sunącymi naprzód poszarpanymi obłokami skapanymi w różowawej poświacie zachodzącego słońca, którego ognista kula staczała się powoli w dół. Byli jednymi z nielicznych pasażerów, którzy nie spoglądali w stronę oddalającego się brzegu, niknącego w wątłym całunie mgieł, stając się wreszcie niewyraźną ciemno-błękitnawą plamką. Tak jakby nic za sobą nie zostawiali, z niczym nie chcieli się już żegnać. Gdzieś z daleka dobiegał ich krzyk mew, białopiórych strażniczek lądu. Wreszcie bez słowa skierowała się w kierunku siedzącego na dziobie towarzysza uderzającego w ogromnym skupieniu w struny mandoliny. Słońce świeciło od zachodu, pogrążając jego sylwetkę w romantycznym światłocieniu. Wyczuwając na sobie wzrok nieszczęsnego kuriera, któremu najwyraźniej przed chwilą uratowała skórę uśmiechnęła się promiennie i szepnęła, na tyle głośno, by ją usłyszał:
    - Dziękuję. Na razie niczego mi nie brak- po czym dodała z szelmowskim uśmieszkiem, puszczając do niego perskie oko - Ale przed nami długi rejs. Zgłoszę się jak będę czegoś potrzebowała.
    O tym, iż jej figlarna uwaga nie zadowoliła młodzieńca przekonała się dopiero gdy poczuła na plecach jego ciepły oddech.
    - Proszę pani, może i nie jestem bogaty, ale nie jestem też tak biedny bym nie mógł uregulować moich długów, a lubię jasne sytuacje
    - Czy on ci się narzuca? – zapytał muzyk schodząc ze swego stanowiska i kładąc rękę na jej ramieniu.
    - Nie, zresztą, tych którzy się narzucali znaleźli już ciepłą kwaterkę na cmentarzu, potrafię sobie sama radzić i nie potrzebuję obrońcy, Irysku
    - Wańdziu! – zakrzyknął groźnie, ale z nutką rozbawienia w głosie – prosiłem nie przy ludziach.
    - To nie ludzie, to jest pan… - wymownie spojrzała na dotychczasowego rozmówcę, ale ten najwyraźniej nie zrozumiał aluzji i nadal milczał jak zaklęty.
    - Znów sprowadzasz do mnie kogoś, kogo imienia nawet nie znasz
    - To ty kazałeś oddać mu list… prawda?
    - Ach, więc to ten Postylion, trzeba było tak od razu. Dziwne że z takimi listami podróżuje pan bez ochrony. Pieczeć wygląda na dość starą i powiedzmy, że budzi respekt. Rzadko się taki ogląda a i ten złodziejaszek. Nie każdego stać na…
    - Oj nie przesadzaj Iry… Irysie – w ostatniej chwili pohamowała się przed wymówieniem jego pełnego imienia – przecież był całkiem fajtłapowaty przydzwonił głową w moją…. To znaczyw drążek od trzepaka i rozpłaszczył pod moimi nogami
    - Tak, racja jeszcze nikt tak czołobitnego pokłonu ci nie złożył
    Roześmiali się oboje.
    - a przepraszam – przemówił Irydion – jak się zorientowałem podróżuje pan sam, więc jak sądzę nie pogardzi wspólną kolacją. Mamy trochę sera, wina i chleba, a nawet nieco warzyw i mięsa. Pan jako tak obyty człowiek musi sporo wiedzieć o różnych krainach, a my cóż jako początkujący trubadurzy wysoko cenimy sobie taką wiedzę

    OdpowiedzUsuń
  9. To był ciezki dzień. Sporo pracy jak na tak mala chatke. Jednak tylko ona miala sile by nosić opał czy karmić kury. Staruszkowie ledwo co sie juz poruszali i tylko czekać było az odejda w zaswiaty.
    Nie narzekała jednak. Nie przybyła tutaj na wakacje i chociaz trudno jej bylo sie z asimilowac z ortoczeniem, kroczek po kroczku wdrazała sie w ludzka role. Nie z pewnymi problemami oczywiscie. W koncu byla morskim stworzeniem i chociaz wytrzymywała dluzej na powierzchni niz przecietny mieszkaniem, musiała spedzac pare godzin w wodzie czy tego chciały czy nie, aby zachowac sily.
    Przy okazji mogła "poplotkowac" ze stworzeniami a niektre mogly posluzyc za czujki.
    Dzien plynal leniwie i spokojnie. Zjadła skromny popoludniowy posilek i poczekała do wieczora by wybrac sie na plaze zostawajac na sobie malo rzeczy: sukienke i plaszcz i wyszła.
    Poczatkowo przechadzala sie po plazy az potem przysiadła przy skale. i spogladala w ton.
    Przyciagała.
    Zapraszała.
    Zachecała do siebie a jej sie zbierało na szloch.
    Przestan - upomniala sie leniwie sie podnoszac i zdejmujac plaszcz z siebie, by zostac w prostej sukiennce, gdy usłyszała a takze zobaczyła kogos spadajacego z klifu. Zmarszczyła brwi. Pewnie po prostu by odeszła, gdyby nie przyuwazyła iz mezczyzna uciekal przed poscigiem.. chyba jak to ludzie mowili?, parajacych sie magia. Czuła słaby impuls. Nie chciała sie w to tracac, ale tez zbyt dlugo juz zwlekala z wejsciem do wody. Postawila plaszcz tam gdzie byl, wziela rozbieg i nim wbila sie w tafle wody, miala juz ogon. Zadrzała z rozkoszy, gdy rozpalone cialo lagodnie ochladzalo skore, ze az mrowila. Jednak nie bylo czasu na chwile radosci. Roztarla ramiona, zrobila obrot i polynela do punktu, gdzie wydawalo jej sie ostatnio byl widziany mezczyzna. Okrecila sie i zaczeła rozgladac. Babelki powietrza ulatwialy jej zadanie, gdyz wskazywaly i "droge" i fakt, ze jeszcze zyl. Jeszcze. Przyspieszyła az dotarła i obrocila topielca w swoja strone. Zamrugała zachwycajac sie uroda, ale tylko chwile aby zaczac go wyciagac pod powierzchnie a potem cholowac do plazy. Wyciagnela go na tyle ile pozwalal jej ogon. Nie miała zbytnio pojecia co robic. Opil sie woda. Delikatnie wiec zaczela "wyciagac" ja z niego az samodzielnie zaczal ja wypluwac. Zostawiła go na chwile, aby powrocic do wody i cos "przegryzc surowego. Watpila by ktos aprobowal jej sposob pozywiania sie a ludzkie pozywienie bylo jak wiory, mimo ze taktownie probowała je jesc. Potem powrocila wychodzac z wody na dwoch nogach i wrocila do nieznajomego. Bylo zimno wiec okryla go wlasnym plaszczem tam gdzie byl gdyz byl troche nazbyt ciezki a nikogo innego tu nie bylo by pomoc go przeniesc bardziej suche i cieple miejsce. No coz... Przygladala mu sie chwile nim przylozyla reke do piersi, by wczuć sie w rytm zaczynajac spiewac uzdrawiajace zaklecia, gdy zaczal sie przebudzac. Poczuła ulge i wyczerpanie jednoczesnie, bo nie byla pewna czy na ladzie zadziala.

    ogonek sam wiesz jaki xD

    OdpowiedzUsuń
  10. [O, łowca czarownic? Nasunął mi się wątek, w którym dwójka naszych bohaterów przez przypadek trafia na siebie "w pracy". Twój ścigałby wiedźme, mój jakiegoś potwora towarzyszącego :D
    Co myślisz?]

    Ravenhir

    OdpowiedzUsuń
  11. [A to Ci historia! W sumie się nie dziwię, że łowca czarownic, bo jedna z nich zawiodła go całkowicie. Ach, więc co zrobić, gdy zawodzi cała ludzkość? ;) Okej, mniejsza. Wątek powiadasz... a pomysł jakiś jest, czy burza mózgów? ^^]

    Fobos

    OdpowiedzUsuń
  12. [Jest to niezły pomysł, bo nie ukrywajmy, ale Cass wygląda dość niewinnie, więc na pierwszy rzut oka nie wydaje się zagrożeniem dla wyspy i jej tajemnic. Mam zacząć, czy ty zaczynasz?]

    Fobos

    OdpowiedzUsuń
  13. Wolał czas, gdy wyspa pozostawała poza zasięgiem wzroku, jak i wolna była od obecności przybyszów nie wiadomo skąd. Przybywali tu ludzie z dziwnym wyposażeniem, z wielkimi bagażami, byli też tacy co z mieczami i kuszami kroczyli między leśnymi ostępami. Zdawało się, że z dnia na dzień przybywa tutaj więcej osób. Kilkukrotnie dostrzegł nawet kobiety, które spacerowały piaszczystym wybrzeżem.
    Tęsknił do czasów, gdy był tu sam. Jeszcze bardziej tęsknił do tego, co było przed tym, nim ten kawałek lądu stał się wyspą. Westchnął ciężko i zeskoczył z gałęzi liściastego drzewa, lądując na ziemi cicho, jakby w ogóle nic nie ważył. Przesunął stopą przesuwając zalegające liście i gałęzie, podniósł płaski kamyk i obrócił nim w palcach.
    Ruszył przed siebie za cel obierając sobie kamienne wybrzeże, by poobserwować morze. Przy okazji liczył, że zdobędzie coś do jedzenia.
    Oficjalnie wyspa nie miała lokatorów, a on nie istniał. Unikał badaczy, jak i ludzi, choć czasem musiał ingerować, nie pozwalając by cokolwiek zakłóciło naturalny stan rzeczy panujący tutaj.

    Ciekaw był, czy nadal jakieś statki pozostają w pobliżu wyspy, czy łódzki dalej zajmują miejsce na plaży, czy ktoś próbował przybyć do brzeg od strony kamienistych wybrzeży. Z rozmyślań, jakie prowadził podczas przechadzki wyrwały go niepasujące do otoczenia odgłosy. Przystanął na chwilę rozglądając się dookoła, ku ostrożności kryjąc się pośród bujnej roślinności.

    Fobos

    OdpowiedzUsuń
  14. [No cześć :D
    Cieszę się, że opowiadanie mimo wszystko się podobało.
    Przyszedłem z propozycją wątku, ale Epius to taka trochę czarownica jakby, więc nie wiem czy zestawianie tej dwójki ze sobą jest dobrym pomysłem :D]

    Epius

    OdpowiedzUsuń
  15. [Również witam bardzo serdecznie, a co!
    Cieszę się, że KP się podobała, bo ja sama nie wiem do końca co o niej myśleć C: Na wątek pewno, że się skuszę, wszak właśnie po to tu jestem! Póki co do głowy przychodzi mi do głowy jedynie taki pomysł, że Cassian mógłby polować na czarownicę, która z kolei poluję na Dobrawę, więc Dobrawa mogłaby mu jakoś pomóc, bo sama by się swojego problemu pozbyła.]

    Dobrawa

    OdpowiedzUsuń
  16. [A ja chyba wiem jak to połączyć! Zaczęlibyśmy tak, jak proponujesz (swoją drogą świetny pomysł!) potem można zrobić jakąś konfrontację, gdzie prawda wyszłaby na jaw i wtedy to właśnie Dobrawa poprosiłaby go o pomoc w załatwieniu tamtej wiedźmy :) może być?]

    Dobrawa

    OdpowiedzUsuń
  17. [Ja :D]

    Gdy dorzucała kolejną wiązkę uzbieranych gałęzi do ogniska, zrozumiała jeszcze jedną różnicę między starością a młodością. Starcze ciało tym bardziej odczuwało zimno, które przenikało wprost do spróchniałych kości. Roztarła sękate dłonie, zbliżając je nieco do ognia i poprawiła poszarpany, wełniany szal, okrywający głowę i ramiona. Opuszczona chata położona na uboczu niedużej wsi nie była najlepszym schronieniem na tak zimną noc, ale jednocześnie najlepszym, co udało jej się znaleźć. Tak bardzo korciło ją, by się zmienić, spędzić noc w ciepłym łóżku, może otumanić jakiegoś chłopca, który tym bardziej rozgrzał ją pośród tej zimowej zawiei... ale nie. Czuła na plecach stęchły oddech pościgu. Nie było bezpiecznie i musiała się strzec.
    To było męczące. Tkwić w starczym ciele w chwili, gdy było się pełną energii, zaledwie trzydziestoletnia kobietą. Potworną kobietą, to prawda, ale jednak mimo wszystko młodą, pełną możliwości. Niejednokrotnie zastanawiała się, czy to ma sens. Po co tak żyć, skoro w ogóle z tego życia nie można było korzystać?
    Tak myślała w tych najgorszych lub jak ta, najzimniejszych chwilach. Przysunęła się bliżej ogniska, uważając, aby stara spódnica nie zajęła się ogniem. Wyblakłe oczy utkwiła w płomieniach. Gdzieś w głębi swojej zgniłej duszy wiedziała, że jednak warto. Być może potrwa to dziesięć, dwadzieścia, a może nawet sto lat. Tak długo, jak długo będzie istniał Dąb, ona może żyć. I nadejdzie taki dzień, gdy poleje się krew, gdy polecą głowy, a ona nie będzie musiała się dłużej ukrywać.
    Wyjęła zza pazuchy nieduże zawiniątko. Z trudem rozwiązała mocny supeł brązowego materiału, by dostać się do niezbyt świeżego już chleba i kawałka sera, które dostała dziś od dobrych ludzi w wiosce. Dobrawa miała wyjątkowy dar opowiadania bajek. Dzieciarnia zawsze przynosiła jej coś do jedzenia w zamian za baśnie, których słuchały z rozdziawionymi buziami. Lubiła dzieci, i to nie tak jak jedna z jej sióstr, w sosie własnym. Lubiła być z dziećmi i opowiadać im różne historie. Nie zawsze kończyły się dobrze, ale która opowieść w dzisiejszych czasach miała szczęśliwe zakończenie?
    Włożyła do ust kawałek chleba, żując go zapamiętale. Miała szczęście, że zaklęcie oszczędziło jej zęby, inaczej trudno byłoby cokolwiek zjeść. Dłoń, która unosiła kolejny kąsek do ust zamarła w połowie drogi. Wiedźma czuła, że ktoś się zbliża, jednak nie dała po sobie nic poznać. Na wszelkie zagrożenie była gotowa, więc czekała.

    Dobrawa

    OdpowiedzUsuń
  18. Okręt delikatnie kołysał się na falach, a wraz z nim tańczyły odblaski pochodni rysując na ścianach rozedrgane cienie. Ich niemrawe kształty nakładały się na misterne wyrzeźbione w jasnym drewnie figury zwierząt urozmaicające wygięte z jednej strony w obły kształt gładkie ściany sali. Przez wypukłe szyby, umieszczonego na samej rufie szerokiego okna, wpadały ostatnie promienie zachodzącego słońca, nakładając na pobliskie stoliki obrus różowawego światła. W połysku tych świetlistych smug rozpraszających się także dookoła tych mebli doskonale widoczne stawały się wirujące spokojnie drobinki wszechobecnego kurzu. Krzesła w tym pylistym przybytku zaczynały się powoli zapełniać, ale najwyraźniej nie przeszkadzało to muzykowi, ani nikomu z jego towarzyszy. Port z którego wyruszyli dawno już musiał zniknąć z horyzontu i nawet najbardziej zaciekli melancholicy zaczynali zdawać sobie sprawę, że jakkolwiek wytężą wzrok nie dojrzą rodzimej ziemi. Młodzi ludzie od wizyty tajemniczego posłańca starali się rozmawiać na neutralne tematy. Taj jakby zdali sobie nagle sprawę iż wszyscy są ludźmi i jako przedstawiciele tego złożonego niezwykle gatunku najpewniej mają swoje tajemnice. Kiedy wreszcie skończyli i zebrali ze stołu to co pozostało sala była już pełna, a gdzieniegdzie zaczynały wybuchać kłótnie. Wandzia wstała jako pierwsza i przemówiła dość cicho do pozostałych:
    - Myślę że jeśli chcemy zachować wszystkie zęby, najrozsądniejszą decyzją będzie krótki spacer. Nie mam ochoty na pijacką burdę, a nasi towarzysze podróży chyba nadto obficie zapijają smutki.
    - Co może nas spotkać gorszego niż nożownik? – zapytał Irys wstając już jedna z miejsca by podążyć za towarzyszką.
    - Nożownik? Pfh… - prychnęła z lekceważeniem kobieta – nożownik, by po prostu rzucił nóż, lub ewentualnie upuścił z odpowiednią siłą na stół, on zaś wbił go trzymając na ręku. Nie przejmowałaby się ty „nożownikiem”, a raczej tym kto go przysłał
    Wyszli na pokład i usadowili się w okolicach masztu. Gdy Cassian siadał z kieszeni wypadł mu list, a gdy pochylił się by go podnieść dziewczyna nagle osunęła się na ziemię. Na szczęście Irys stał na tyle blisko by ją podtrzymać. Uparte kłucie w piersi nie ustępowało więc oddychała z trudem. W wizji ujrzała nowopoznanego młodzieńca, szubienicę, ogień, strzałę i ten nieszczęsny list trzymany przez zgrzybiałe ręce. Ocknęła się nagle i niemal nie zderzyła się głową z mężczyzną, którego przed chwilą widziała w wizji.
    - Mówiłem nie nachylać się – mrukną z tryumfem pieśniarz przyciskając kobiecie do ust flakonik z jakimś naparem. Nie bacząc na wszelkie zasady dobrego wychowania wypluła wszystko prosto w twarz kochanego braciszka.
    - Nic mi nie jest i NIE BĘDĘ TEGO PIŁA. Rozumiesz! Mówiłam ci już dlaczego… Panie Cassianie, myślę że powinnam pana ostrzec. Ten list przyniesie panu wiele kłopotów

    [trochę to trwało, ale mam nadzieję ze warto było czekać]

    OdpowiedzUsuń
  19. [bry, bry.
    nekromantka służy pomocą, chociaż nie za darmo, ostrzegamy (przywoływanie duchów to ciężka robota, w dodatku ryzykowna, a jeżeli dobrze się domyślam kogo Cassian będzie chciał przywołać, to jeszcze więcej ryzyka. ale hej, nie ma ryzyka, nie ma zabawy)
    zastanawiam się tylko skąd by Cassian mógł wiedzieć w czym się Vera specjalizuje. mam na razie dwie propozycje: wpadli na siebie kiedyś i jakoś tak wyszło, że się dowiedział, bądź łowcy czarownic nie patrzą przychylnie na nekromantów i coś im się obiło o uszy, że jakiś zły, straszny nekromanta się kręci wokół jakiś ruin czy coś, więc Cassian postanawia sprawdzić co i jak, a to tylko Vera. no i potem się to jakoś potoczy.]

    Vera

    OdpowiedzUsuń
  20. [ja w sumie mogę, bo muszę się uczyć do kolokwiów :D ]

    Suszone mięso wchodziło między zęby, ale nie miała już nic lepszego. Przynajmniej do strumienia nie było aż tak daleko, więc nie musiała martwić się o wodę. Jedzenia jednak powoli zaczynało brakować, według jej przeliczeń będzie musiała zebrać obóz pojutrze, niezależnie od tego czy uda jej się otworzyć te przeklęte wrota czy nie.
    Starożytne elfy miały w zwyczaju pozostawiać po sobie wiele zamkniętych drzwi. Jedne z nich zostały odkryte niedawno, gdy po ulewnych deszczach po jakimś pagórku przeszłą lawina błotna. Spod grud ziemi wyłoniły się tajemnicze metalowe wrota. Vera przybyła tu jako pierwsza. Napisy na wrotach były w nieznanym jej dialekcie starożytnych elfów. Udało jej się rozpoznać słowo nekropolia, a przynajmniej miała nadzieję, że je rozpoznała. Pytanie tylko, czy elfy chciały, by nieproszeni goście się tam nie dostali, czy może chciały powstrzymać coś przed wydostaniem się. Jeżeli zostawiły wiadomość to Vera nie potrafiła jej odczytać.
    Wrota zamknięto na stosunkowo dziwaczny zamek, kilka płaskich pierścieni, pokrytych symbolami, które można było obracać. Vera zakładała, że musi istnieć jakaś odpowiednia kombinacja, ale to nie mogło być wszystko. Spędziła ostatnie pięć dni obracając pierścienie, zapisując każdą możliwą kombinację w swoim dzienniku. Nawet jeżeli jej się udało znaleźć tę poprawną, to zamek nie dał jej o tym znaku. Czegoś brakowało, coś robiła nie tak. Czeka ją prawdopodobnie wycieczka do biblioteki. Zadrżała na myśl ile czasu będzie musiała spędzić szukając odpowiedniego dialektu. Przecież nawet nie wiedziała jak się nazywa!
    Kończąc swój skromny posiłek po raz kolejny podeszła do ogromnych wrót. A może wcale nie były takie ogromne, tylko ona była niska. Duże prawdopodobieństwo, dla niej wszystko i wszyscy zdawali się wysocy. Ktokolwiek kiedykolwiek stwierdził, że elfy są wysokie chyba elfa na oczy w życiu nie widział.
    Uderzyła we wrota pięścią, ale chyba jej cios był zbyt słaby, by chociażby wydały one lekki dźwięk. I nadal pozostały zamknięte.
    - Zawsze było warto spróbować - stwierdziła sama do siebie zrezygnowana, wzruszając ramionami.
    Zaczęła kartkować swój dziennik, szukając odpowiednich notatek, gdy usłyszała nagle że ktoś nadjeżdża. Nie uniosła głowy, ale oczy zmrużyła niezadowolona z irytacją, oczekując innego odkrywcy chcącego zabrać jej ruinę.

    OdpowiedzUsuń
  21. Dostrzegł zarys ludzkiej postaci, jak przypuszczał kogoś "z tamtych stron", czyli skądś spoza wyspy. Pokręcił głową zdając sobie sprawę, że teren ten nie był przyjazny dla nikogo, ani dla uciekinierów, ani podróżników. Zresztą, sam nie zaglądał tu często wiedząc, że w części tej Drzewce są mniej przyjazne, bardziej złośliwe i mają nad wyraz dziwne poczucie humoru, określane mianem 'bardzo martwego'.
    Krzyk docierający do jego uszu był dla niego wyraźną informacją, że jeśli nie zareaguje może zginąć kolejna osoba, niekoniecznie winna. Szybko pokonał odległość dzielącą go od porośniętej mchem polany, ominął ścianę zarośli, wskoczył na martwe drzewo w pobliżu Drzewca obejmującego przybysza. Fobos zdawał sobie sprawę, że w ciągu kilku sekund objęcia te mogą stać się śmiertelne.
    Zeskoczył z grubszej gałęzi na podłoże, nie towarzyszył temu żaden dźwięk. Nie chcąc ranić mieszkańca wyspy, ani przybysza zamiast ostrza umocowanego u swego pasa, sięgnął po średniej grubości badyl leżący na mchu. Ujął go w dłoń i precyzyjnie dźgnął w tył zdrewniałego stwora, który powinien właściwie odczuć ten cios i wypuścić swoją zabawkę.
    Kilka liści posypało się na ziemię, a Fobos powtórzył swój cios. Wiedział, że rośliny też mają uczucia, jak również odczuwają ból.

    Fobos

    OdpowiedzUsuń
  22. Te kilka sekund, gdy tak mierzyli się spojrzeniem, pozostając w bezruchu, było decydujące. W ciągu chwili zapadła decyzja o tym, czy Dobrawa będzie musiała zrzucić swoje przebranie i stanąć do pojedynku z łowcą, czy też będzie jej to oszczędzone. Wiedziała, że w bezpośrednim starciu, bez przygotowania, nie miałaby żadnych szans. Co nie zmieniało faktu, że walczyłaby zaciekle, starając się, aby jej wróg długo lizał swoje rany.
    Włożyła kawałek starego sera do ust, mieląc go długo i cierpliwie. Wciąż nie spuszczała wzroku z młodzieńca, aż w końcu lekko skinęła głową. Z resztą, nie musiała. Sam wystarczająco rozgościł się bez jej zaproszenia. Czyżby zaniechał polowania, czy tylko starał się uśpić jej czujność? Jego niedoczekanie.
    - Jeżeli tylko nie zanudzi cię obecność staruchy, młodzieńcze, rozgość się – powiedziała drżącym, acz mocnym głosem i uśmiechnęła się dobrotliwie. Tak, jak zawsze uśmiechała się do dzieci, którym opowiadała bajki. Wcale nie ukrywała łakomego spojrzenia, kiedy rozpakował tobołek ze swoimi zapasami. Nie dało się ukryć, że były o niebo lepsze od tego, co jej udało się dostać. Kiedy ostatni raz jadła coś porządnego? Nie pamiętała... Nigdy nie kradła, chociaż przecież mogła. W swoim życiu robiła znacznie gorsze rzeczy niż kradzież świeżego bochenka chleba. Uważała jednak, że duma jej na to nie pozwala. Może i duma nie cierpiała w tej sytuacji, ale z pewnością cierpiał jej żołądek. Znów jednak uniosła wzrok na chłopaka. Dorzuciła więcej gałęzi do ogniska, aby to nie przygasło ani na moment. Trudno było ogrzać spróchniałe, dziurawe ściany. Zimny wiatr ze świstem wdzierał się do środka. To jednak było wciąż lepsze niż przebywanie na zewnątrz.
    - Co sprowadza cię w te nieprzyjemne strony, młodzieńcze? - Zapytała po kolejnym kęsie suchego, nieco zbyt twardego już chleba. Oczywiście, że spodziewała się, co go tu sprowadziło. Zlecenie. Być może na nią. Musiała więc wiedzieć. Dowiedzieć się wszystkiego a potem... cóż. Później zobaczy co z tym zrobić.

    Dobrawa

    OdpowiedzUsuń
  23. Przybysz okazał się być młodym mężczyzną. Nie ukrywając swego niezadowolenia z jego egzystencji, otaksowała go wzrokiem nonszalancko. Na ułamek skonsternowała się tym jak jej włosy muszą fatalnie wyglądać, i że nie myła się od dwóch dni. Ale nadchodzi taki moment w życiu kobiety, w którym przestaje się przejmować takimi błahostkami. Zwykle w dniu swego ślubu, ale u Very to nastąpiło gdy opuściła dom rodzinny.
    Gdy się przywitał, skinęła jedynie głową. Nie wyglądał na uczonego, a bardziej na jednego z tych których wynajmowali badacze niezdolni do samoobrony, ale przecież pozory mogą mylić. O niej myśleli, że jest bezbronna. Już wielu bandytów się przekonało, że to raczej mylne założenie.
    Zamknęła dziennik, obserwując mężczyznę przez cały czas. Uniosła brwi słysząc jego pytanie. Nie odwzajemniła jego uśmiechu, wydawał jej się raczej podejrzany, chociaż równie dobrze mógł on być kompletnie szczery. Poziom jej empatii był raczej niski, nie potrafiła odczytywać za dobrze zamiarów innych osób. Zresztą uważała te wszystkie subtelne znaki przekazywane językiem ciała, czy dwuznacznymi wypowiedziami, za stratę czasu.
    - Nie znam twojego zakresu umiejętności, więc nie wiem czy możesz - odpowiedziała z bezsprzecznym dystansem w głosie, nie podzielając jego otwartości. - Jeżeli znasz ten dialekt - wskazała na symbole okalające wrota, - to tak. Jeżeli nie, to tracisz zarówno swój czas, jak i mój - powiedziała beznamiętnie.
    Niby brakowało jej też jedzenia, ale już powoli docierało do niej, że bez znajomości tego języka, nie zajdzie za daleko. To był w tym momencie jej główny problem, którego rozwiązanie zaoszczędzi jej najwięcej czasu i nerwów.

    OdpowiedzUsuń
  24. Zmrużyła oczy starając się dostrzec w mroku przecinanym tylko blaskiem promyków, wślizgujących się do pomieszczenia przez szybę pokrytą grubą warstwą kurzu, twarz winowajcy. Zmarszczyła brwi, po czym gwałtownie pchnęła mężczyznę pod ścianę, gdzie światło rozlewało się złocistą plamą na burych deskach. Pozbawiony nagłym atakiem tchu złodziejaszek wpił się palcami w pobliską sieć i tylko chyba dzięki temu zachował równowagę. Dopiero po fakcie zdała sobie sprawę, że plan udawania mdlejącej z byle powodu, delikatnej damulki wzięło w łeb. Nieprzeniknione złote oczy kawalera wpatrywały się w nią z cała przenikliwością, jak gdyby wcale nie został przed momentem rzucony o burtę statku. Z niedowierzaniem przypatrywała mu się, a jej usta same ułożyły się w kpiący uśmiech. Wreszcie odwróciła się do towarzyszy i mruknęła z wyraźną ironią.
    - Niewiniątko – po czym znów przemówiła do nieznajomego, wytrącając mu z ręki nóż, którym chyba zamierzał jej zagrozić – dawno się nie widzieliśmy prawda Merkury.
    Stanął jak wryty nie spuszczając z niej wzroku, jakby była tygrysem gotowym lada chwila zaatakować, gdy tymczasem zmarszczki na jego czole świadczyły o tym, iż próbuje coś sobie przypomnieć. Nie okazywała żadnego skrępowania i wciąż uśmiechała się do niego, choć jakby bardziej życzliwie.
    - Może mnie nie pamiętasz, zresztą lepiej dla ciebie, ale ja mam doskonałą pamięć do twarzy, panie błaźnie. Mam nadzieję, że srebrne łyżeczki dobrze ci służyły.
    Odpowiedział jej uśmiechem, ukazując wszystkie krzywe ząbki ostre jak u lisa. Poprawił kapelusz i skłonił się dwornie.
    - Zatem panienka żelazne serce jak mniemam, a to pewnie…
    - Dość, bo cię przyknebluje – uciszyła go zdecydowanie – a teraz mów, po co był ci ten list. Złodziejski zakład? Ktoś ci zapłacił? Głupi kawał?
    - Nie ujawniam moich planów, nim ich nie wypełnię – odpowiedział.
    Już chciała rzucić się na niego i użyć silniejszych środków perswazji, gdy nagle znów poczuła ból w klatce piersiowej i zatoczywszy się przyklęknęła na podłodze. Na szczęście omdlenie nie trwało długo i zaraz wstała tłumacząc, że to z nerwów, chwilowa słabość. Mina Merkurego świadczyła, że nie wierzy w ani jedno słowo, ale nie obchodziło ją to. Zdążyła się dowiedzieć jednak, iż niedoszły złodziej listu miał go w ręku i była pewna, że było to zanim jeszcze dostał go Cassian. Pytanie pozostawało, dlaczego go nie zatrzymał wtedy. Coraz bardziej denerwowała ją ta sytuacja tym bardziej, iż nasłuchała się zbyt wiele o pewnym hrabim, który wysyłał niewygodnych ludzi do swojego krewnego w innym państwie z ważnym rzekomo listem, który okazywał się wyrokiem śmierci na doręczyciela. Może i nie był to ten przypadek, ale warstwa tajemnic okrywająca tą nieszczęsną kartkę papieru stawał się, co raz grubsza, a ona nie wiedziała, co robić.
    - Nie odpuszczę Ci, po co był ci ten list?
    - Powiedzieć mogę ci wiele, ale nie sądzę żeby ci się to spodobało… ty wiesz coś o mnie a ja o tobie
    Warknęła niczym rozsierdzona dzika bestia. Irysek chwycił ja za ramiona by ją uspokoić. Zresztą zdawał sobie sprawę z nasilającego się bólu w klatce piersiowej.
    - Jeśli ci to pomoże – przemówił Merkury – to wiedz, że staram się ocalić tego osła.
    Machnął palcem w stronę Cassiana, a gdy oni stali osłupiali, złodziejaszek jak gdyby nigdy nic wyszedł.

    OdpowiedzUsuń
  25. Uniosła brwi, raczej mu nie wierząc. Powstrzymała odruch, by nie stanąć między nim a wrotami. Sama wyczerpała wszelkie możliwości, mężczyzna nie może już raczej pogorszyć sytuacji. Obserwowała jego poczynania z umiarkowanym zainteresowaniem. Może jej się zdawało, ale wyglądał jakby wiedział co robi, co wprawiło ją w pewien rodzaj skonfundowania. Gdy przerwał nagle swoją pracę, tylko po to by coś zjeść, osłupiała. Jak można przerywać w takim momencie? Przecież można jeść i pracować. Oszczędza się przy tym tyle czasu i tym szybciej zbliża do rozwiązania zagadki.
    Odmówiła mu, gdy chciał ją poczęstować. Po pierwsze nie miała ochoty, po drugie była zbyt zajęta porównywaniem swoich notatek, do tego co do tej pory osiągnął mężczyzna. Jego spokojne podejście doprowadzało ją do szału, ale miała wrażenie, że jest na jakimś tropie, więc nie odzywała się jeszcze. Nie ukrywała jednak swego zniecierpliwienia, które w jej przypadku zwykle objawiało się stukaniem paznokciami o pierwszą lepszą w zasięgu jej dłoni - teraz dziennika, częstym głośnym wzdychaniem oraz ogólnie skwaszoną miną. Kiedy w końcu mężczyzna wrócił do wrót, wróciła do obserwacji, czując mimo wszystko czując narastającą ekscytację. Pomyśleć, że jeszcze kilka godzin temu planowała opuścić to miejsce!
    Doświadczyła lekkiego ukłucia zawodu, kiedy po całym tym rozszyfrowywaniu wrota nadal pozostawały zamknięte. Niby znała już rozwiązanie pierścieni, ale cóż jej to dało? Ramiona opadły jej nieznacznie, w geście rezygnacji i zmęczenia. Co jeżeli trzeba było znać jakąś konkretną sentencję złożoną z tych słów? Nie wiedziała jak dialekt brzmiał, nie znała przypadków przez które mogłaby odmienić słowa, ani koniugacji czasowników. Już traciła nadzieję, kiedy nagle mężczyzna powiedział jej o rysunkach.
    - Co? - wyrwało jej się.
    Dopadła wrót, przyglądając się im bliżej. Rzeczywiście. Były tu. Ale skąd? Kiedy? Wgapiała się w te cholerne wrota przez ostatnie pięć dni. Nie mogła tego wcześniej przegapić. Nad jej dłonią zawirowała niewielka kulka światła. Słońce chyliło się ku zachodowi, robiło się ciemniej, ale ona musiała wiedzieć.
    - Ha - wydała z siebie dźwięk, brzmiący jak rozbawione zaskoczenie.
    Zaczynała rozpoznawać “rysunki”. Zbliżyła do nich drżące palce. Zaśmiała się, czując niewielkie wyładowania magiczne między jej skórą, a metalem.
    - To nie są rysunki - powiedziała, prostując się, nabierając nowej pewności siebie, jej głos pełen podniecenia. - To prymitywny język. Chociaż używam tego wyrażenia umownie. - Zdawała się teraz trochę mniej aspołeczna, niż jeszcze kilka godzin wcześniej. - To był sposób porozumiewania się plemienia Rhaac’var z innymi plemionami, czego używali bardzo rzadko. Rhaac’var uważano za prymitywów, między innymi dlatego, że nie potrafili pisać ani mówić. Tak naprawdę nie potrzebowali się odzywać. Mieli tak głębokie połączenie z magią, że porozumiewali się ze sobą na poziomie, którego teraz nie jesteśmy w stanie ogarnąć umysłem. - Westchnęła ciężko. Jako mag mogła tylko pomarzyć o takim zrozumieniu magii. Jej podejście było zbyt kliniczne, zbyt teoretyczne, traktowała tę moc bardziej jako narzędzie, niż część swojego istnienia. - Jednak… nie ma żadnych zapisków o tym, żeby Rhaac’var współpracowali z kimkolwiek. - Nagle uderzyła ją przełomowość tego odkrycia. To mógł być pierwszy dowód na to, że jednak to plemię wchodziło w głębsze interakcje z innymi plemionami. - Niesamowite… - wymamrotała, uśmiechając się szeroko.
    Podbiegła do swojego plecaka, wygrzebała niewielki nożyk. Znała tylko jeden sposób w który mogła się uporać z pieczęciami pozostawionymi przez Rhaac’var.

    OdpowiedzUsuń
  26. - Zakładam, że nie masz żadnej zaprzyjaźnionej czarownicy - rzuciła od niechcenia w stronę mężczyzny, wracając znowu pod wrota. - Przydałaby się… - mruknęła, rozcinając nożykiem opuszek swojego lewego palca wskazującego. Skrzywiła się. Nie lubiła gdy bolało. Niby jako nekromanta miała do czynienia z krwią, ale zwykle starała się by nie należała ona do niej.
    Może czarownica mogłaby zapleść magię, by zareagowała z rysunkami. Vera musiałby zaprojektować nowe zaklęcie, na co teraz nie miała już cierpliwości. Krew to niezwykła ciesz, szczególnie krew maga. Idealny katalizator dla mocy magicznej.
    Znaczenie każdego z rysunków jakoś się wiązało ze słowami podanymi jej przez mężczyznę. Kamień - góra dotknęła krwawiącym palcem odpowiedniego symbolu. Poczuła jeszcze silniejsze wyładowania magiczne, a rysunek rozbłysnął białym światłem, po jej krwi nie było śladu. To znaczyło, że dobrze jej idzie. Albo że coś ją zaraz zabije. Ryzyko zawodowe.

    [wyszło jakoś strasznie długo, przez przypadek, więcej się nie powtórzy. miałam dobry flow na robienie lore w biegu.]

    OdpowiedzUsuń
  27. Od Wandy cd. Cassiana
    Schronili się znów w niewielkim magazynku, co bardzo odpowiadało Wandzie z racji bliskości jej ulubionej halabardy, którą zmuszona była tu pozostawić. Zamknęli za sobą skrzypiące drzwiczki utrzymywane chyba tylko siłą przyzwyczajenia, bo zardzewiałe nieoliwione zawiasy pozostawiały wiele dorzeczenia, nie mogąc utrzymać drewnianej konstrukcji w pionie, prawdopodobnie z racji braku kilku gwoździ. Z nieba ni z tego ni z owego lunęła ulewa bębniąc o pokład, a fale wzmogły się wychylając z odmętów białe grzywy piany. Jedna z rozbrykanych wodnych sił gwałtownie zakołysała okrętem. Dzięki talentom magicznym młodej kobiecie udało się jakoś utrzymać na nogach, a nawet schwycić przyjaciela, który niebezpiecznie wychylił się do tyłu. Pozostali mieli mniej szczęścia, Merkury na ten przykład zaplątał się w sieci więznąc w nich niczym mucha i wciąż jeszcze nie mógł się wydostać, gdy wróżbiarka pochylała się nad nieprzytomnym Cassianem.
    - To nic nie da, nasz koleżka zupełnie nam odpłynął – stwierdził starając się uwolnić rękę – a skoro tak…
    - W żaden sposób nie zmienia to twojej sytuacji, koleżko – w ostatnim słowie czuć było wyraźnie zjadliwą złośliwość. Irydion zachichotał rozbawiony i zupełnie niezrażony piorunującym spojrzeniem obiektu tych żartów.
    Przesunęła bezwładnego towarzysza do ściany i oparła mu głowę na jakiejś stercie materiałów. Rozejrzała się po pomieszczeniu jakby czegoś szukała, ale ostatecznie, prawdopodobnie z powodu nieznalezienia niczego odpowiedniego, sięgnęła do kieszeni i wyjęła czystą chusteczkę. Wreszcie jej spojrzenie padło na młodzieńca stojącego pod drzwiami.
    - Irysku, skocz proszę na pokład i zamocz to, tylko nie wypadnij za burtę
    - Nie jestem dzieckiem – obruszył się wyrywając niemal szmatkę z jej ręki.
    - Wiem – odparła – dzieci są mniej uparte
    - Zależy które – odgryzł się stojąc już niemal w progu.
    Uśmiechnęła się pod nosem i wróciła do rannego, o ile do takiego miana mógł nobilitować sporej wielkości siniec i kilka zadrapań na skroni.
    - Nic mu nie będzie – szepnęła do siebie, ale niestety na tyle głośno, że została usłyszana.
    - Czyżby ktoś dotarł wreszcie do tego żelaznego serca – zagadnął złodziejaszek.
    Zerknęła na niego z potępieniem, na co odpowiedział szerokim uśmiechem.
    - Albo nie umiesz obserwować, albo wyciągać wniosków – stwierdziła przerywając zacięty pojedynek na spojrzenia. – tobą też się zajmowałam i Iryskiem.
    - Co się tak jeżysz
    W tym właśnie momencie do magazynku wszedł Irydion. Woda dosłownie kapała z niego tworząc na podłodze szlaki, znaczące trasę jego wędrówki.
    - O co chodzi? - zapytał zerkając na obecnych.
    - Merkury sądzi, że jeśli komuś pomagam to zaraz jestem zakochana
    - Obawiam się mój panie, że to nie tak prosto – odparł – to jest przecież nasza Wandzia żelazne serce, ją nic nie rusza, ale pomoc rannym to ma we krwi, ojciec był medykiem
    - Irysku nie musiałeś, aż tyle o mnie zdradzać
    - Może?! – powiedział wzruszając ramionami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Nie ważne dość pytań do mnie czas żebyś, ty udzielił kilku odpowiedzi – zarządziła. – Co jest w tym liście? Dlaczego nagle zależy ci na ochronie Cassiana? O co pobiłeś się z tymi ludźmi we wspólnej Sali?
      - Powoli, bo z takim tempem to będę musiał zacząć notować.
      - Odpowiadaj – naciskała podchodząc bliżej.
      - Ehh… co do pytania ostatniego to moja prywatna sprawa, zresztą tak jak i dwa pozostałe, ale jeśli tak ci zależy. Jakbyś czasem wyściubiła nos po za ten wasz koniec świata, wiedziałabyś, że w pewnym państewku w Nordkapp miano buntownika z królewskiego rodu. Powiedzmy, że król nie do końca był jego wrogiem. Co innego pewna potężna wiedźma. Omotała sobie władcę dokoła palca. W każdym razie ten to rewolucjonista zdołał się uratować z jej rąk i uciec z kraju. Pomagał mu człowiek bez serca i bez mózgu. On to chcąc przyspieszyć wybuch powstania postanowił wysłać kogoś z wieścią, że opłakiwany jego niedoszły przywódca żyje i do łba mu strzeliło, żeby wieść od razu trafiła na dwór. Optymista wierzy, że list dotrze aż tam, ale korespondencja przechodzi przez ręce wiedźmy, a po za tym ogłoszono, iż za listy opatrzone pieczęcią buntownika będzie się wieszać. Rozumiesz już. Za sam kawałek laku go powieszą.
      - A co ty masz z tym wspólnego
      - Na początku to mi proponowano to zadanie, ale nie jestem na tyle głupi, a życie całkiem mi miłe i nie zgodziłem się, a tu się dowiaduje, że ten baran w ludzkiej skórze wysyła na tak niebezpieczną misję zwykłego młokosa

      [Nie chciało się upchnąć w jednym komentarzu i przepraszam ze tak długo trzeba było czekać]

      Usuń
  28. Była w miarę zaznajomiona z symbolami Rhaac’var, chociaż przy badaniu ich zrozumiała, że uczenie się ich na pamięć nie miało sensu. Plemię przystosowywało swoje “pismo” do tych z którymi wchodzili w kontakt. Po przestudiowaniu kilku takich zestawów było się w stanie w miarę rozpoznać kolejne.
    - Swoją drogą, jak się nazywa ten dialekt? - zapytała, obserwując jak mężczyzna manewruje pierścieniami. Nie zapytała się go nawet o jego własne imię, ale bardziej ją interesował nieznany jej język. Może dlatego nie miała przyjaciół.
    Wsadziła krwawiący palec do ust, czując zbyt dobrze znajomy metaliczny smak. Teraz jak o tym myślała, to stanowczo za często wsadzała sobie do ust krwawiące palce.
    Kolejna przeszkoda już jej nawet nie zaskoczyła, jedynie doprowadziła ją do zmarszczenia brwi. Pochyliła się nad nowopowstałym wgłębieniem, które wręcz prosiło się o wypełnienie czymś innym. Bez wahania przesunęła palcem nienaruszonej po nierównej powierzchni, by zorientować się jakby miał potencjalny kamień wyglądać.
    Królestwo gałęzi brzmiało niepokojąco znajomo. Informacja czaiła się jej gdzieś z tyłu głowy, coś co może chciała wyrzucić z pamięci. Bez słowa odeszła od wrót, kulka światła podążyła za nią. Z plecaka wyciągnęła dziennik i zaczęła kartkować go nerwowo. Gdzieś na początku, to chyba było kilka miesięcy temu. Zatrzymała się w końcu przy całkiem niezłym szkicu majestatycznego, chociaż widocznie martwego drzewa. Pomimo prostoty tła dało się rozpoznać, że znajduje się ono w jakimś pomieszczeniu. Pod spodem widniał podpis - klan???? Tłumaczenia, nazwy z manuskryptu w Vulre; ruiny Goll’Heivaris (wg vulre); ostatnie z królewskich wielkich drzew - Craf’ir (wg vulre - Gałęzie Królestwo? może być też Ośrodek - cele sakralne, społecze?); obecnie zakuty łeb zamknął je dla innych; nie wracać? może poczekać do śmierci, jest już starym dziadem.
    - To nie tutaj - powiedziała, chyba bardziej do siebie, niż do mężczyzny.
    Teraz pozostało pytanie jak bardzo jej zależało na tych ruinach?
    Spojrzała na wielkie drzwi. Starożytnym bardzo zależało, by się tutaj nie dostać, co ją tylko jeszcze bardziej napędzało. Zarówno Rhaac’var jak i drugi klan starali się ogromnie, na tyle by prawdopodobnie klucz ukryć w innym miejscu. Co się tam takiego znajdowało, że nawet aspołeczny klan brał udział w tym wszystkim?
    Musiała wiedzieć.
    Nawet ten stary dziad jej teraz nie powstrzyma.
    Wygrzebała jeszcze ołówek i wróciła pod wrota. Usadowiła się przed nimi, by dokładnie zanotować i przerysować co się na nich wydarzyło.

    [mój własny research zaprowadził mnie do historii ołówków (pierwsze pojawiły się już pod koniec XVI wieku!). nie wiem jaki poziom technologii mają na Eleseyi, ale czy możemy się umówić, że mają już ołówki? rysowanie/pisanie ołowiem/srebrem brzmi niepraktycznie :< ]

    OdpowiedzUsuń
  29. [O, również ofiara podstępnej czarnej magii :) Tak, jak najbardziej jestem chętna. Da się jakoś wykorzystać motyw wiedźm i czarowników w Xaresyi?

    Dzięki :) Nie wiem, co się dzieje u mnie z Bloggerem, jak używam Google Chrome. Od dłuższego czasu mi rozwala jak coś piszę. Znów trzeba będzie posty pisać w Operze, a już wywaliłam Operę, bo nie miałam ochoty z jej powodu utrzymywać PPA :/

    El Si]

    OdpowiedzUsuń
  30. Im bliżej Karagaros znajdowała się wioska, tym bardziej nieufni wydawali się mieszkańcy. I tym dziwniejsze opowieści dało się usłyszeć. Że ktoś wyruszył do miasta i więcej go nie widzieli, że w rzece znaleziono żywego człowieka, całkowicie pozbawionego kości i oszalałego, że znad miejskich murów przyleciała chmara łysych, pokracznych stworzeń, atakujących każdego, kto miał nieszczęście tego dni być w polu. Coraz trudniej było wyłowić z tego to ziarnko prawdy. I jeszcze te nieporozumienia...
    - Szukasz Dalanarów? - powtórzył zgarbiony staruszek z łysą głową upodabniającą go do sępa - A dlaczego tutaj ich szukasz?
    El Si westchnęła.
    - Nie Dalanarów, tylko Delanair - powiedziała bardzo powoli - Magar Delanair. Córki Rohana Delanaira, Badacza.
    Właściwie wątpiła, czy tacy ludzie jak ten, który przed nią stał, słyszeli o Rohanie Delanairze. Tutaj mieszkańcy wiosek skupieni byli raczej na trudach swojego codziennego życia, ale nie zaszkodziło spróbować.
    - Lat dwadzieścia parę, wysoka, długie, czarne włosy - ciągnęła El Si - Z pewnością tak jak ja zbierała informacje. Mogła tędy przechodzić jakieś dwa tygodnie temu, może wcześniej.
    Staruszek wydął usta i nieco cofnął się za sfatygowany płot z krzywych sztachet. Przygięty przez wiek był niewiele wyższy niż to ogrodzenie, znad pokrytych porostami desek wystawało pół jego głowy. Z tyłu na jakieś trzy metry ciągnęło się pokryte błotem i skorupami rozbitych naczyń podwórko, dalej stała niewielka chata z grubych drewnianych bali, w stanie może nieznacznie lepszym niż płot.
    Mężczyzna pokręcił głową.
    - Co tak się interesujecie Zakonem Cierni? Po co wywoływać wilka z lasu? To już prawie ich ziemie, jak zaraz kończą się nasze pola... Dalej wioski są ich. A ta dziewczyna od Dalanarów...
    - Delanair! - poprawiła El Si. Starzec machnął ręką i niezrażony ciągnął dalej - Nie przechodziła tędy. Jest kilka dróg. Możesz jeszcze popytać, ale nie sądzę, żeby ktoś coś wiedział.
    El Si tak właśnie postanowiła zrobić. Pomimo zbliżającej się wieczornej pory, słońce jeszcze nie zaszło. Mieszkańcy wioski dopiero kończyli pracę. El Si mijała ich, idąc główną drogą. Próbowała dowiedzieć się czegoś od nich, ale z nimi było jeszcze trudniej niż z niedowidzącym starcem. Ci widzieli jej twarz, której przecież nie mogła całkowicie ukryć pod kapturem płaszcza.
    - Nie jesteś człowiekiem ani elfem, prawda? - spytał jeden z nich, rosły, rumiany na twarzy chłop. Niósł na ramieniu grabie i przez chwilę El Si zastanawiała się, czy przyjdzie mu do głowy użyć ich jako broni. Kiedy to samo pytanie zadała jej kobieta z głową owiniętą kolorową chustą, El Si mrużąc złośliwie oczy odpowiedziała, że jest jej koszmarem sennym. I tak jak uprzedzał starzec, nikt nic nie wiedział. A o rządzących miastem kapłanach ludzie nie chcieli mówić.
    Pola uprawne ciągnęły się nieprzerwanie pomiędzy miejscowościami. Miejscowi zapewne wiedzieli, gdzie przebiegają granice i które tereny są czyją własnością. Kolejna wioska wyglądała właściwie tak samo, możliwe, że mieszkańcy wydawali się bardziej zmęczeni. Ale to mogło być złudzenie wywołane sugestią, że ci ludzie jako poddani Zakonu Cierni stale doświadczali opresji.
    Na podwórku przy najbliższej chacie jakiś chłop ostrzył kosę. El Si podeszła do płotu, natychmiast zwracając jego uwagę. Jak najspokojniej starała się wyjaśnić, że podróżuje do Karagaros z nadzieją na znalezienie prawdopodobniej przebywającej w mieście Magar Delanair i jakichś wiarygodnych informacji na temat działalności kapłanów. Słysząc to ostatnie, chłop splunął pod nogi.
    - Sprawdzacie nas czy jak? - spytał zirytowany - Powiedz, ty jesteś z tą dziewczyną, czy pracujesz dla nich?

    [C.D.N.]

    OdpowiedzUsuń
  31. [C.D.]
    - Można powiedzieć, że jestem z nią - odpowiedziała niecierpliwie El Si. Mimowolnie się przy tym wyprostowała. Twarz nie była już tak ukryta w cieniu. Mężczyzna z sykiem odskoczył w tył, upuszczając kosę.
    - Jesteś szatańskim dziełem Zakonu Cierni! - wykrzyknął. El Si powstrzymała go gwałtownym ruchem ręki.
    - Nie jestem - syknęła - I nie krzycz tak. Mogę przysięgać na cokolwiek chcesz, że nie stworzyli mnie kapłani z Karagaros. I nie jest w moim interesie, żeby wiedzieli, że ja, czy ktokolwiek inny się nimi interesuje.
    - Ja nie wiem nic więcej niż inni - wyjęczał mężczyzna z rozpaczą - Ja nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Ja chcę, żeby moja rodzina była bezpieczna. Idź stąd.
    Rzeczywiście El Si nie pozostało nic innego jak ruszać dalej. Robiło się coraz później, a zamierzała dotrzeć do miasta przed zapadnięciem zmroku. Miała jeszcze trochę do przejścia. Nad polami i przecinającym je traktem widziała na tle nieba zarys zabudowań.

    [Mam nadzieję, że nie jest źle. Próbuję jakoś wczuć się w ten świat.]

    OdpowiedzUsuń
  32. [Zwaliłam wtedy trochę, długa historia. Teraz nie planuję stąd znikać tak szybko. Wątek chętnie, jednak poprzedniego nie pamiętam, zresztą kwestia, co wolisz – coś nowego, czy jednak ten poprzedni?]

    Fobos

    OdpowiedzUsuń
  33. [Pomysł z mgłą jest niezły. Faktycznie Fobos mógłby go uratować dostrzegając, że nie ma w jego osobie zagrożenia. Oprócz mgły, opcja druga też jest, mógłby uratować go przed jakimś fajnym stworzonkiem, które po prostu boi się obcych, a naprawdę jest milusie. Później mógłby mu sprezentować, bo byłoby to stworzenie przypominające latającego konia tylko bardziej z horroru (coś jak testrale z Pottera). :) Hm?]

    Fobos

    OdpowiedzUsuń
  34. Życie na wyspie toczyło się nieco innym rytmem niż w pozostałych częściach tego świata. Tutaj wszystko wydawało się spokojniejsze, choć stopniowo zmieniało się to przez napływającą ludność pragnącą odkryć tajemnice tego miejsca. Wyspa Mgieł nie miała żadnego systemu obronnego, aż do dnia, gdy pojawiła się dziwna mgła, która zdawała się otulać wyspę od jednego krańca do drugiego, jakby chciała otulić ją szalem i zapewnić bezpieczeństwo. Ale czy faktycznie była czymś w rodzaju systemu odpornościowego w organizmie żywym?
    Fobos był jedynym stróżem wyspy, żywym stróżem. Obserwował mgłę, pory dnia i nocy w których się pojawiała, jak i części puszczy, gdzie błądziła między drzewami całkowicie uniemożliwiając jakąkolwiek widoczność. Słyszał, że ludzie ginęli w niej w tajemniczy sposób, ale jego nigdy nie skrzywdziła. Nigdy nic mu się nie stało, choć czasem wchodził w samą środek niej, jakby miał znaleźć tam odpowiedź, na dręczące go pytania.
    Tym razem było podobnie. Dotarł do Mrocznego Zakątka, gdzie na skraju dostrzegł już skrawki mglistej powłoki snującej się przy samej ziemi. Zeskoczył z drzewa, nie robiąc przy tym najmniejszego hałasu. Do zmroku pozostało jeszcze kilka godzin, ale w tej części puszczy i tak zawsze było ciemniej niż na innych terenach. Rozejrzał się dookoła, ale nie dostrzegł nic nadzwyczajnego. Wszedł pomiędzy pochyłe drzewa i drapiące gałęzie, które broniły wstępu na te tereny. Do jego uszu dotarł dźwięk przypominający rżenie konia połączone z dziwnym piskiem. Znał te odgłosy. Przeskoczył przewróconą kłodę i pomknął w głąb puszczy, a mgła z każdą minutą zdawała się gęstnieć.

    Fobos

    OdpowiedzUsuń
  35. Tuż przed zderzeniem, El Si czuła, że dojdzie do bliskiego spotkania. Wyraźnie czymś przerażony, młody człowiek nie widział, w którą stronę biegnie. Nie miało to chyba dla niego w tym momencie większego znaczenia. Dziewczyna mogła spróbować się cofnąć, ale na to było trochę za późno. Młodzieniec potknął się i upadł na drogę. Słysząc przeprosiny, El Si tylko skinęła głową. Nie stało się nic takiego, poza tym, że...
    Spojrzała gwałtownie na młodego mężczyznę, a jej twarz przybrała poważny wyraz.
    - Co się dzieje? Coś tu się zbliża?
    Nie była pewna, czy wszystkie plotki zasłyszane od spotkanych tego dnia wieśniaków powinna traktować poważnie. Możliwe, że część tych rewelacji była wielokrotnie wyolbrzymiona podczas przekazywania sobie z ust do ust, zwłaszcza jeśli miało to miejsce w karczmach i towarzyszyły temu mocniejsze trunki. Jednak na wszelki wypadek należało zachować czujność.
    - Czy tutaj grozi nam jakieś niebezpieczeństwo?
    Ostatecznie byli już na terenach Zakonu Cierni. A może... Ten człowiek był ich ofiarą. Czy raczej niedoszłą ofiarą, skoro, chociaż zdyszany, wydawał się jeszcze cały i zdrowy, musiał być też w niezłej formie, biorąc pod uwagę ten szalony bieg.

    OdpowiedzUsuń
  36. Od Wandy cd. Cassiana
    Od lądu napływały podmuchy mroźnego wiatru wzdymające kremowe płótna żagli. Na pytanie Cassiana odpowiedziała zrazu skromnym uśmiechem poprawiając wełnianą kapotkę haftowaną w srebrne pióra.
    - Nawet, jeśli mój zdrowy rozsądek oponowałby przeciw takiemu ryzyku pewien osobnik nie pozwoli mi się teraz wycofać
    Zerknęła wymownie w stronę Irydiona. Ten także opatulony w ciepły płaszcz uśmiechną się pod nosem.
    - Nie zgrywaj niewiniątka siostrzyczko ty także uwielbiasz o przygody
    - Zatem ustalone – zakomenderowała – Masz nasze słowo, że cokolwiek się stanie nie zostawimy cię.
    Uścisnęli sobie po bratersku ręce i znów wpatrzyli się w magiczną zasłonę, spoza której przezierały ostre kontury dzikich wybrzeży Nordkapp. Wreszcie z dziwacznym drgnieniem kotara opadła, tak jakby w jej lodowej powłoce słońce wypaliło dziurę pokrywając jej brzegi złocistym pyłem. W kilka minut znaleźli się w porcie. Panował tu przenikliwy chłód, choć wyraźnie miało się ku wiośnie Na zboczach gór wyznaczających mgławy rys horyzontu musiał jeszcze zalegać śnieg.
    - Zaczekaj – szepnęła do pocztyliona – tam na dole rewidują podróżnych, ale jestem pewna, że nie wszystkich. Daj list.
    Nie protestował, choć jego spojrzenie pozostało jakby przyszpilone do koperty. Kobieta wyjęła z torby nietoperza i przyczepiwszy mu do łapy rulonik, podała bratu. Ten nachylił się do zwierzątka szepnął mu coś i już po chwili mała, czarna plamka jak strzępek tkaniny poszybowała w powietrze. Tak jak przypuszczała pod rampą stało dwóch strażników, którzy natychmiast zagrodzili im drogę wypytując o cel wizyty.
    - Jesteśmy skromnymi podróżnymi pragnącymi zobaczyć to piękne miasto i poznać tych sławnych na wszystkie krainy gwardzistów – przemówiła Wanda łechcąc ich próżność. Najwyraźniej nie byli jednak w nastroju, bo nadal nie dawali za wygraną.
    - A po cóż zatem ta halabarda
    - Ach, no tak zapomniałam wspomnieć. Ten pan – wskazała Cassiana – to nasz ochroniarz. Oczywiście to zbytek ostrożności i być może sprzedamy tą broń w najbliższym sklepie, bo czegóż to się bać. Jednak, jako ludzie światowi bywamy w wielu miejscach, gdzie taka nieostrożność bywa nieodzowna. Straż w wielu miastach zeszła na psy i chyba tylko tutaj działa tak sprawnie i do tego ma tak przystojnych przedstawicieli.
    - Nie wiem czy mogę przepuścić państwa bez rewizji osobistej – tu wymownie zerknął w stronę Wandy, która z całych sił starała się rumieniec gniewy przemienić w oznakę nieśmiałości.
    - Och wujaszek mówił mi, że panowie tacy dowcipni. Mówił: A pan kapitan to ma tych chłopców, kwiat rycerstwa. Szarmanccy, grzeczni. Jak będziesz szukała męża to tylko tam.
    Wspomnienie o kapitanie i ożenku wyraźnie ostudziły ich zapały. Zaczęli szukać miejsca dla rąk i nerwowo potupywać.
    - Nie, nie to może my…
    - Ależ proszę – odparła otwierając torbę. Dała znak by towarzysze uczynili to samo.
    - Nie trzeba naprawdę.
    Obrzucili ich jeszcze raz spojrzeniem. Szczególnie uważnie lustrowali łowcę czarownic, ale w końcu dali sobie spokój ostrzegając jednak, żeby podróżnym nie wpadło do głowy łamanie prawa
    - Och, jakże to tak? Nie śmiałabym niepokoić tak szlachetnych ludzi, to prawdziwy zaszczyt dla mnie przebywać w tak zacnym towarzystwie.
    Pozwolono im wreszcie się oddalić. Skryli się w jakimś zaułku. Przywołany Rufus sfrunął z dachu pozwalając odwiązać sobie od łapek list i wsuną się do torby podczas gdy jego pani krzywiła się z niesmakiem.
    - Pfe, ale cukier, aż mdli, najgorzej jak trzeba tak wychwalać pospolitych gamoni, którzy nie posiadają krztyny kultury, chamy niedomyte.
    Irydion z trudem tłumił śmiech.
    - Wspaniała z ciebie aktorka siostrzyczko.
    - Następnym razem ty nam załatwiasz kontrolę graniczną.
    - Przecież to nie moja wina, że zawsze sprawują ja mężczyźni, którzy oglądają się za każdą ładną buźką
    - gdybyś nie był moim bratem to już ja bym ci zrobiła metamorfozę twarzy. Też by się wszyscy oglądali.
    - To, co dalej pani kapitan – zagadnął Cassian przerywając narastającą sprzeczkę.
    - Cóż – westchnęła – przydałby nam się jakiś przewodnik.

    OdpowiedzUsuń
  37. [och nie, ona by nie czekała, aż on jej odda rzecz która jest jej bardzo teraz potrzebna.]

    Kiedy zabrał jej ołówek pomyślała, że już dawno nie używała zaklęć dotykających czyjegoś umysłu. A szczególnie tych, które miały sprawić, że dana osoba miała ochotę sobie wyciągnąć mózg przez nozdrza.
    Za pomocą prostego telekinetycznego zaklęcia ołówek wyrwał się z jego palców i powrócił do jej wyciągniętej dłoni. Pozwoliła jeszcze sobie prychnąć w geście irytacji, po czym wróciła szybko do pracy. Starała się ignorować mężczyznę, nie patrząc w jego stronę, jednak słysząc jego pytanie zmarszczyła brwi.
    - My…? My się nigdzie nie udajemy - zaczęła, odwracając się do niego. - Za to… - Urwała swą wypowiedź widząc zjawę.
    Poderwała się z ziemi, przygotowując już zaklęcie, na wszelki wypadek. Najpierw jednak chciała to załatwić inaczej.
    Ukłoniła się głęboko.
    - Wybaczcie wtargnięcie. Proszę o przyzwolenie do dalszych działań - powiedziała, przybierając ton raczej oficjalny.
    Z takimi duchami nigdy nie było wiadomo. Czasem wystarczyło ładnie poprosić i odpuszczały. Zależało od tego dlaczego były uczepione jednego miejsca. Dlatego Vera wolała najpierw spróbować pokojowego podejścia, nie mogła przecież zniszczyć potencjalnego reliktu.
    Zjawa nawet na nią nie spojrzała. Vera nagle usłyszała, że mężczyzna zaczyna mieć dość poważne problemy z oddychaniem. Westchnęła ciężko.
    - Nie to nie… - mruknęła.
    Rzuciła zaklęcie na zjawę, która złapała się za głowę wydając z siebie przerażający ryk, podchodzący wręcz pod rozpacz. Vera chwyciła mężcznę za rękaw i pociągnęła za sobą, chcąc oddalić się od wyjącej zjawy. Czar którego użyła, w żywej istocie wywołałby ból mentalny przypominając jej o wszystkich złych rzeczach które wydarzyły się w jej życiu, na raz. Było to dość traumatyczne doświadczenie. Jednak przy martwych to zaklęcie działało znacznie silniej - nie przypominało tylko o złych rzeczach, ale też o dobrych. O życiu którego już nie było. To doprowadzało do prawdziwej udręki.

    OdpowiedzUsuń
  38. El Si uśmiechnęła się cierpko i skinęła głową. Zasadniczo lepiej było podróżować z kimś. Mniejsze ryzyko problemów, gdyby ktoś uznał, że nie podobają mu się zmierzający do miasta obcy.
    -Szukam mojej siostry, która podróżowała do Karagaros kilkanaście dni temu - wyjaśniła po chwili wahania. Ten człowiek w końcu też mógł ją widzieć... o ile był tu wcześniej. Bo na miejscowego nie bardzo wyglądał.
    - Magar Delanair, nie wiem, czy coś ci mówi to nazwisko... Dwadzieścia kilka lat. Początkująca badaczka, to rodzinne u... nas.
    Zawahała się, zanim dokończyła. Nie była pewna, czy uważać się za "swoją". Nazwiska Delanair raczej jeszcze nie używała.
    Kiedy tamten dojrzał idącą traktem postać, El Si odruchowo również spojrzała w tamtą stronę. Idący ku nim osobnik również miał płaszcz z kapturem - co mogło oznaczać równie dobrze, że jest w drodze, albo, że ma wobec nich złe zamiary.
    Myśli dziewczyny powędrowały do sztyletu przy pasie, ukrytego pod płaszczem. Niby każdy mógł się domyślić, że podróżując samotnie jest uzbrojona, ale po co było tak od razu rzucać się w oczy ze swoją bronią...
    Na razie nie było potrzeby po niego sięgać. Jeszcze wszystko, było w porządku. A zakapturzona postać znacznie zmniejszyła dystans od nich.

    OdpowiedzUsuń
  39. Od kilku dni robiło się dość głośno, ludzie skarżyli się na nowe zakazy i bardzo częste kontrole. Była godzina 14:00 pora obiadowa, gdy spod murów pałacu cesarzowej dobiegały głośne dźwięki oburzonych mieszkańców miasta. Cesarzowa zorganizowała zbiórkę żołnierzy na placu przed jej pałacem.
    -Ludność się buntuje! -krzyknęła -Musicie coś z tym zrobić, ja jestem cesarzową i nie będę tolerowała buntu! Kazuya wraz z innymi poddanymi wyszedł przed bramę i otoczył wejście do pałacu żołnierzami a sam wpatrywał się w szalejący tłum.
    -Hej! Spokój! Czego chcecie od Cesarzowej?! -Wydarł się na cały głos tak żeby wszyscy usłyszeli.
    -Nie chcemy być już tak traktowani! -odezwał się człowiek z tłumu gdy inni umilkli widząc straż uzbrojoną po zęby. -Te nowe przepisy i zakazy! wszędzie kontrole! chcemy odrobinę prywatności! -znowu tłum zaczął szaleć.
    -Rozumiemy wasze obawy, ale jeśli nie przestaniecie, będziemy musieli użyć siły -odpowiedział wyciągając swoje dwa miecze.

    OdpowiedzUsuń
  40. [incydencie powiadasz.... *smiech* kto wie xD wyroki boskie do mnie nie naleza xD ale moge pisac o ile masz pomysl ]

    OdpowiedzUsuń
  41. Przygotowywała sie do tej podrozy dosyc staranie. Lecz zanim wyruszyla musiala wpierw sprawdzic czy informacje byly prawdziwe, dlatego tez pojechala ktoregos dnia w dosyc odlegle miejsce gdzie nie bylo osad ani miast w miejsce gdzie mieszkancy uznawali za swiete - naturalnego gaju, gdzie mozna bylo spotkan naturalne linie termalne. Mozna, ale musiała sie tego dowiedziec osobiscie. Nie miala ochoty gonic za mzonkami podczas, gdy tracila sily powoli a nie ublaganie.
    Zatem ktoregos dnia zostawiajac swoja mala trzodke zwierzat jednemu z mieszkancow wsi, by potem wyruszyc na poszukiwania zabierajac ze soba torbe. Podroz byla dluga i dlugo szukala, ale oplacila sie - zadowolona wrocila do domu. Nastepna podroz byla juz bardziej rozlozona w czasie. Podjechała do niewielkiej polany, by tam zbudowac prowizoryczny szalas a potem wyszła sie rozejrzec po okolicy. Wrocila z napelnionym z woda garnkiem, by moc nastawic lekki posilek, aby jutro zaczac glodowke.
    Probowała potem zasnac, ale nie mogla - byla zbyt pobudzona a delikatne pulsowanie we wnetrzu ziemi wcale nie pozwalalo spokojnie przespac nocy. Wiec chcac nie chcac wyszla z szalasu i udala sie w poblize strumyka, myslac ze kapiel pomoze "ochlodzic" zbedne mysli.
    Rozebrala sie do naga i weszla do lodowatej wody wzdrygajac sie lekko. Jednak zdania nie zmienila by wyjsc i usiadla na dnie az ja woda do szyi przykryła. Przymknela oczy.

    OdpowiedzUsuń
  42. [Nie jest takie krótkie, nie wiem czym się przejmowałeś. Nie masz się co obawiać o krótkie odpisy, jak nie ma o czym pisać to się nie ma co męczyć i szukać na siłę ;) (a szczególnie podejmować decyzje za cudze postaci, brrr)
    Btw, skończyłam ten przykład pisać (takim trochę cliff hangerem, heheheh). Jak masz jakieś uwagi to wal śmiało.]

    Rozpacz zjawy nie zrobiła na niej wrażenia, ale nie była też specjalnie przyjemna dla ucha. Miała szacunek do duchów, starała się nie używać siły gdy z nimi obcowała, ale czasem musiała. Gdy zaczynały atakować, stawały się przeszkodami.
    A przeszkody się usuwa lub omija. Nie współpracuje się z nimi. Może dlatego myślała z początku, że się przesłyszała, gdy usłyszała słowa mężczyzny. Dlaczego miałaby zdejmować zaklęcie z istoty która próbowała go zabić? Właściwie to przygotowywała się do uśpienia zjawy, by pozwoliła im odejść. Musiała bronić tego miejsca, do czasu powrotu Very. Dopiero wtedy kobieta miała zamiar pozbyć się ducha na dobre. Nie mogła pozwolić, by mieszała jej w dalszych planach.
    Zaklęcie powoli traciło na mocy, szybciej niż się spodziewała. Wyprawionym ruchem dłoni rzuciła kolejne, tym razem paraliżujące. Zjawę, która dziwacznie zaczynała nabierać nowych szczegółów, poderwało do góry i zawisła w miejscu. Mogła teraz jedynie patrzeć. Vera musiała przyznać, że zjawa zaczynała wzbudzać jej zainteresowanie. Może ruiny nie są jedynym potencjalnym obiektem badawczym w okolicy.
    Zdawało jej się, że mężczyzna rzuca jakieś zaklęcia, ale nie mogła zinterpretować jakie, jako że nie działały na zjawę, a także nie wchodziły w konflikt z jej czarem. Może nie były dostosowane do tego typu istoty. Wyszkolony mag powinien o tym wiedzieć, może ten tutaj był samoukiem. To czysta spekulacja, ale zaczynała widzieć go w lepszym świetle z tego powodu. Szybko jednak zaprzepaścił swoją szansę na zdobycie jej szacunku znowu otwierając usta.
    Wyrwała rękę z jego uścisku. Jakież musiał on mieć piękne życie, skoro myśli że zaufanie można zdobyć prostymi słowami. Może dlatego tak łatwo stanął w obronie zjawy. Naiwność traci się z doświadczeniem, on pewnie jeszcze swoją posiadał.
    Wyprostowała się na wzmiankę o nekromancji, jej podbródek uniósł się lekko. Nie była to postawa defensywna, bardziej coś w rodzaju dumy.
    - Mówisz to tak jakby ta wiedza dawałaby ci nade mną jakąś władzę - odparła chłodno.
    Nie ukrywała aktywnie szkoły magii jaką się zajmowała, chociaż też nie lubiła o tym wspominać w konwersacji, dopóki ktoś wprost nie zapytał. Męczyły ją spekulacje, to że osoby nie mające pojęcia o nekromancji zakładały rzeczy na jej temat i przyjmowały je jako fakty.
    Skoro ten tutaj wiedział jednak z góry kim Vera jest, to znaczy że miał do niej jakąś sprawę, co w sumie tłumaczyło wiele rzeczy.

    OdpowiedzUsuń
  43. Mimochodem weszla w cos podobnego do transu. Postanowila "polozyc' sie plasko w wodzie. Wypornosc utrzymywała ja stale nad woda. Utopic sie nie miała jak, bo gleboko nie bylo. Siegała ramionami do podloza.
    Ciało powoli sie rozluznialo. Czuła delikatne pulsowanie, które przypominalo laskotanie. Było kojace a tego potrzebowała najbardziej dla styranego ciała. Za kazdym razem gdy uzywała broni w obronie wlasnej czuła jakby sama siebie zabijała. To bylo denerwujace uczucie i przypomnienie takze. By nie zapomniec skad i kim byla. Jakby potrzebne bylo do tego przypomnienie.
    Wypuscila powietrze jakby w dlugim westchnieniu nim otworzyła w koncu oczy wpatrujac sie w niebo.
    Co tam u Was ciekawego?! Troche tesknila za domem.
    Bezwiedną lze wypuscila z kacika oczu, ale i ona zagubila sie w nurcie wody. W koncu postanowila usiasc powracajac do tego polzycia w jakim sie znalazla. Odepchnela sie rekoma i przytrzymała by sie nie przewrocic Troche krecilo sie jej w glowie, ale to bylo tylko chwilowe zamroczenie. Mokre wlosy odgarnela na plecy otulajac je nimi niczym puchatym plaszczykiem a potem stala.
    Calkiem nagusia ze spojrzeniem dosyć dalekim. Trwalo to jakis czas, ale ostry dzwiek lamanego drzewca rozszedl sie po okolicy. Zamrugała wracjac do rzeczywistosci. Udajac, ze nic wielkiego sie nie wydarzylo wyszla na brzeg i schylajac sie siegnela po ubranie. Wyczuła, ze nie jest tu sama. Zawiazujac pas kacikami ust usmiechnela sie nieznacznie. Zabrała reszte rzeczy i jak gdyby nigdy nic ruszyła w strone, ktora miała nadzieje spotakac "obserwatora".

    [btw. czyzbys znowu gdzies broil? ^_^
    Wiesz ogolnie nie mam nic przeciwko dlugosci odpisow, tyle zeby one mialy sen a nie bylo laniem wody o niczym i obwijaniem w bawelne ;p Czasem tez bywa tak, ze dluzej sie nie daje jesli to jakis dialog lub inne sytuacje xD I tasiemcow tez nie wymagam - bo nie chce mi sie nawet tyle czytac xD]

    OdpowiedzUsuń
  44. Zatrzymała się na chwilę słysząc za sobą głośne pacnięcie sygnalizujące gwałtowne zderzenie ludzkiego ciała z oślizgłym podłożem.
    - Biegnij Wando! – zawołał za nią Cassian zbierając się z ziemi i dając wymowny znak ręką, że da sobie radę. W odpowiedzi skinęła ręką na dachy portowych budynków dając w ten sposób do zrozumienia, że tą drogą zamierza podjąć dalszy pościg. Słońce stało w zenicie, a gdy biegła z dachówek wznosił się pył nagromadzony tam przez lata. Od czasu do czasu słyszała krzyki przechodniów roztrącanych przez jej towarzysza. Nie mniej pasjonująca gonitwa miała miejsce w jej głowie. Zastanawiała się czy mądrze postąpiła zostawiając Irydiona samego. Bądź, co bądź ktoś mógł się zorientować, że nie jest tylko zwykłym pieśniarzem, tak jak ona nie mogła być zwykłą dziewczyną, skoro pędziła jak szalona po szarawych dachówkach z halabardą w dłoniach. W twarz uderzały ją podmuchy chłodnego wiatru, a światło słoneczne zdawało się blade i przygaszone, przez całuny gęstych chmur zwisające nad miastem. W zaułkach zalegały sterty śmieci cuchnące rybami i glonami, napełniając rześkie powietrze duszącym aromatem. Zdawały się one przy tym nie mniej monumentalne niż otaczające je budynki wzniesione z niezgrabnie ociosanych wielkich kamiennych bloków, w które wstawiono odrzwia z ciemnego drewna i koślawe okienka, przy czym przeważały tam błony wykonane ze zwierzęcych materiałów. Ludzie w poszarpanych strojach mieli głosy donośne, przywykłe do przekrzykiwania ryku fal. Jedynym urozmaiceniem krajobrazu były misterne drewniane wycinanki zdobiące parapety, na których z rzadka tylko zdarzały się jakieś marniuchne przywiędłe roślinki. Cóż w tym, dziwnego, skoro dopiero kończyła się zima. Przeskoczyła jeszcze kilka dachów poślizgnąwszy się kilka razy nawet dość groźnie, tak że ocaliły ją tylko wyjątkowo brzydkie, zaśniedziałe jakby, rynny o ząbkowanych brzegach dotkliwie raniących ręce. W dole dostrzegła postyliona, który właśnie dopadł ściganą. Musiała nie lepiej orientować się w mieście niż oni. Nigdy nie zdołaliby w takiej masie uliczek, w takim tłumie ludzi schwytać miejscowej. Mimo to dziewczyna do końca miała nadzieję na ucieczkę. Już dopadła niewielkiego murku między podwórkami i zamierzała się na niego w drapać, już składała dłoń by zasalutować sarkastycznie gończemu, gdy nagle młoda kobieta uzbrojona w halabardę wylądowała tuż za jej plecami.
    - Nie … tak szybko… młoda… damo
    Obca zmierzyła ja zaskoczonym spojrzeniem, po czym uśmiech znów wrócił jej na blade usteczka.
    - Świetnie – przemówiła – możecie mnie zamknąć

    OdpowiedzUsuń
  45. Tym razem to nieszczęśni ścigający mieli niezbyt mądre miny.
    - Wszystko mi jedno – powtórzyła kasztanowowłosa wyciągając przed siebie dłonie jakby poddawała się i sama prosiła o związanie – w więzieniu na pewno nie będzie mnie szukać.
    - Skoro chciałaś się poddać, to dlaczego uciekałaś? – zapytał Cassian.
    - Dla zasady – odparła wzruszając ramionami – zresztą miałam nadzieję wyrwać się z tej zapadłej dziury i definitywnie z łap tej jędzy
    - Słuchaj, masz na myśli tą straganiarkę? – dopytywała Wanda
    Schwytana roześmiała się szczerze rozbawiona.
    - Żartujesz? Mam na myśli królewską doradczynie. Te lochy to istny koszmar. Za dni króla miałam stałą posadkę na dworze, miałam stałą pensyjkę i względny spokój. A teraz… zróbcie ze mną, co chcecie tylko mnie nie odsyłajcie znów do pałacu. Zresztą nie wyglądacie mi na takich złośliwców
    Halabardniczka od dłuższej chwili przypatrywała jej się z rosnącym zainteresowaniem. Wreszcie przemówiła.
    - Nie chcesz może zarobić? Tak się składa, że właśnie zmierzamy do pałacu więc jeśli nas tam zaprowadzisz…
    Złodziejka, która widząc dość łagodny obrót sprawy zaczęła beztrosko gryźć jabłko omal nie udławiła się kolejnym kęsem.
    - O nie, mówiłam nie wracam tam! Możecie mnie zamknąć.
    - Pójdziesz z nami i tak – oświadczyła Wanda po chwili namysłu – albo pod przymusem, albo dobrowolnie, ale jeśli będziemy musieli cię tam zawlec to nie dostaniesz ani grosza.
    Jednocześnie wymownie przechyliła ostrze w stronę rozmówczyni.
    - Dobrze mówię Cassianie?
    Zapytała, by uzyskać jakieś wsparcie. Metoda „dwóch na jednego” była owszem nie honorowa, ale skuteczna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Przepraszam, że tyle to trwało, mam nadzieje ze jakość przynajmniej jakoś to zrekompensuje. Świetny miałeś pomysł z tą złodziejką]

      Usuń
  46. Po swej lewej zauwazyła ruch, ale nadal udawala ze nic nie widzi. Po drodze poprawiała odzienie i zawiazała w warkocz wlosdy odrzucajac go juz gotowego do tylu, gdy w koncu sie odezwal.
    Westchneła glucho przystajac. Ah, no tak.. chyba trzeba by bylo pomyslec o zmienie koloru wlosow. Moze uda sie znalezc odpowiedni barwnik?!
    Odwrocila sie nieznacznie i rzucila mu lekko protekcjonalne spojrzenie unoszac brew.
    - mam nadzieje, ze sie sami slyszycie wypowiadajac takie slowa. "Przechodzilem" tylko na zupelnym odludziu - prychnela - takie bajki to dzieciom mozna opowiadac a najblizsza wioska jest daleko stad z tego co sie orientuje. - wypalila tyrade na jednym wdechu - Jakbym miala zle zamiary to raczej bys nie zdazyl mrugnac okiem, bo bylbys juz trupem. Daleko mi do czarow. A moze to wy sie paracie magia? Hmm?

    OdpowiedzUsuń
  47. El Si nie zdążyła zareagować w żaden sposób. Kiedy pozwoliła sobie zachować spokój i dać ślepcowi podejść bliżej, dalej wszystko potoczyło się samo. Wyciągnął ku nim ręce - na szczęście nie miał broni, nie wyglądało to też raczej na to, że chciał rzucić jakiś czar - i chwycił. El Si poczuła na nadgarstku dotyk chłodnych palców i w tej samej chwili coś w jej umyśle przeskoczyło. Przestała widzieć drogę pomiędzy polami, na której stali. Zamiast tego zobaczyła kamienną ścianę, lekko już zielonkawą od upływu czasu, i stjącego pod nią mężczyznę z ogoloną głową. Człowiek ten był obnażony powyżej pasa, wokół bioder owinięty miał połyskujący materiał. Stał zwrócony tyłem, tak, że dziewczyna widziała jego plecy. Wizji towarzyszyło silne przekonanie, że ktoś przygląda się temu mężczyźnie, ktoś stojący mniej więcej tam, skąd patrzyła El Si.
    Wszystko skończyło się tak szybko, jak się zaczęło. Znów była na drodze. Ślepiec leżał nieruchomo przed nią i mężczyzną, który chciał dołączyć do jej poszukiwań.
    - On żyje, prawda? - spytała El Si nerwowo. To było pierwsze, o czym pomyślała, kiedy szok zaczął mijać. Pochyliła się nad leżącym, spróbowała odwrócić jego głowę. Musiał upaść przodem, twarzą do ziemi. Dziewczyna przesunęła go, odwracając częściowo na bok. Nie wywołała tym żadnej reakcji, mężczyzna był nadal nieprzytomny, ale widać było, że chociaż oddycha. Całe szczęście. Gdyby jeszcze mieli tu na drodze zwłoki, sytuacja zrobiłaby się nieprzyjemnie skomplikowana.

    ~El Si

    OdpowiedzUsuń
  48. -Który to powiedział? - Kazuya zaczął rozglądać się dookoła wymachując mieczami żeby przestraszyć ludność. Gdy ostrze prawie sięgało gardeł krzyczących ludzi wszyscy nagle odskoczyli bojąc się, że oberwą. Został tylko jeden, prawdopodobnie ten, który ma za długi język.
    -Jesteście obywatelami tego kraju! macie się podporządkować Cesarzowej.. Zrozumiano?! -krzyknął na cały głos aż większość ucichła.
    -A Ty? -wystawił rękę w której trzymał miecz. -jak śmiesz .. To oni mają się nas słuchać .. -odezwał się nonszalancko.

    OdpowiedzUsuń
  49. Widząc, jak sytuacja się pogarsza, El Si poszła za radą Cassiana. Włożyła do ust starca kawałek materiału oddartego pospiesznie z płaszcza. Próbowała też utrzymać mniej więcej nieruchomo jego głowę, co nie było łatwe. Obserwując poczynania Cassiana, zdała sobie sprawę, że coraz bardziej się denerwuje. Sama nie miała przy sobie nic. Mało znała się na ziołach i magicznych lekach, nigdy nie interesowało ją to, kiedy Rohan albo Magar prowadzili nad tym badania...
    Widząc, że w końcu coś zaczyna pomagać, usunęła starcowi materiał z ust i odchyliła jego głowę lekko do tyłu, by ułatwić oddychanie. Zauważyła, że Cassian sam wygląda coraz gorzej. Jeszcze tylko tego brakowało... Dwa trupy... Ładnie się zapowiadało od samego początku, nie ma co.
    Jednak w końcu się udało.
    - Słuchamy - powiedziała El Si z napięciem. Przez chwilę chciała unieść starca do pozycji siedzącej, z czego ostatecznie zrezygnowała. Idąc za przykładem Cassiana, także się pochyliła.

    OdpowiedzUsuń
  50. [Heloł heloł! Właśnie robię wywiad kto działa i kogo zapraszać :D Myśmy coś tam mieli ze wspólnym zleceniem robić, co nie? Jakaś wiedźma lub krąg zalęgły w ciemnych lasach? :D]

    Kainan

    OdpowiedzUsuń
  51. [Pewnie, chcesz się spotkać w konkretnym miejscu? :D]

    Kainan

    OdpowiedzUsuń
  52. El Si, widząc białe światło wypływające spomiędzy kamieni, odruchowo zaklęła pod nosem. Natychmiast ugryzła się w język. Nie chciała kalać pamięci zmarłego właśnie człowieka, po prostu sytuacja ją przerosła. Zamierzała tylko odnaleźć siostrę, upewnić się, że Magar jest cała i zdrowa, po czym możliwie po cichu i niepostrzeżenie wrócić do domu.
    -To się chyba nazywa znaleźć w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie - stwierdziła ponuro. Rozejrzała się uważnie po okolicy, zanim znów spojrzała w stronę Cassiana. Nie była pewna, czy nie zwrócili na siebie czyjejś uwagi, nawet, jeśli trakt wydawał się pusty.
    Podeszła bliżej do młodzieńca.
    - Ja i tak nie mam wyboru - powiedziała ponuro - Zmierzałam do tego miasta, muszę tam iść, żeby przekonać się, czy Magar nic się nie stało. Jeśli już tam będziemy, możemy spróbować się rozejrzeć.
    Nie podobało jej się to. Nawet bardzo. Ale z jakiegoś powodu czuła, że nie mogą odmówić prośbie czarodzieja, który skonał tuż przy nich. Może dlatego, żeby ta śmierć nie była daremna.
    Poprawiła na sobie płaszcz. Teraz nie starała się tak bardzo osłonić. Mając kogoś obok siebie, czuła się pewniej. Zauważyła, że kaptur zsunął jej się z głowy,prawdopodobnie wtedy, kiedy próbowali pomagać umierającemu czarodziejowi, ale już nie próbowała go zarzucać.
    - Naprawdę trzeba będzie się stąd zmywać. Jesteśmy na otwartej przestrzeni, doskonale widoczni. My dwoje, nie tutejsi, obok świeżego grobu. To jakbyśmy z własnej woli prosili się o kłopoty.
    Nie dodała już, że wejście do Karagaros jest takim samym proszeniem się o kłopoty, jeśli nie jeszcze większym.

    OdpowiedzUsuń
  53. - Niczego nie obiecuję – burknęła dziewczyna odrzucając do tyłu kasztanowe włosy. Była nadspodziewanie ładna mimo męskiego stroju i kompletnego braku manier. W zamyśleniu potarła nos, który w wyniku tego nerwowego ruchu nabrał barwy czerwonawej jak rumiane jabłuszko. Wreszcie wsunęła ręce do kieszeni luźnych spodni i kopnąwszy jakiś kamyczek podniosła wzrok na rozmówców. Wyglądała jak ktoś, komu zupełnie już na niczym nie zależy, choć jej spojrzenie wyraźnie wędrowało, co jakiś czas w stronę połyskującej owalnej szkatułki, której misterne zdobienia połyskiwały w słońcu. – Jaką mam gwarancje, że mnie nie oszukacie?
    Wanda przez chwilę stała oparta o drzewce halabardy, którą oparła niedbale o rozgrzany bruk. Obrzuciwszy spojrzeniem złodziejkę pokręciła głową z lekkim lekceważeniem.
    - Żadnej – odparła jakby po chwili namysłu – ale osoba w twoim położeniu zdaje się nie ma szczególnie wielu opcji: Albo pójdziesz z nami dobrowolnie, albo ja cię przymuszę, a na ucieczkę nie liczyłabym specjalnie. Lepiej żebyś wierzyła mi na słowo.
    Dziewczyna uśmiechnęła się kpiąco ocierając czoło zbyt szerokim mankietem lnianej koszuli. Z nieba naprawdę lał się żar i strzechy uboższych domków dzielnicy rybackiej parowały duchotą. Wreszcie dziewczyna wzruszyła ramionami.
    - Skoro tak sądzisz tym lepiej, bo ja nie zamierzam składać żadnych przysiąg posłuszeństwa. Mogę ostatecznie podprowadzić was kawałek do tej wioski, choć nie za darmo.
    - Za szkatułkę i święty spokój
    - I drobną nagrodę pieniężną
    - A ile jest wart twój marny żywot?
    - Spokój moje panie – rozdarł spokojnym stwierdzeniem gromadzące się nad nimi burzowe chmury Cassian. – tak do niczego nie dojdziemy

    OdpowiedzUsuń
  54. - Skoro o chodzeniu mowa, to może chodźmy już do Irysa, bo ta wdzięczna przekupka zaściska i zacałuje go na śmierć. A co do nagrody to zobaczymy, na razie możemy zaoferować wyżywienie. Ale ta rzecz powinna wrócić do właściciela – powiedziała wyciągając zza paska dziewczyny sakiewkę. Chciała odzyskać swoja zdobycz, ale Wanda znów powstrzymała ją włócznią.
    - Powinniśmy przespać się w mieście – stwierdziła dziewczyna patrząc w niebo. – Pustkowia Sabaudii najlepiej pokonywać z samego rana. Zresztą wyglądacie na zmęczonych.
    - Nie na tyle by w razie konieczności nie nauczyć cię moresu. – rzuciła zgryźliwie Wanda.
    - Ona zawsze taka miła, czy dla mnie specjalnie się tak stara? – zapytała nowa znajoma Cassiana. Ten jednak tylko wzruszył ramionami. Wspólnie ruszyliśmy na ratunek braciszkowi Wandy. Na szczęście miał ze sobą lutnię i za jej pomocą zdołał utrzymać kobietę na odpowiedni dystans. Wysłuchawszy kazania na temat swej nieudolności, iż mimo odzyskania skradzionej sakiewki nie zdołali zatrzymać winnej ruszyli już we czwórkę do karczmy pod Północną Gwiazdą.
    - Kompletnie nie rozumie, dlaczego wam pomagam – w tym momencie Casian wymownie przeciągnął palcem po leżącej przed nim szkatułce, a dziewczyna westchnąwszy cicho pokręciła głową – więc skoro już się na to zgodziłam doradzę wam co zrobić żeby pożyć nieco dłużej, choć wyglądacie mi na nieuleczalnie chorych na głupotę.
    Pogryzając nogę z kurczaka pochyliła się nad mapą.
    - Może, by tak trochę szacunku – mruknęła Wanda odsuwając od niej pożółkły skrawek papieru.
    - Dobra paniusiu, to mam wam pomóc czy nie.
    Zmuszona ustąpić oddała plan nowopoznanej.
    - Nie jestem pewna, bo autora poniosła nieco fantazja – zastanawiała się nagłos, a rumiana skórka kurczaka zwisała jej spomiędzy warg, a po podbródku kapał tłuszcz. – to chyba jest góra Foghorn, a to jezioro Maselton. Czyli wioska to Jorvik. A ten domek to… - zamilkła na chwilę i trwała wpatrzona w skrawek papieru jak w jakąś mistyczną wizję.
    - No i ? – zapytała Wanda zniecierpliwiona
    - To mój dom – szepnęła ledwie dosłyszalnie niedoszła złodziejka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Przepraszam ze tak mało odkrywcze, ale przynajmniej kończy się jakimś skromnym zwrotem akcji ;) Mam nadzieję ze ci się spodoba skoro musiałeś tyle czekać]

      Usuń
  55. Przykucnął na grubej gałęzi drzewa znajdującego się na uboczu wydarzeń. Mgła osnuwała całą roślinność, jak i dwie postacie znajdujące się na terenie. Nie miał problemów z dostrzeżeniem, iż w dziwnym położeniu znajduje się przybysz spoza wyspy, zresztą widywał ostatnio kilku, choć nie wszystkich żywych.
    Zeskoczył z drzewa i stanął pomiędzy zwierzęciem, a człowiekiem opierającym się o korę drzewa. Wyciągnął dłoń zbliżając się do głowy konia, po czym pogładził go po pysku próbując uspokoić. Wyszeptał coś, w obcym języku, a zwierz zarżał niespokojnie, prychnął i pobiegł w kierunku z którego przybył. Wszystko wyglądało, jakby było tylko dziwnym omamem.
    Mgła snuła się wokół nóg, wijąc się co raz wyżej, otulała krzewy i drzewa, pnąc się ku ich koronom.
    – Wyczuwają niepokój, ale są nie groźne. – Były to pierwsze słowa, jakie wypowiedział Fobos w zrozumiałym dla większości mieszkańców Eleseyi języku.
    Odwrócił się w stronę mężczyzny, próbując dostrzec coś co mogłoby stanowić zagrożenie, bądź też jego brak.
    – To miejsce nie jest bezpieczne – dodał pośpiesznie, wiedząc, że mgła za chwilę całkowicie zagarnie ten teren dla siebie, a wyczuwalny niepokój mógł sugerować, że nie pozwoli, by ktoś jej w tym przeszkodził.
    Kilkanaście metrów od nich mgła zgęstniała. Pozostało niewiele czasu.
    – We wschodniej części powinno być bezpieczniej.

    Fobos
    /Chyba w końcu powoli wracam do żywych/

    OdpowiedzUsuń
  56. W półmroku oberży łysnęło stalowe ostrze halabardy wzniesionej jak chorągiew nad ogólnym bezładem. Być może w innych okolicznościach Wanda zachowałaby resztki zdrowego rozsądku, ale cała sytuacja, w której przy absolutnym braku odpowiedzi wciąż mnożyła się liczba niewiadomych. Fakt, iż teraz ośmielono się ich zaatakować w tak bandycki sposób tylko bardziej ją rozsierdził. Odbiła lecącą w jej stronę strzałę płaskim ostrzem i nie zważając na Irysa, który starał się za wszelką cenę ściągnąć ją za rękaw do kryjówki za obaloną ławą, którą chwilowo wykorzystano, jako barykadę, zawołała pełnym głosem.
    - Moi państwo proszę o spokój!
    - Wszyscy tu zginiemy! - wykrzyknął mężczyzna szukający schronienia pod ścianą.
    - Nikt nie będzie tu ginął! – odpowiedziała unosząc uspokajająco dłonie.
    Jakiś pijaczek zataczając się podszedł do baru cudem unikając ostrzy, które przemknąwszy tuż nad jego głową utknęły w ścianie.
    - Pani kochana – wysapał do skulonej za ladą karczmarki – to ja poproszę jeszcze strzemiennego. Kolejne strzały pomknęły w jego kierunku, ale akurat zmorzony alkoholem legł na blacie.
    - Dość tego – powiedziała stanowczo Wanda, Schyliła się i podniosła jedną ze strzał. Dopadła dziewczyny starającej się chyłkiem opuścić pomieszczenie. – Co tu się dzieje!?
    Wrzasnęła jej niemal wprost do ucha ściskając za kołnierz przyciskając jednocześnie umiejętnie grot do jej odsłoniętej szyi. Zapewne nie byłaby w stanie wykrzesać z siebie mocy do tak żelaznego uścisku, gdyby nie to, że jacyś bandyci zagrażali jej przyjacielowi i młodzieńcowi, któremu bądź, co bądź postanowiła ocalić życie. Teraz, więc więźniarka szamotała się zupełnie bezskutecznie.
    - Nie twoja sprawa – parsknęła.
    - Teraz już moja – wysyczała – a jeśli nie powiesz mi, co tu się dzieje, to przerwę to w inny sposób. Na przykład zaprowadzę cię do tamtych ludzi, a może będą bardziej rozmowni.
    - Zabiją cię i tyle na tym zyskasz
    - Zawsze mogą próbować – odparła zasłaniając się od kolejnej strzały. – nawet teraz.
    Znów odskoczyła wraz z El. Dziewczyna zmrużyła oczy i uśmiechnęła się chytrze.
    - Czy twój przyjaciel wie, że jesteś wiedźmą
    - Nie jestem, Jestem w…, nieważne – odparła, jakby nadal pod wrażeniem tego, co usłyszała. – Padnij ! – krzyknęła popychając przeciwniczkę za barykadę. Sama także oparła się plecami o blat starając się wyrównać oddech. Męczył ją ten nieprzerwany ostrzał. Ilu musiało ich być, by bez przerwy szyć do nich z łuków? Zastanawiając się nad tym mocniej ścisnęła broń, aż zbielały jej kłykcie. Jednocześnie zmrużyła oczy. Nagle skuliła się czując ból w klatce piersiowej.
    - Jeszcze tego brakowało mruknęła do siebie.
    W wizji dojrzała człowieka z twarzą zakrytą chustką, który wrzuca coś dymiącego do ich kryjówki. Gdy wróciła do rzeczywistości drzwi otworzyły się. Natychmiast uniosła dłoń do ust zasłaniając jednocześnie nos przed szkodliwym oparem.
    - Zatkać nosy! – wykrzyknęła, ale było za późno. Z wrzuconego pojemniczka dobywać się zaczęły opary usypiające, a przez drzwi napływali coraz to nowe zbiry. Starała się osłaniać nieprzytomnych przyjaciół, ale niestety przeciwników było zbyt wiele i nawet z jej mocą ciężko było jej uprzedzać ich ruchy. Wreszcie ktoś zaszedł ją od tyłu i gwałtownie wygiął jej ręce do tyłu. Gwałtownie zachłysnęła się zatrutym powietrzem opadając bezwładnie w ramiona wrogów.

    OdpowiedzUsuń
  57. W miarę jak się zbliżali, El Si mogła dostrzec coraz więcej szczegółów. W miejscu, gdzie drzewa rosły nieco rzadziej, rozpalono wielkie ognisko. Płomienie strzelały z wielkiej sterty chrustu i gałęzi na ponad półtora metra. Wokół siedziały ze skrzyżowanymi nogami trzy smukłe kobiety o długich czarnych włosach. Ich długie białe szaty z cienkiego, częściowo prześwitującego materiału opinały ich ciała i przylegały do skóry, jakby były mokre. Widząc, że Cassian i El Si się zbliżają, jedna z nich przerwała śpiew i uniosła głowę ku idącym. Miała całe czarne oczy, bez białek i źrenic. Kiedy otworzyła usta, żeby rzucić słowa powitania, El Si zobaczyła w jej ustach wąskie ostre zęby. Nie tylko kły jak u wampira, zresztą żadna z trzech postaci przy ogniu na wampirzycę nie wyglądała, ich skóra była raczej ciemna, o oliwkowym odcieniu.
    - Śmiało, ludożercami nie jesteśmy - powiedziała druga z kobiet o czarnych oczach. Pozostałe zachichotały.
    Obok ognia na rozłożonych świeżych liściach leżało pocięte na kawałki mięso. Jedna z kobiet chwyciła kawałek i położyła na leżącym obok ognia kamieniu. El Si zauważyła, że smukłe palce tamtej zakończone są szponami.
    Spojrzała pytająco na Cassiana. Chyba nic im nie groziło.

    [Mam nadzieję, że nie jest źle. Jakoś tak miałam w głowie taki obraz, bardzo dokładny.]

    OdpowiedzUsuń
  58. To wszystko działo się niesamowicie szybko. W jednej chwili mieli usiąść obok ognia z tymi wiedźmami, w drugiej już błyskały ostrza noży.
    El Si nie była pewna, co zaskoczyło ją bardziej. To, że wiedźmy bez powodu zapragnęły ich zabić, czy ten nieoczekiwany rozłam w ich szeregach.
    Dziewczyna obrzuciła szybkim spojrzeniem polanę. Po jednej stronie ogniska, po jej lewej stronie, Synthia trzymała nóż przy gardle swojej byłej towarzyszki. Czy dałoby radę odebrać Filemonie jej nóż? Raczej nie, kiedy obie wiedźmy były bacznie obserwowane przez trzecią, mocno trzymająca Cassiana przy ziemi. Jeden fałszywy ruch i ta upiorna czarnooka kreatura naprawdę go udusi.
    El Si ostrożnie zakradła się za plecy Rielii, splecionej z Cassianem w śmiertelnym uścisku. Wysunęła do przodu ogon, końcówką zbliżając go do ramion wiedźmy. Z czubka powoli zaczął wysuwać się częściowo przejrzysty biały kolec, jakby kieł albo szpon. Wbiła go, na razie płytko, w kark Rielii. Nie miała pojęcia, czy to podziała w tym przypadku, nie była pewna, z kim właściwie mieli do czynienia. Musiała mieć nadzieję, że Rielia zacznie słabnąć. Nie zamierzała jej zabijać, przynajmniej jeszcze nie teraz. Na razie ledwie ją drasnęła, tyle, żeby wywołać zwiotczenie, dawka jadu nie powinna być śmiertelna.
    - Puść go - syknęła El Si, nachylając się nad leżącymi - Bo zaraz wbiję żądło głębiej.
    Nie zdziwiłaby się, gdyby nieoczekiwanie Cassian zdołał się uwolnić od słabnącej wiedźmy i zrzucić ją z siebie. Jeżeli oczywiście jad na nią zadziałał...

    OdpowiedzUsuń
  59. Obudził ją promieniujący ból w okolicy serca rozchodzący się wraz z falami zimna przenikającymi przez delikatny, wilgotny materiał koszuli okrywającej jej plecy. Cieszyła się, że przy schodzeniu na ląd zdecydowali się obejść ogólnie przyjęte konwenanse i mogła pokazać się w męskim stroju, a przez to stawiać skuteczniejszy opór wrogom. Najwidoczniej jednak nawet to tym razem nie wystarczyło. Wkrótce rwaniu w klatce piersiowej zawtórowały wszystkie inne zesztywniałe mięśnie domagające się jej uwagi. Uchyliła powiek i z trudem powstrzymała mdłości, gdy oślepiło ją światło z kamiennego ażurowego okna znajdującego się naprzeciwko niej. Krzywiąc się i starając jednocześnie wyrównać rwący się oddech podniosła głowę. Pierwszy odruch kazał jej rozmasować zbuntowany kark, który obolały po dość długim bezruchu nie pozwalał jej nawet na prosty obrót głowy, jednak kojące dotknięcie dłoni powstrzymane zostało przez ciężkie łańcuchy krępujące jej nadgarstki i dzwoniące nieznośnie przy każdym poruszeniu. Kolejny raz w tym dniu stłumiła nudności. Poczuła się jakby wokół głowa zaciskała jej się jakaś żelazna obręcz. Co się ze mną dzieje? – przemknęło jej przez zbolały umysł. Następna myśl nie wiele różniła się od pierwszej: Co oni mi zrobili? Wstrząsnęła delikatnie głową starając się odgarnąć ze zmęczonych oczu posklejane włosy. Zaczęła czynić niejakie wysiłki, by określić, gdzie jest. Figlarne cienie przesuwały się pomiędzy rzeźbionymi kolumnami i ślizgały się po marmurowej posadzce wykładanej w czarnobiałe kwadraty. Ściany za sobą nie mogła dojrzeć jednak czuła jej śliskość i bijący od niej chłód. Szarpnęła swoje więzy wciąż łudząc się, że nie są dość mocno przymocowane. Gdy znów rozluźniła mięśnie omal nie opadła na kolana, ale łańcuchy spełniły perfekcyjnie swe zadanie utrzymując ją w powietrzu jak bezwładny worek ziemniaków. Zacisnęła zęby i wydała z siebie dźwięk przypominający warknięcie i jeszcze raz naprężyła się jakby miała nadzieję wreszcie się wyrwać z pęt. Może i dobrze, że nie puściły, bo niechybnie wylądowałaby twarzą na pięknym kamiennym podłożu. Starała się przez jakiś czas wysunąć dłonie z okowów, ale kciuk ciągle jej w tym przeszkadzał, a nie uznawała za sensowne łamania go, bo nie mogłaby wówczas utrzymać broni.
    - Dzielnie sobie poczynamy – usłyszała nad sobą nieznany głos. Odruchowo uniosła głowę do góry, czego zaraz pożałowała czując powrót nieznośnych zawrotów głowy i mdłości. Wysilając wzrok dojrzała wielobarwny sufit i wąską galeryjkę, po której majestatycznie przesuwała się sylwetka jak jej się zdawało tego, który ją tu uwięził. Postarała się opanować i odpowiedziała stanowczo:
    - Trzeba sobie jakoś radzić

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odpowiedziała jej chichot, w którym miała wrażenie, że mieszają się ze sobą wyrachowanie geniusza z jego zupełnym obłąkaniem.
      - Ohoho, panienka to chyba nie ma z tym problemów sądząc po tym jak poradziła sobie z moimi łucznikami.
      - Jeśli jaśnie pan przyszedł tu prawić mi komplementy to niepotrzebnie się fatygował można było sprawę załatwić listownie i nie widzę powodu, by w tym celu przykuwać mnie do ściany
      Czuła w sobie tę straceńczą odwagę, gdy człowiekowi jest już właściwie wszystko jedno, co z nim będzie dalej. Wiedziała po za tym z doświadczenia, iż wytrącony z równowagi przeciwnik mówi zwykle więcej niż zamierzał. Ten konkretny przypadek nadal jednak zachowywał kamienną twarz, a raczej głos, gdyż z tej odległości nie dostrzegała jego ukrytego w cieniu oblicza.
      - Jak się pewnie domyślasz nie po to tu przybyłem
      - Zatem czego ode mnie chcesz. Niczego nie możesz oczekiwać dopóki więzisz tu mnie i moich przyjaciół.
      - Doprawdy?
      Poczuła dreszcz, jaki przebiegł ją pod wpływem tego tonu, w którym pobrzmiewała groźba i to z tego rodzaju pogróżek, których spełnienia nie odwleka się w czasie. Jak na komendę w odpowiedzi na jej obawy drzwi, których nie zauważyła podczas pobieżnych oględzin miejsca swego przebywania otwarły się i wpuściły do wnętrza tłustego żołnierza, który w pobrzękującej zbroi podszedł do środka sali i położył na ziemi sporej wielkości klatkę zasnutą ciemną tkaniną. Coś wyraźnie poruszało się niespokojnie we wnętrzu. Mężczyzna wyszczerzył się w przetykanym złotem szczerbatym uśmiechu.
      - To sobie zaraz potańczycie.
      - Mylisz się, jeśli sądzisz, że będę tańczyć jak mi zagrają. Urodziłam się wolna!
      - To się jeszcze okaże – odparł. Pstryknął palcami i w dół pomknął niewielki przedmiot przypominający monetę. Okazało się jednak, iż była to połówka okrągłego wisiora ze smokiem. Wanda szarpnęła się z całej siły tym bardziej, że przed nią ukazała się klatka, w której podskakiwał mały jadowity smok. Prawda dotarła do niej z gwałtownością porażenia piorunem. On chce ze mnie zrobić drakona! Bezmyślnego sługę, którego więzi moc medalionu! Wiedziała, że musi tylko unikać ciosów. Tylko i aż.
      - Może byś mnie choć rozkuł?! – zawołała, ale jej apel pozostał bez odpowiedzi.

      [mam nadzieję ze ci się spodobało, a jakbyś nie miał wolnej chwili na ratowanie damy w opałach to mam plan B]

      Usuń
  60. El Si potrząsnęła głową. Macki wokół jej głowy wiły się, jakby obdarzone były własnym życiem.
    - Jeśli liczysz na magię, to muszę cię rozczarować - odkrzyknęła - Tego akurat ojczulek Mithrandir mi poskąpił!
    Sięgnęła ręką do sztyletu. Płaszcz teraz aż nadto krępował jej ruchy, dlatego odrzuciła go niecierpliwym gestem. Wiatr natychmiast porwał materiał i przeniósł go parę metrów w tył. Płaszcz zatrzymał się na pniu jakiegoś drzewa.
    Dziewczyna odwróciła się do Filemony, powoli ruszyła w jej stronę. Bezwiednie uderzała ogonem na boki, w którymś momencie roztrąciła trochę żarzącego się próchna z ogniska. Na ściółkę i ziemię posypały się iskry. Blask ognia odbijał się w ostrzu długiego sztyletu. Czasami najprostsze sposoby bywały najskuteczniejsze i miały najwięcej sensu.
    - Poddaj się - powiedziała do wiedźmy - Opór nie ma sensu. Mamy przewagę.
    Powoli zbliżała ostrze do jej twarzy i szyi.

    OdpowiedzUsuń
  61. Sługus chichocąc pod nosem bez wdzięku, ale z demonicznym zapałem uniósł pokrywę klatki przytrzymując smoka za pomocą sporego drąga, tak by nie zaatakował i jego. Nic dziwnego – przemknęło przez myśl Wandzie – na takiego to i jadu szkoda, nie wspominając nawet o tym, że biedne zwierzątko mogłoby się otruć. Owa niewinna istota, jak się wnet okazało, wykazywać miała niezdrowe zainteresowanie jej stopami, na które rzucił się bez ostrzeżenia. Kolejny raz przyciskając kolczasty łeb do ziemi podziękowała bogom, iż zdecydowała się odziać na pierwszy dzień w nowym miejscu w tradycyjny Lanthaviański strój. Wysokie buty stworzone do przemierzania niedostępnych gór i moczarów świetnie chroniły te ż przed ugryzieniami gada. Smok zaskoczony tęgim oporem stawianym przez ofiarę w pierwszym momencie pisnął i odskoczył wstrząsając głową. Łuski na jego głowie zazgrzytały głucho, a echo tego upiornego dźwięku odbijając się od kamiennych ścian zadudniło w długim holu. Doskonale zdawał sobie sprawę jak beznadziejna jest jej sytuacja, ale nie zamierzała się poddać. Stworzenie skuliło się szykując do kolejnego skoku. Machnięciem ogona dało sobie znak, jak sędzia chorągiewką na wyścigu i wystrzeliło w powietrze szykując się do zagłębienia pazurów w miękkie ciało. Tym razem ratunek przyniósł jej szybki unik. Gdy bestia zaczęła się ześlizgiwać nadaremnie szukając oparcia w załomach muru dodatkowo szturchnęła go z całej siły bokiem zbrojnym skurzanym pasem wzmacnianym specjalnymi metalowymi blaszkami. Potwór zawył, a z jego nozdrzy wraz z uchodzącą łagodnością dobyły się siwo-zielonkawe obłoczki pary. Tym razem mierzył wyraźnie w jej pierś osłoniętą jedynie delikatną tkaniną koszuli. Tym razem nie miała prawa uniknąć ciosu. Zaczęła oddychać szybciej i desperacko szarpać więzy zmuszające ją do stania w tak otwartej i bezbronnej pozycji. Jej przeciwnik musiał to wyczuć, bo przedefilował przed nią kilka razy wbijając w nią przenikliwe spojrzenie złotych oczu. Wpadające przez okno promienie słońca znaczyły jego ciemnozielone łuski liszajami połyskliwej żółci. Zakończony strzałką ogon pełzał po posadzce, a nieco zbyt duża głowa chwiała się dumnie na komicznie cienkiej szyi. Więc tak ma wyglądać moja śmierć – pomyślała pewna, że życie w niewoli bardziej podobne jest rzeczywistości pogrobowej niż pełen przygód egzystencji wychowanicy króla. Stłumiła łzy cisnące się do oczu i mimowolnie zacisnęła powieki widząc przed sobą niewielki, chyży kształt szybujący nieco ponad ziemią. Do rzeczywistości przywrócił ją głośny krzyk puchacza. Otworzyła gwałtownie oczy i ujrzała przed sobą postać odzianą w ciemny strój pokryty gruba warstwą zbrązowiałych liści i piór. Następne, co zwróciło jej uwagę to brzęk tłuczonego szkła, gdy przez szybę do pomieszczenia wleciał nietoperz obarczony drogocennym ciężarem jej halabardy. Nadal jednak nie do końca dochodziło do niej to, co działo się wokół. Tajemniczy obrońca odwrócił się w jej kierunku i natychmiast dostrzegła bujną brodę i krzaczaste brwi, zielone oczy przypominające jej leśne stawy, jakie widywała w dzieciństwie w leśnych ostępach zdawały się błyskać żartobliwie i groźnie zarazem, a szerokie i silne mimo zgarbionej starczej sylwetki ramiona okrywał płaszcz z ptasich piór, tak że nawet w ludzkiej postaci jego właściciel w znacznym stopniu przypominał puchacza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wanda wstrzymała oddech powstrzymując napływające do oczu łzy ulgi i wzruszenia. To naprawdę ty – chciała krzyczeć, ale głos uwiązł jej w gardle. Potężna istota zerknęła na nią i uśmiechnęła się ukazując lekko pożółkłe zęby, po czym przybrawszy kształt ulubionego ptaka zniknęła w oparach mgły, lecz nim ktokolwiek zorientował się, co się stało, a przede wszystkim pewien złośliwy gad, wąskie i wysokie witrażowe okno rozprysło się w miliardy drobniutkich kawałeczków migocących jak drobinki gwiazd rozsypując się na ciemną i zimną podłogę. Na tle tej błękitnej kolorem niebios wyrwy ukazał się ciemny kształt nietoperza dźwigającego długą halabardę. Gdyby nie krępujące ją więzy podskoczyłaby z radości. Błyskawicznie chwyciła broń w rękę i przecięła łańcuch przytrzymujące ją przy ścianie. Z furia natarła na smoka. Tym czasem mężczyzna w galeryjce wszczął prawdziwy alarm i do pomieszczenia jak wzburzone fale wdzierać się zaczęli żołnierze. W pewnym momencie cofnęła się i potknąwszy upadła na szybę, która oczywiście nie utrzymała jej ciężaru i rozbiła się pozwalając jej wypaść na zewnątrz. Na swoje szczęście zaczepiła się halabardą o parapet. Jej wrogowie jednak łatwo mogli pozbawić ją i tego punktu oparcia musiała, więc szybko coś wymyśleć. Ostatecznie chwyciła się jakiejś liny biegnącej między jednym a drugim murem i owinąwszy ją paskiem zjechała na drugą stronę. Miała tylko nadzieję, że jej przyjaciele mieli nie mniej szczęścia.

      Usuń
  62. Wanda stała na krawędzi muru, z którego zębatych brzegów spływały kaskady rudego bluszczu, Za sobą miała monumentalną bryłę zamczyska, będącego jeszcze chwilę temu jej więzieniem, teraz zaś wpatrzonego w nią pustym oczodołem rozbitego witrażu, gdzie w ząbkowanych krawędziach szklanych odłamków, tak jak i w gładkim metalu jej halabardy, odbijały się promienie wschodzącego słońca. Musieli, zatem spędzić w podziemiach przynajmniej jedną noc. Niepewna, jak powinna dalej postąpić, zerknęła na przypominający fosę dziedziniec, by zorientować się w stanie pościgu. Jakież było jej zdumienie, gdy oprócz wyślizganego stopami wielu więźniów, żołnierzy i przypadkowych przechodni bruku i wysokich ścian przypominających powszechnie tu występujące strome nadmorskie klify nie ujrzała niczego wartego uwagi. Na policzku poczuła uderzenie chłodnego powietrza wywołane trzepotem skrzydeł jej nietoperza. Zmarszczyła brwi i opierając się na kolanie zajrzała w otwierająca się u jej stóp przepaść. Musi tam wrócić. Brak zainteresowania jej zniknięciem, mógł oznaczać jedynie to, iż pańskie ogary trafiły na coś bardziej interesującego i niecierpiącego zwłoki, a biorąc pod uwagę wybitny talent jej przyjaciół do pakowania się w kłopoty, to niemal pewnym było, iż to oni są sprawcami tego zamieszania, które tak pochłonęło załogę zamku. Westchnęła i zacisnęła dłonie w pieści. Natychmiast z pleców przez materiał koszuli przebiły się potężne nietoperzowate skrzydła. Nienawidziła ich, ale czasami musiała przyznać ze się przydają, szczególnie, gdy zdawała sobie sprawę, że nie ma czasu, by skorzystać ze schodów. Czekała ja ciężka przeprawa, ponieważ wiedziała, jak zaciekli potrafią być ludzie, którym na czymś bardzo zależy, a tym bardziej ich słudzy, którzy każdy błąd mogą przypłacić życiem, gdyby doprowadził do utraty obiektu ich marzeń.
    - Rufus polecisz przodem i sprawdzisz prawe skrzydło podziemi, a ja spróbuje w lewym skrzydle. Jak ich znajdziesz to spotkamy się w tamtej stajni – Nakazała rzeczowo i pewnie zeskoczyła z wąskiej półki. Pęd powietrza wydął błony jej skrzydeł, gdy delikatnie spadała w dół. Już niemal dotykała ziemi, gdy potężne uderzenie energii zachwiało nią i pchnęło na mur. Z trudem wyrównała lot i zamiast miękko wylądować uderzyła z całym impetem kolanem i kośćmi palców ściskających halabardę o ziemię. Zacisnęła zęby, by powstrzymać wyrywający się jej z ust jęk bólu. Powoli wstała, krzywiąc się nieznacznie. Jak już znajdzie te sieroty to będą musieli złożyć się dla niej na nową koszulę i jakąś maź przeciwbólową, która i tak przyda się na te wszystkie nadwyrężone kajdanami mięśnie. Nietoperz musiał wybrać inną drogę, bo już znikł w czeluściach monumentalnej budowli, młoda kobieta tymczasem pewnym krokiem, bacznie rozglądając się wokoło podeszła do bramy i pchnęła odrzwia, które natychmiast ustąpiły ze zgrzytem. Wewnątrz oprócz wirujących w słonecznym poblasku wszędobylskich drobinek kurzu panował zupełny bezruch i cisza. Napawało ją to jeszcze większym niepokojem. W powietrzu unosiła się woń stęchlizny, której źródłem mogły być wiszące dookoła starodawne gobeliny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie miała czasu, by kontemplować ich piękno, choć przepadała za sztuką tego typu. Jej droga wiodła jednak w rejony zdecydowanie mniej przyjemne niż utkane z wielobarwnych nici rajskie łąki usiane strzępiastymi liśćmi paproci i zmiętymi płatkami kwiatów. Westchnęła cicho i ruszyła w kierunku śliskich omszałych schodów, chwytając w dłoń pochodnię oświetlającą kamienne ściany mdłym poblaskiem. Musiała bardzo ostrożnie i rozważnie stawiać kroki, bo każdy nieprzemyślany ruch groził osunięciem się po pokrytych liszajami pleśni kamieniach, aż na samo dno pieczary uznawanej tu najwidoczniej za lochy. Wreszcie stanęła w obszernej sali, której brylaste sklepienie przypominało swa nieregularną strukturą raczej sufit jakiejś jamy niż wnętrze zamieszkane przez ludzi. Z głównej komory w trzech kierunkach odchodziły ciemne korytarze spełniające funkcję ukrytych wnętrzności twierdzy, gdzie trafiały jednostki nie potrzebne, czy zgoła niebezpieczne dla świata zewnętrznego. W czeluściach więzienia można było w końcu zrobić z nimi te wszystkie nieestetyczne rzeczy, których wstydziłaby się oglądać jasna twarz Solarisa. Wanda stała chwilę czując narastający w sercu niepokój. Zmrużyła oczy i zdało jej się, że już widzi dwa nagrobki poświęcone pamięci jej przyjaciół, a jednak spodziewała się, że w znacznym stopniu jest to wytwór jej wyobraźni. Nie wiedziała, którą drogę wybrać, ale podpowiedź przybyła z najmniej oczekiwanej strony. Nagle, bowiem z jednego z tuneli wysypywać się zaczęły, jak chordy mrówek, grupy żołnierzy w stanie bliskim krytycznego, broczący krwią, z naderwanymi kończynami, na pół ślepi. Lekceważąc wszelkie wskazania rozumu pobiegła w przeciwnym kierunku przepychając przez tą inwalidzką rzeszę. Wreszcie udało jej się przebić przez prąd tej ludzkiej rzeki, ale na jej drodze znalazło się całe zwalisko trupów. Z rezygnacją zgasiła pochodnię i przerzuciła ją na drugą stronę, po czym z użyciem halabardy przesadziła makabryczny stos lądując na swe nieszczęście w potężnej kałuży krwi.
      - Teraz wiszą mi także spodnie
      Mruknęła zdegustowana ocierając dłoń o nogawkę, podczas gdy drugą starała się namacać pochodnię. Nim jednak dobyła zza cholewy krzesiwa, które zawsze przechowywała tam na czarną godzinę zdała sobie sprawę, że na wprost siebie słyszy przyspieszony oddech jeszcze jednej osoby. Wstrzymała powietrze, by upewnić się, że nie jest to wywołane echem złudzenie. Teraz jednak udało jej się usłyszeć także chwiejne kroki. Najwidoczniej gość nie był na tyle inteligentny by zabrać pochodnię, lub też zgasił ją czy to celowo, czy przypadkiem i teraz starał się namacać drogę wodząc na oślep palcami po zimnych ścianach. Nie wyglądał na doświadczonego włamywacza i prawdopodobnie Lanthavianka zaprawiona w leśnych łowach zdołałaby bez trudu ominąć go tak by jej nie usłyszał coś kazało jej jednak dowiedzieć się, kim jest tajemniczy gość podziemi.
      - Kim jesteś? – warknęła wyciągając przed siebie halabardę. Jej nagłe poruszenie się, jak i dźwięk ludzkiego wprawiły go w takie zmieszanie, że odpowiedziało jej jedynie głuche plaśnięcie ciała uderzającego o śliską, zachlapaną osoczem podłogę. Następnie uszu jej dobiegł kaszel spowodowany prawdopodobnie nagłym wypuszczeniem powietrza spowodowanym niespodziewanym zetknięciem z posadzką.

      Usuń
    2. - Wstawaj i mów, kim jesteś! – nie ustępowała, jednocześnie wydobyła krzesiwo, by zapalić ją w razie gdyby rozmówca zapomniał z wrażenia języka w gębie i trzeba było dedukować z jego wyglądu.
      - Ja… ja jestem królewskim medykiem
      Prychnęła tłumionym śmiechem i kucnęła ściskając kolanami pochodnię.
      - Tym tutaj nie bardzo się już przydasz
      - Nie twoja sprawa… jestem tu w celach badawczych i…
      W ciemnościach błysnął snop iskier i po chwili egipskie ciemności oświecił łagodny blask chwiejnego płomyka. Mężczyzna, z którym rozmawiała okazał się młodzieńcem odzianym w ciemne szaty z monoklem na prawym oku. Pod pachą ściskał niewielką teczuszkę i wpatrywał się w nią z głupią miną.
      - A panienka to…
      - Nie powinno cię to specjalnie interesować, wypełniam rozkazy tak jak ty
      - Doprawdy? – zapytał chytrze zacierając ręce
      - Skąd zatem ten strój?
      - Właśnie wróciłam z trudnej misji i od razu zostałam skierowana tutaj, a jak inaczej mogłabym wyglądać po kilkunastu minutach przedzierania się przez stosy trupów
      Młodzieniec zaśmiał się cicho z wyraźnym lekceważeniem.
      - Musisz na przyszłość trafniej obserwować młoda damo, gdybyś naprawdę pracowała dla naszego władcy wiedziałabyś, że nie mógł tu wysłać ani mnie, ani ciebie. Ludzie dla niego to materiał jednokrotnego użytku
      - Zatem co tutaj robisz? – mruknęła nie zbyt zachwycona przenikliwością wroga.
      - Powiedzmy, że mam szersze zainteresowania niż monarsza biegunka i tajemniczy wybuch w podziemiach jest dla mnie czymś wartym zachodu.
      - Wybuch? Więc gdzie mówisz on nastąpił? – spróbowała zapytać bez zainteresowania.
      Uśmiechnął się pod nosem i wskazał celę parę metrów przed nimi.
      - Słabo panienka udaje
      - A pan nie ma nic do roboty?
      - Mogę pójść i donieść na panienkę, ostatecznie.
      - Nie boi się pan klątwy? – zapytała prostując nietoperzowate skrzydła.
      - Skrzydła?! Z czego one są zrobione
      - Nie dotykaj – wrzasnęła przykładając mu do gardła halabardę. - Idź naprzód i nie oglądaj się, bo ci to wsadzę w plecy. Naprzód!
      Wzruszył ramionami i oboje ruszyli naprzód. Stanęli wreszcie w progu. Oczywiście wewnątrz panowały takież same ciemności jak na korytarzu. Wanda pchnęła swego jeńca naprzód tak, że omal się nie przewrócił. Po ścianach przepłynął odblask płomienia pochodni. Padł on także na posadzkę zasłaną stosami trupów i zatrzymał się dłużej na postaci pochylającej się nad kimś z leżących.
      - Merkury? – zabrzmiał jej głos zwielokrotniony przez dudnienie pustej przestrzeni.
      Złodziejaszek skoczył na równe nogi natychmiast zwracając się w jej stronę.
      - Wanda! Jak dobrze cię widzieć! A kto jest z tobą?
      - Państwo pozwolą, że się przedstawię Meander królewski medyk i myślę, że mógłbym wam pomóc
      - Nie sądzę – powiedział Merkury.
      - Można wiedzieć, dlaczego? Wy potrzebujecie pomocy, a ja mogę jej wam udzielić
      - Powiedzmy, że stoimy po przeciwnych stronach barykady i nie bardzo ci ufamy - rzekł przyjaciel Wandy.
      - No tak nawet mysz, co przyszła z wrogiego domu może być brana w razie zagrożenia życia za szpiega
      - Jesteś nieco większy niż mysz – wtrąciła się kobieta.
      - Kwestia perspektywy, ale biorąc pod uwagę, że wasi przyjaciele za chwilę się wykrwawią, bo krew leci z nich jak woda przez sito, to za długo nie pociągną.
      - Dobra – warknęła halabardniczka - ale jeśli jakoś im zaszkodzisz, to i sobie.
      Groźnie machnęła halabardą.
      Zmarszczył brwi i podszedł do rannych.
      - Poświeć mi – rozkazał ciągnąc ją lekko za rękę, w której trzymała pochodnię.
      - Czemu właściwie nam pomagasz – zapytała.
      - Mam w tym swój interes, powiedzmy, że między mną a królem zachodzi pewna różnica zdań i to nie tylko w kwestii ochrony życia ludzkiego i… odsuń tą halabardę, bo mi wszystko zasłaniasz

      Usuń
  63. El Si westchnęła. Widziała, że to, co się stało nie było winą Cassiana. Wiedźma rzuciła na niego czar i i tak mogli uznać, że mieli szczęście, że nie skończyło się gorzej. Gdyby ktoś użył przeciwko nim potężniejszej, bardziej zaawansowanej magii, zapewne byliby bez szans.
    - W porządku - powiedziała dziewczyna spokojnie. Schowała sztylet do pochwy, obeszła dogasające ognisko i schyliła się po swój porzucony płaszcz. Nie zamierzała już go zakładać, zwinęła go tylko i przerzuciła przez ramię.
    - Cassian, a jak tam twoja ręka? - spytała z troską. Może to nie była otwarta rana, ale raczej nie wyglądało to dobrze. Dziewczyna miała nadzieję, że nie spowoduje to dodatkowych komplikacji.
    Nie wiedziała, czy mogą zaufać Synthii i ta niepewność powodowała dyskomfort, coś jak uwierający kamyk, który znalazł się w bucie. Nie mogła spytać Cassiana, co on o tym myśli. Pożałowała, że przy wszystkich tych dziwnych cechach Mirthandir nie obdarzył jej zdolnością telepatii. To znacznie ułatwiłoby jej życie.
    - Idziemy - powiedziała do Synthii. Starała się przy tym uśmiechać.
    To było zdecydowanie zbyt wiele zbiegów okoliczności w tak krótkim czasie. Dziewczyna miała tylko znaleźć swoją siostrę w tym upiornym mieście. A tu musiał pojawić się konający starzec, a teraz to... Czy po prostu miała pecha i znalazła się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie, czy może przeznaczenie prowadziło ją prosto w zasadzkę? Ją albo Cassiana.


    [Nie, jest ok. Zawsze coś się dzieje :)
    Przepraszam, że tak długo zwlekałam.]

    OdpowiedzUsuń
  64. Wywołana do gwałtownie do odpowiedzi Wanda w pierwszej chwili zamarła zaskoczona. Owy przypadkowy sprzymierzeniec mógł się okazać znacznie groźniejszy niż oceniła na początku po niezdarnych ruchach w korytarzu. Skoro widział jej pokaz na dziedzińcu musiał nie tylko być dość spostrzegawczy, ale i dość szybko się poruszać, lub też znać po prostu zamek zdecydowanie lepiej niż ona, którą to wersję najprędzej uznała za prawdziwą. Następnie przypomniała sobie z goryczą, że przecież sama starała się go nimi nastraszyć. Chwilowe otępienie, w jakie wprawił je widok rannych przyjaciół ustąpiło gwałtownie miejsca wstydowi pomieszanemu z palącą żądzą zemsty. Poczuła się jakby stanęła nago na rynku miasta i przysięgała sobie w duchu, że winowajca zapłaci za tą zniewagę bardzo krwawo. Jej twarz zalał rumieniec gniewu, a oczy ciskały błyskawice i niebezpiecznie wyzywająco kierowały się w stronę pomysłowego medyka.
    - Jeśli łaskawy panicz nie będzie bardziej trzymał języka za zębami, – wycedziła w gniewie – to ja sama własnoręcznie mu pomogę i na ten przykład nauczę latać, co by się nie musiał bezbronnymi damami wysługiwać
    Obiekt owego ataku słownego cofną się ze trzy kroki do tyłu pewien, że nawet, jeśli jadowite słowa nie wielką przyniosą mu szkodę to drapieżne pazurki białogłowy mogą okazać się morderczą bronią, tym bardziej, że drobniutkie paluszki, których część niewątpliwie stanowiły zaciskały się mocno na długiej halabardzie zakończonej lśniącym ostrzem.
    - Panienka wybaczy, ale nie byłem do żadnego sekretu zobowiązany, a biorąc pod uwagę, że za kilka minut wpadnie tutaj cała zgraja żołdaków to…
    - Wiem – mruknęła nie bardzo zachwycona perspektywą ujawniania swej wstydliwej przypadłości, jaką stanowiły pokraczne płachty przypominające ramiona nietoperza, przez które nie raz brano ją za demona. Owszem sprawiały przyjemność, gdy mogła kogoś nimi nastraszyć, ale nie przy znajomych. Dotąd nie wiedział o nich nawet Merkury – niech będzie i tak już mam podartą koszulę. Tylko się nie przestraszcie.
    Zacisnęła pięści i natychmiast z pleców wyprysnęły jej z szelestem potężne błony rozciągnięte na kościstym szkielecie. Machnęła nimi kilka razy, by rozprostować mięśnie.
    - Dobra to, kto pierwszy?
    - Zabierz najpierw rannych – zaproponował lekarz – my zdołamy się jakoś obronić, ale oni ledwie stoją.
    - To, że nam pomogłeś nie znaczy ze masz prawo nam rozkazywać – upomniała go, ale postanowiła postąpić według jego rady, która nie była przecież nierozsądna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zerknęła w stronę Cassiana, ale zaraz skierowała się w stronę El. Sądząc po jego postawie, kiedy opatrywała ich rany za żadne skarby nie pozwoliłby zanieść się w bezpieczne miejsce dopóki dziewczyna nie byłaby bezpieczna – zresztą wyczytać to można było w jego oczach. Chwyciła, więc delikatnie dziewczynę pod pachy i uniosła w górę prosząc by w czasie lotu przypilnowała jej halabardy. Oczywiście nie zaniechała niezbędnych środków ostrożności i nakazała Merkuremu, by w razie, gdyby Meander próbował jakiś sztuczek usadził go w miejscu za pomocą ostrza miecza. Wreszcie po dość krótkiej podróży złożyła ranną na podłodze niewielkiej sali. Wlatując musiała bardzo uważać na odstające kawałki szkła, więc postanowiła, że zanim zdecyduje się przetransportować kolejnego pasażera utoruje sobie drogę. Kilka kopniaków wybiło sterczące zęby otworu. Jeszcze raz przeszła dookoła upewniając się, że poszkodowanej znikąd nie grozi niebezpieczeństwo i sfrunęła na dół. Tą samą metodą pomogła dostać się na górę reszcie drużyny. Na dole pozostał tylko medyk. Już miała do niego podejść, gdy nagle usłyszeli kroki tuż za drzwiami. Mężczyzna pchnął ja za ścianę a sam wychylił się za drzwi. Po chwili cofnął się dając jej dyskretnie znak by pozostała na miejscu. Usłyszała jak tupot stup milknie tuż przy drzwiach.
      - Kim jesteś!? – ozwał się głos zwielokrotniony przez echo.
      - To ja, Meander królewski medyk
      - Dlaczego zatem jesteś cały we krwi? – nie ustępował pytający.
      - Zaatakowali mnie więźniowie, sami widzicie cele wszystkie otwarte i – Wanda już szykowała się by mu przyłożyć, ale gdy dowódca chciał zajrzeć do wnętrza sali lekarz szybko dokończył – ale udało wam się ich spłoszyć tam pobiegli. Tylko szybko, władca będzie bardzo nie zadowolony, jeśli uda im się uciec
      Znów ozwał się tupot stup, który po chwili zamilkł na dobre.
      - Twoja kolej! – Szepnęła i uniosła się w górę. Już stawała na brzegu rozbitego okna, gdy nagle do sali wpadł jakiś żołnierz.
      - Medyku! Zapomniałem zapytać… - urwał dostrzegając jej kształt w oknie, przez które sączyły się promienie słońca.
      - Alarm! – wrzasnął – Harpia w zamku, mamy tu harpię
      - Proszę, jak mnie pięknie nazywają – mruknęła Wanda. – a teraz masz jeszcze jakieś genialne pomysły panie medyku?

      Usuń
  65. Wanda jak dzikie zwierzę skoczyła do brata i schwyciła go za kołnierz gwałtownie odsuwając go od drzwi z taką gwałtownością, że omal nie spotkała się z plecami z umazaną krwią kamienną posadzką, o ile można było tak dwornie nazywać owe kocie łby. To ostatecznie upewniło go, że postaci, które widzi przed sobą w złotych odblaskach trzymanej przez medyka lampy na pewno nie są przybyszami z zaświatów. Widok siostry przyozdobił jego rozoraną cieniutkim skaleczeniem twarz czymś jakby cieniem radosnego uśmiechu.
    - Witaj siostrzyczko. Dziękuję za to wylewne powitanie, ale moje plecy są ci zdecydowanie mniej wdzięczne
    Wracając do rzeczywistości dziewczyna odsunęła się od młodzieńca pozwalając mu odsunąć się od ściany, na którą rzuciła go swoim ciężarem. Młodzieniec pedantycznie wygładzając koszulę rozglądał się z uwagą otoczenie. Tym czasem pozostali wyglądali na wyraźnie zniecierpliwionych. W ogóle zresztą stanowili dość osobliwą grupę. Merkury i Cassian cali umazani w pyle i krwi z drobnymi okruszynami szkła na ubraniu. Dwoje rannych chwiejących się jak goście baru po kilku głębszych, Wanda niemożliwie rozczochrana z ogromnymi skrzydłami wykwitającymi bezwładną płachtą z rozdarć w koszuli.
    - Już się paniątko wypacykowało? – Zapytała młoda kobieta z wyraźną irytacją w głosie.
    - A on to, kto? – Szepnął młodzieniec spoglądając wymownie w kierunku medyka, który natychmiast wystąpił na przód i z dwornym ukłonem przedstawił się. Wróżbitka z niepokojem śledziła tym czasem korytarz, salę, z której wciąż dobiegały szaleńcze krzyki i płacze żołnierze i wreszcie rannych, którzy wyraźnie już nie dawali rady utrzymać się na nogach i rozpaczliwie szukali oparcia w wilgotnych ścianach.
    - Nie ważne, ludzie, to naprawdę świetnie, że wszyscy przeżyli, ale jak tu będziemy stać to stan ten nie utrzyma się długo. Meander! Pomijając fakt mojego zaufania do ciebie, dasz radę nas z tąd wyprowadzić.
    Skinął głową i ruszył powoli korytarzem w przeciwnym kierunku niż wojowniczka dostała się do lochów. Czuła narastający w sercu niepokój. Zdawało jej się, że za każdym zakrętem czai się ukryty strażnik, a pajączki rozciągnięte na swych gęstych baldachimach są donosicielami śledzącymi jej kroki. Nawet mrok był wrogiem, co i rusz podtykając jakieś przedmioty, o które tak łatwo było się potknąć w nikłym blasku ognia. Wreszcie stanęli u drzwi. Były ciężkie i solidne. Mężczyzna mocował się chwilę z zamkiem przekręcając jakieś kółka, obracając kołowrotki i dźwigając zapadnie. Wreszcie ukazała się przed nimi wolna przestrzeń. Zielony pagórek spływał łagodną zielenią w stronę rozwiniętej jak kwiecisty dywan na dnie doliny łąki. Gdzieś tam dalej majaczył las ze swymi groźnymi, ostrymi wierzchołkami.
    Za nimi zadzwoniły flakoniki przytroczone do pasa medyka. Chwilę jeszcze szperał po kieszeniach, z których wydobył jakieś zioła. Podał je Wandzie.
    - Moje czary nie zapewnią im niestety zupełnego wyzdrowienia. Proponuję wam przynajmniej na razie nie pokazywać się we wsi ludzie nienawidzą króla, ale strach jest silniejszy. Wydadzą was przy pierwszej okazji. Jeśli pójdziecie lasem ścieżką koło starej wierzby o tam – wskazał palcem właściwe miejsce – to powinniście dotrzeć przed wieczorem do opuszczonej gajówki. Jeśli chorzy będą gorączkować nocą dasz im te liście do przeżucia
    - Wiesz, że jeśli coś im się stanie…
    - Wiem, wiem idźcie już. Nie chcę od razu życia stracić za pomoc wam

    OdpowiedzUsuń
  66. -Jasne - zgodziła się El Si, starając się, aby zabrzmiało to jak najbardziej entuzjastycznie. Lepiej nie okazywać podejrzliwości, na pewno nie teraz. Ruszyła za Synthią. Jeszcze kilka razy obejrzała się przez ramię, żeby zobaczyć, jak Cassian się oddala. Miała nadzieję, że młodzieniec nie wpakuje się w jakieś kolejne kłopoty, kiedy na chwilę pozostanie sam. Dziewczyna sama była zaskoczona, dlaczego właściwie tak się o niego martwiła. Poznali się przypadkiem, nic ich nie łączyło... Przynajmniej do momentu wizji zesłanej na nich przez starca.
    Zbliżyły się do miejskiego muru, jednocześnie oddalając się od bramy. Nie wyglądało na to, że ktokolwiek ze strażników zwrócił na nie uwagę. Mogli z tej odległości wziąć je za chłopki z którejś z chat poza murami.
    - Byłaś już kiedyś w Karagaros? - spytała El Si spokojnie. Na szczęście zabrzmiało to raczej obojętnie niż nieufnie.

    OdpowiedzUsuń
  67. [Dziękuję za bardzo miłe powitanie i życzenia! Jak mogłabym przepuścić okazję popisania z tak świetną postacią, jaką jest Cassian? Masz jakieś pomysły? Myślałam coś nad tym, że Cassian mógłby dostać zlecenie na Selene, bo ktoś pomyliłby ją z wiedźmą. Jednak nie jestem co do tego przekonana.]

    Selene

    OdpowiedzUsuń
  68. [Dobry pomysł z tym połączeniem :D. Można zrobić, że jak Cassian już się dowie, że Selly nie jest wiedźmą, to ta mu się odwdzięczy taką oto informacją. Może też ją uznać za zwykłą wariatkę i tak tam pójść. Dopiero jak uniknie śmierci, to zacznie ją podejrzewać o jednak bycie wiedźmą.]

    OdpowiedzUsuń
  69. [Jeśli chcesz, to możesz ty. Jeśli nie chcesz, to mogę ja :D]

    OdpowiedzUsuń
  70. Zielone oczy wpatrywały się w jeden punkt, jakby były czymś zaciekawione. Śledziły każdy ruch, uważnie, dokładnie. Ani razu nie zstąpiły z tak prostego kursu, jakim była odległość do dziwnej kobiety. Sam właściciel tych oto oczu, pozbawionych jakiegokolwiek blasku, uczucia, iskry nie wiedział, dlaczego tak nie mógł spuścić ze wzroku tej oto małej istotki. Jako iż był właścicielem karczmy, codziennie widywał tu tłumy dziwnych ludzi. Z latami, z którymi zdobywał coraz więcej doświadczenia i przy tym ignorancji do niektórych rzeczy. Po prostu przestał zwracać uwagę na dziwność swoich klientów, ich szemrane interesy, czy na wszystko, co mieli za uszami. Tym razem było inaczej. Za dziewczyną, siedzącą właśnie w rogu karczmy, ciągnęła się dziwna aura, która przywoływała o dreszcze i gęsią skórkę. Przybyła tutaj zaledwie kilkanaście minut temu, chyba tylko po to, żeby się posilić. Nic nie wskazywało na to, że zostałaby na dłużej. Koń niewprowadzony do stajni, płaszcz na jej ramionach, pośpieszne ruchy przy jedzeniu.
    Karczmarz uważnie obserwował, jak podchodzi do niej dobrze mu znany miejscowy cwaniaczek Billy. Obserwował. Na nic się zdały ostrzeżenia żony, że wystraszy klientów, natrętnym patrzeniem się na nich. Nie słuchał. Kobieta zbyt mocno go zaciekawiła. Kiedy tylko Billy dosiadł się do niej, uniosła głowę, ukazując niebieskie oczy. Patrzył się na jej usta, kiedy ta szepnęła coś do Billy'ego, ale niestety nie zrozumiał co. W jego pamięci dobrze zachował się moment, kiedy Billy wstał od stołu. Był blady, niczym jakby zobaczył ducha, straszącego ponoć w starym domu na obrzeżach miasta.
    — Co ci powiedziała? — szepnął do niego karczmarz, kiedy Billy znalazł się tuż przy ladzie.
    — Coś... w dziwnym języku — wymamrotał, przełykając ślinę. — Kazała... mi sobie iść. Ma na kolanach dziwną... księgę. I powiedziała, że dzisiaj zginę... od miecza.
    — Wiedźma? — spytał oberżysta, marszcząc krzaczaste brwi.
    Billy wzruszył ramionami, a potem wyszedł, nadal będąc bladym niczym ściana. Karczmarz wrócił wzrokiem do dziwnej kobiety. Ta właśnie wkładała tajemniczą księgę do torby. Dobrze ją poznał, mimo iż sam nie umiał czytać. Księga odziana w ciemną skórę, z dziwnym kamieniem na okładce. Zmrużył oczy, widząc, jak kobieta powoli wstaje. Jego myśli krążyły wokół dwóch opcji. Albo wariatka, albo wiedźma. Czarodziejki chyba nie roztaczają tak mrocznej aury, prawda? Kobieta podniosła na niego wzrok, żeby przeszyć go lodowatym spojrzeniem. Jej usta ułożyły się w ciche "cholera". Położyła kilka monet na stoliku, a potem pośpiesznie się spakowała. Karczmarz wiedział, że ona wyczuła, o czym myśli. W końcu tak robią przebiegłe wiedźmy, prawda? Wiedział, co robić. Od razu wziął swojego syna, żeby ten pobiegł do łowcy czarownic. Karczmarz miał już dla niego zlecenie, za dobą sumkę. Jednak kobiety już nie było. Rozejrzał się za nią. Zobaczył tylko konia, pędzącego na zachód gościńcem.

    [W sumie to opko mi się nie podoba, ale jak jest, to jest. Obiecuję poprawę!]

    OdpowiedzUsuń
  71. [Twój styl jest bardzo dobry, naprawdę mi się podoba :D. Ja pewnie też rzadko będę odpowiadać w tygodniu, zawalenie sprawdzianami robi swoje.]

    Słońce powoli chowało się za drzewami, pozostawiając po sobie coraz większy mrok. Ciemność powoli zaczynała ogarniać świat, który niedługo miał szykować się do zaśnięcia. Głośny stukot kopyt o wybitą już ziemię gościńca jedynie przerywał ciszę panującą wokoło. Nie chciała zajeździć konia, zbyt bardzo go kochała. Jednak czuła, że jeśli nie zajedzie najdalej, jak może, to czekają ją same kłopoty. Chwyciła mocniej lejce, chcą pospieszyć konia. Nie zrobiła tego. Wiedziała, że nic tym i tak nie osiągnie. Na gościńcu czyhało wiele niebezpieczeństw, zwłaszcza po zmroku. Nie raz natykała się na zbójców, dlatego nauczona doświadczeniem, po kilkunastu minutach szybkiej jazdy zatrzymała konia.
    — Jeszcze trochę, maleńki — szepnęła do niego schrypniętym głosem.
    Selene zwróciła konia w stronę lasu, choć wiedziała, że to niebezpieczne. W końcu gościniec prowadził do jednego miejsca, a ona nie chciała, żeby ktoś ją znalazł.
    Słońca już nie było. Pozostał tylko mrok. Świat spał od kilkunastu minutach, otoczony ciepłą kołderką ciemności, zdobionej w gwiazdy i delikatne zarysy chmur. Tym razem księżyc nie oświetlał jej drogi. Jedyne światło jej nadziei na to, że zobaczy cokolwiek w ciemnościach przepadłą tuż pod gęstymi koronami drzew. Czuła strach jak zawsze. Strach przepełniał jej ciało, a ona powoli mu się poddawała. Nastał moment, kiedy chęć zawrócenia na gościniec nią zawładnęła. Na szczęście była to tylko krótka chwila. Wzięła głęboki wdech.
    Stukot kopyt powoli stawał się cichszy, a z gościńca nie było go wcale słychać. Wokoło pozostała tylko martwa cisza. Martwa cisza powodująca dreszcze, przechodzące przez jej ciało oraz gęsią skórkę. To uczucie, że coś zaraz się stanie, coraz bardziej narastało w środku. Brak możliwości wyrzucenia go z siebie jeszcze bardziej dołował i irytował. Ciche westchnięcie wydobyte z jej ust, zakłóciło ciszę. Znalazła się bardzo daleko od gościńca, na malutkiej polance. Idealne miejsce, najpewniej nikt tutaj jej nie znajdzie, prawda? Zeszła z konia, robiąc to powoli. Wciąż ból po upadku z dość dużej wysokości jej towarzyszył, co niezbyt ją ciszyło. Pogładziła konia, dając mu tym samym trochę otuchy. Dłuższa chwila namysłu musiała minąć, nim zdecydowała się rozpalić ogień. Nie chciała wiedzieć, ile niebezpiecznych zwierząt czyhało w tym lesie. Jednak to nie było jedyne niebezpieczeństwo, prawda? Popełniła duży błąd, rozpalając ognisko, ponieważ dym z niego poniósł się nieco ponad korony drzew. Zmęczenie wzięło górę, co było jedynym wytłumaczeniem niezauważenia dymu.

    OdpowiedzUsuń
  72. Między zgromadzonymi w opuszczonej gajówce zapadła pełna napięcia cisza. Znieruchomieli zelektryzowani niespodziewanym dźwiękiem, a jeszcze bardziej tym, co mógł on zwiastować. Tylko spojrzenia nieznośnie rozbiegane, nieposłuszne nakazom rozsądku przesuwały się po znajomych twarzach szukając jakiegoś oparcia dla podjętej decyzji. Wreszcie to Wanda odważyła się na pierwsze poruszenie. Wstała i powoli podeszła do drzwi. Poprawiła Lanthaviański pas i delikatnie nacisnęła klamkę. Ciężkie dębowe drzwi uchyliły się ze zgrzytliwym jękiem ukazując przez szparę fragment, oblanego rudą rdzą zmierzchu, wypełzającego sponad wierzchołków sosen, nieba opasany sztywną ramą framugi. Spodziewała się właściwie wszystkiego, ale nie tego, że na zewnątrz chaty będzie zupełnie pusto. Większość osób dałaby temu spokój i szczęśliwa powróciła do swoich zajęć w poczuciu względnego bezpieczeństwa, jednak dociekliwość kazała młodej kobiecie szukać źródła niespotykanego hałasu. W związku ze swymi niejasnymi przepuszczeniami otworzyła nieco szerzej, aby sprawdzić, czy to nie gałęzie wierzby rosnącej nieopodal, przegiętej jak młoda kobieta w ramionach kochanka, zapukały do drzwi wzburzone podmuchem wiatru. I w tym momencie zupełnie niespodziewanie jakiś ciemny kształt z impetem padł na jej piersi powalając ją na ziemię. Poczuła jak ciężar wyciska z jej płuc ostatki powietrza, a przed ozami zatańczyły ciemne plamki. Zwierzę, bo w istocie był to potężny ciemnoszary wilczur z oczami płonącymi złotym blaskiem i łapami, które spokojnie mogłyby rozgnieść jej krtań – odsunęło się jednak wciąż łapą przytrzymywało zdobycz, warcząc i rzucając nieufne spojrzenia dookoła. Tymczasem towarzysze nieszczęsnej ofiary napaści odsunęli się zaskoczeni. Słyszała jak trzask przesuwanych mebli, brzęk opadających talerzy. „Niech uważają na lampę” przebiegło jej przez myśl, bo wszyscy pójdziemy z dymem”. Gdyby nie absolutna niemożność ruchu pewnie nawet zdobyłaby się na uśmiech. W końcu nie wielu znajdzie się takich, którzy w takiej sytuacji przejmować się będą takimi drobiazgami. Ona też nie powinna. Wyciągnęła dłoń i przesunęła nią dyskretnie po ziemi mając nadzieję, że uda jej się znaleźć coś nadającego się do obrony. Oczywiście tym razem musiała zostawić swoją halabardę koło kominka. Zerknęła w stronę Merkurego ignorując bestię warczącą tuż nad nią. Złodziejaszek skinął głową i począł powoli przesuwać się w kierunku ściany. I wtedy właśnie kolejne tego dnia niespodziewane zdarzenie znacznie zmieniło sytuację. Irydion wystąpił odważnie naprzód i mocnym zdecydowanym głosem przemówił do wilka:
    - Dość! – po czym powtórzył to samo w języku lasu, tak by mógł go zrozumieć. – Puść ją!
    Był to akt prawdziwej odwagi z jego strony. Wyglądał przy tym tak władczo, że przez moment czuła uzasadnioną w swym mniemaniu obawę, iż może zostać rozpoznany. Właściwie bardziej realnym w tym momencie lękiem byłaby obawa uderzenia masywną łapą zwierzęcia, ale jakoś nie przychodziło jej to do głowy. Ostatnie wydarzenia tak ją wyczerpały, że nie miała siły logicznie myśleć. Może i było to dla niej lepsze, bo wówczas musiałaby sobie zdać sprawę z beznadziejności sytuacji. Bestia była w końcu naprawdę potężna i niewątpliwie magiczna, zaś oni mieli nerwowo załamaną El, ledwie żywego Cassiana i wyczerpanego Merkurego, Irydiona, który może i nadawał się do dyplomacji, ale nie do bezpośrednich starć i ją, jedyną zdolną do walki przygwożdżoną do podłogi. Wspomniany książę zaś nadal starał się użyć na potworze siły perswazji. Nie mogła niestety zrozumieć, co mówi. Zbyt słabo znała mowę zwierząt. Młodzieniec wyraźnie jednak tracił pewność siebie i na gładkie blade czoło wystąpiły mu kropelki potu, jakby dalsza rozmowa była dla niego niezmiernym wysiłkiem. Była wściekła, że targuje się o jej życie, a ona nic nie może zrobić. Nacisk jednak zelżał i zdecydowanie łatwiej było jej oddychać. A co jeszcze ważniejsze magiczna istota przemówiła:
    - Nie mów tak go mnie! Nie jestem zwierzęciem

    OdpowiedzUsuń
  73. Głos był zdecydowanie ludzki, choć wciąż pobrzmiewały w nim nieokreślone warkoty. Był dość niski, ale raczej nie męski. Czy możliwe było żeby pod zwałami gęstego futra kryła się delikatna kobieta. W myśli Wanda natychmiast odrzuciła ten ostatni przymiotnik. Zdecydowanie nie uważała, by została potraktowana delikatnie. Wreszcie odzyskawszy możliwość ruchu wyskoczyła spod przyciskającego ja cielska i natychmiast przyjęła postawę obronną, choć wszystkie mięśnie drgały jeszcze pod nią z wysiłku. Tymczasem winowajczyni tego stanu rzeczy nagle rozwiała się w siwą mgłę. Nie do końca jednak, bo przybrała postać młodej kobiety. Wyglądała na około 20, czy 21 lat. Skórę miała śniadą, a jej ciało okrywał nienaganny strój wojskowy. Wysokie buty opinały szczupłe nogi aż do kolan, a ponad cholewa wystawał kawałek ciemnozielonych nogawic ginących następnie pod dobrze skrojoną marynarką, której rękawy ginęły pod czarnym płaszczem zapinanym na srebrne klamry umieszczone nieco powyżej piersi. Gęste krucze włosy zwinięte były w supeł i tylko domyślać się można było ich zdecydowanie nieprzepisowej dla żołnierza długości, natomiast niesamowicie fiołkowe oczy mierzyły zebranych wyzywająco.
    - Kto was przysłał? Meander? – Zapytała wreszcie po dłuższej chwili napiętego milczenia. Nikt nie miał ochoty odpowiadać. Z osobami pokroju tej dziewczyny nigdy nie było pewnym, jaka odpowiedź jest prawidłowa, a błąd mógł kosztować życie.
    - Nie było okazji się przedstawić – odpowiedziała wreszcie wymijająco Wanda.
    Kobieta zaśmiała się.
    - Jesteś bardzo sprytna, ale tak się składa, że akurat nie mam wątpliwości, komu zawdzięczam tą nagła wizytę. Braciszek raz na jakiś czas wysyła mi taki…ehm… kłopotliwe prezenty. Zastanawiające tylko, czym tym razem jaśnie panujący mu się naraził.
    - Medyk to twój brat – zapytał Irydion szczerze zdumiony.
    - Właściwie – odparła z wyraźną zgryźliwością – to ja jestem jego siostrą, a nie on moim bratem. Jemu się udało jakoś…ehm… przystosować… a ja…ja poszłam w odstawkę, ale to jedyny sposób by zachować, jako taką wolność myślenia. Las mnie nie zdradzi. No, ale, żeby potem pani lisica nie powiedziała potem ze nie było okazji… nazywam się Antala i… - zamilkła na chwilę śledząc chwiejny lot nietoperza, który przemknął niemal przed jej twarzą i z satysfakcją wylądował na ręku Wandy. – i jesteście moimi gośćmi. Widzę, że już sami się tu urządziliście, jako tako.
    - Cóż chata wyglądała na niezamieszkaną i pani brat..
    - Tak, tak wiem…zaglądam tu właściwie tylko na wezwanie. Mamy ustalony taki system z bratem, że jak coś się dzieje zapala światło w oknie opuszczonego pokoju w wieży. Ale to nie ważne… czy ten małe czarne diabelstwo zostanie z nami na noc.
    - To mój nietoperz i nazywa się Umbrii – odparła z oburzeniem Wanda – jeśli on tu nie nocuje to ja też szukam innego lokalu.
    - Życzę powodzenia… Mieszkańcy miasteczka najpewniej załatwią ci nocleg w apartamentach podziemnych jego królewskiej mości, choć jak wnioskuję z twojego wyglądu raczej nie specjalnie ci się tam podobało
    Mimowolnie zerknęła na swoje nadgarstki.
    - Co szanowna pani ma przeciwko nietoperzom? – broniła się nadal.
    - Przynoszą pecha – odparła kobieta spokojnie.
    - Mój przynosi szczęście!
    - Zatem musisz być czarownicą

    OdpowiedzUsuń
  74. Zabolało ją to. Właśnie, dlatego nie pokazywała nikomu swoich skrzydeł. Być może był to ślad po ataku na jej matkę. Tylko, dlaczego o tym myśli. Nagle poczuła znajomy przenikliwy ból w okolicach serca i pogrążyła się w wizji. Tym razem była ona bardzo chaotyczna i krótka. Krzyk El przywiązanej do czegoś jakby ogromny drewniany stół i czerwony płaszcz, z którego połów wypadł niewielki medalion ze znakiem klanu skorpiona. Obudziła się z majaczeń z trudem łapiąc oddech. Była w każdym razie pewna, że łączy ją z tą sprawą znacznie więcej niż przypuszczała. Nowa znajoma podeszła do niej i podała jej dłoń, by mogła łatwiej wstać. Uśmiechnęła się z wdzięcznością, ale gdy musnęła koniuszkami palców jej rękę nawiedziła ją kolejna fala obrazów. Tym razem towarzyszyły im szepty i jaskrawe kolory. Zacisnęła mocniej powieki starając się je od siebie oddzielić. Teraz wyraźnie widziała dziewczynkę z tajemniczym znakiem na czole. „Zapamiętaj” powtarzała sobie „musisz zapamiętać, musisz ją rozpoznać”. Ocknęła się z niesmakiem stwierdzając, iż wszyscy pochylają się nad nią.
    - Nic mi nie jest. Walczyłam ze smokiem, skakałam z murów, tłukłam okna, walczyłam z łucznikami to chyba mogło mi się wreszcie zrobić słabo skoro jeszcze przygniotła mnie na deser wilkołaczka, to już chyba nic dodać nic ująć
    - Przepraszam - szepnęła dziewczyna – myślałam na początku, że jesteście kimś z gwardii, że może ktoś odgadł nasze znaki, sami wiecie jak to jest… zawsze zakłada się najgorsze.
    - Nie ma sprawy – mruknęła Wanda wstając i kierując się w stronę kominka – ale nietoperz i tak śpi ze mną. Niczym mnie nie przekupisz

    OdpowiedzUsuń


  75. Zmęczenie powoli brało nad nią górę. Nawet jak na nią nieprzespanie kilku nocy stanowiło dość duże spowolnienie. Wiedza, że musiała, choć na chwilę przymknąć oko, napawała ją niepokojem. Tylko głupi zapuściłby się w te lasy, tylko chory na umyśle zasnąłby w takim momencie. Selene miała pojęcie, że źle postąpiła, skręcając wprost w największą gęstwinę zieleni. Jednak nie miała innego wyjścia. Opatuliła się bardziej swoim szalem, zadzierając głowę do góry. Czarne płótno przykryło już całe niebo. Na nim można było zobaczyć białe gwiazdeczki. Jako dziecko Selene zawsze chciała ich dotknąć, sięgnąć do nich. Z biegiem czasu zobaczyła, jak jej marzenie jest głupie. Jednak teraz, gdyby nie one, z pewnością czarny dym umknąłby jej oczom.
    - Cholera - szepnęła pod nosem, wstając z ziemi.
    Delikatnie się zachwiała, co na pewno było skutkiem wyczerpania. Odetchnęła cicho, biorąc swój mały bagaż. Nie mogła tu zostać. Jeśli ktoś ją śledził, a na pewno tak było, to już mógł zobaczyć dym. Dobrze wiedziała, że jak nasłali na nią kogoś z mieczem, to równie dobrze jak zobaczy księgę, odetnie jej głowę i dla pewności spali. Selene nie chciała jeszcze umierać. Czuła, że to nie jest na to pora... mimo iż była zmęczoną wariatką, to śmierci bała się w cholerę. Kiedy miała już wsiadać na konia, zapominając o ognisku, usłyszała ciche, nieprzyjazne warczenie. Wzdrygnęła się. Powoli przestępując naga za nogą i szukając dłonią sztyletu, odwróciła się. Przełknęła ślinę, widząc, jak powoli zwierzę wyłania się z zarośli. Pierwsze, o czym pomyślała Selene, to był wilk. Jednak to coś przerastało wilka kilka razy. Najpewniej, gdyby zwierzę stanęło na tylnych łapach, to przerosłoby dorosłego mężczyznę o kilka głów.
    - Wilkor - wyszeptała cicho, nie wiedząc, co zrobić.
    Wiedziała bowiem, że gdyby jakimś cudem udało jej się wsiąść na konia - a szanse były na to niskie - to i tak bestia by ją dogoniła. Kolejny głośny warkot dobiegł do jej uszu. Bestia zrobiła krok w jej stronę.
    - Będę tego żałować - wyszeptała do siebie.
    Policzyła w głowie do trzech... Nie, jednak nie. Po wypowiedzeniu pierwszej cyfry rzuciła się biegiem w stronę pobliskiego drzewa. Tylko usłyszała, jak ogromne łapy podrywają się do pościgu za nią. Jeden krok, drugi krok, a mogła poczuć oddech bestii na ciele. Tyle niestety nie wystarczyło, żeby wskoczyć na drzewo. Stwór przygniótł ją, powodując tym samym wydobycie się z jej ust głośnego jęku bólu. Spojrzała na niego. Wilkor miał dużą bliznę na nosie. Momentem zaskoczenia można nazwać tutaj zdarzenie, kiedy bestia, zamiast rozszarpać Selene na strzępy, po prostu polizała ją po twarzy.

    OdpowiedzUsuń
  76. - Noc jest ciemna i pełna strachów...
    Usłyszała swój własny głos zwielokrotniony przez ogarniającą ich ciszę. Nie wiedziała na początku skąd pochodzi, jakby niezrozumiałe słowa wydobyły się z niej poza świadomością i poza jej wolą. Dostrzegła pytające spojrzenia skupione teraz na jej wątłej sylwetce opartej na drzewcu halabardy. Drgnęła sama przestraszona nie mniej od pozostałych i natychmiast poczuła znajomy ucisk w okolicach serca. Pierwszy raz owo ukłucie rozdzierające od środka przyniosło jej swego rodzaju ulgę upewniając ze jednak nie zwariowała. Musiała jednak jeszcze jakoś usprawiedliwić się przed nowo poznaną, a to już nie wydawało się tak proste, zważywszy na fakt iż wolała na razie ukrywać w tajemnicy informacje o swojej osobie. Jeszcze tego by brakowało, aby dziewczyna wzięła ją za jakąś zmorę z dna piekieł, co nie byłoby znowuż takim dziwnym zważywszy na jej awersję do nietoperzy. Wyprostowała się i odchrząknęła by dodać sobie odwagi i kiedy już zamierzała coś powiedzieć Merkury zbudzony ze snu jak zawsze w najodpowiedniejszym momencie odezwał się:
    - Oj Wandziu to chyba nie najlepszy moment na pisanie wierszy, nie przejmujcie się ona tak zawsze - jednocześnie roześmiał się pobłażliwie, co jednak nie do końca naturalnie wypadło w zalegającej chatę ciszy. Lanthaviance przyszło zaś na myśl, iż jej przyjaciel może mieć rację. To co przed chwilą nieświadomie wypowiedziało na głos było fragmentem wiersza. Nagle poczuła, ze całe ich życie zawisło od tego fragmentu, którego zabrakło. Za wszelką cenę musi go sobie przypomnieć.
    - Ach tak, tak ... przepraszam ... tak mi się jakoś przypomniało. To chyba fragment jakiegoś znanego wiersza. Irysku pamiętasz może co było dalej?
    - Zdaje się że to z Janitiusa:

    "Noc jest ciemna i pełna strachów
    Lecz nie dla mnie strażnika podniebnych gmachów
    Bo żaden mrok mnie rychlej nie sięgnie
    Niźli ta ciemność, która jest we mnie

    Kędy wiedzie ścieżka świateł żywych
    Mych śladów szukaj przezroczych, płochliwych
    Pod twarzy maską chybotliwą martwe życie
    Klucz do wrót co się rozwierają o świcie"

    - Brawo młody - pochwalił księcia złodziejaszek. - Tego też was... yhm... was młodych uczą
    Nie słyszała dalszej części rozmowy. Zbyt była pochłonięta nową zagadką, jak i reakcją zmiennokształtnej na fragment tekstu. Zupełnie jakby niechcący odkryli coś co pragnęła przed nimi ukryć.
    - Och wysoce ubolewam iż nie miał cie kto dobrych manier nauczyć - dogryzał akurat Merkuremu Irydion.
    Przy tych wrzaskach nie była wstanie się skupić.
    - Dość! Naprawdę nie macie większych problemów?
    Zamilkli, a ona poczuła wręcz wyrzuty sumienia iż przerwała tą dyskusję, która choć na chwilę przerwała ta przerażającą ciszę. Cokolwiek, by się działo postanowiła nie zasypiać. Podeszła do okna i wpatrzyła się w jaśniejący na niebie księżyc. Pełnia. Wspaniale, z wampirami za oknem i wilkołakiem pod jednym dachem - pomyślała. Zerknęła w stronę dziewczyny. Wyraźnie była niespokojna, ale nie wydawała się krwiożerczą bestią.
    - Od zawsze jesteś zmiennokształtną? - zapytała aby jakoś zacząć rozmowę.

    OdpowiedzUsuń
  77. Wiesz nawet się zastanawiałam kto to mówi, ale nie chciałam ci głowy zawracać pytaniami i jakoś tak wyszło ;) cieszę się że mimo to ci się spodobało... i czuję, że to nie koniec niespodzianek, w końcu grunt żeby coś się działo

    OdpowiedzUsuń
  78. Najpierw było zaskoczenie. Ono przeszło w strach, a potem w nikłe rozbawienie. Selene Lune po raz pierwszy od bardzo dawna poczuła, jak kąciki jej ust unoszą się delikatnie w górę. Nie wiedziała, kim był ten starzec, ale wyglądał nader sympatycznie. Podniosła się z ziemi, otrzepując swój płaszcz i całą resztę ciemnych ubrań. Odgarnęła ciemne włosy z bladej twarzy, co było już ostatnią czynnością, która miała na celu doprowadzenie Selly do jakiegoś przyzwoitego wyglądu. Uśmiechnęła się delikatnie do starca, wyciągając w jego stronę rękę, żeby pomóc mu wstać z ziemi. Jednak ten pacnął ją laską w wyciągniętą dłoń, na co Selene od razu ją zabrała.
    - Pimpuś, sam sobie poradzę! - krzyknął starzec, a ona natychmiast się oddaliła.
    - Wie pan, że w tym lesie nie ma wiewiórek? - spytała cichym, schrypniętym głosem, który na pewno taki był z powodu niepicia niczego od czasu pobytu w karczmie. Niestety, przez ten cały pośpiech nie zdążyła uzupełnić prowiantu, a tym bardziej wody. - Nie za daleko pana nogi poniosły?
    - Och, panienko! - zawołał, wstając z ziemi. Po raz kolejny się obrócił, omal nie uderzając Selene w brzuch. Ta jednak, w przeciwieństwie do Casiana, zrobiła unik. - Mój kot i ja codziennie tędy chodzimy!
    Zmarszczyła brwi, dobrze wiedząc, że raczej nikt tutaj nie chadzał. Najwidoczniej starzec był dość ślepy i może trochę miał nierówno pod swoją czaszką, żeby zapuścić się w ten las.
    - A może urocza para przyjaciółek skusi się na obiad? - spytał, po raz kolejny się obracając. - Robię pyszne kamienie z wiewiórkami! Choć teraz żadnej mój kotek nie złapał... zły kot! Mam nadzieję, że zadowolicie się mchem. Też jest pyszny! Może nawet smakować ja taka wiewiórka, jak się odpowiednio przyprawi.
    Selene popatrzyła się na Casiana, przełykając ślinę. Miała świadomość, że mógł przyjść ją zabić. Po chwili zastanowienia chwyciła swoje bagaże, które umocowała do siodła konia. Pośpiesznie ruszyła za szalonym starcem w głąb lasu. Miała pojęcie, jaka ta decyzja jest głupia. Jednak miała pewność, że jeśli facet pójdzie za nią, to nic jej nie zrobi... przynajmniej w obecności staruszka. Ukradkiem zakryła księgę w bagażu, żeby tylko nie zauważył.

    wybacz, że tyle czasu mi to zajęło, jednak szkoła zwaliła mi się na głowię i tak jakoś na życie prywatne nawet mi czasu nie starczało. Jednak jest xd!

    OdpowiedzUsuń
  79. Siedziała podciągnąwszy kolana pod brodę, skulona jak wtedy, gdy jako mała dziewczynka straciła rodziców i patrzyła w ogień. Nie rozumiała czemu przypomina jej się teraz tamta noc, gdy jej strach snuł się po pokojach jak cienie, przeciekające z kąta w kąt w beznadziejnej ucieczce przed płomieniem świecy. Za sobą słyszała niespokojne ruchy Cassa, ciche pojękiwania El i głośne pochrapywania Iryska. Nic jednak nie znamionowało obecności Merkurego. Obróciła się, by sprawdzić czy także już zasnął, gdy nagle powietrze przeszył potworny nieludzki wrzask. W tym właśnie momencie napotkała niespokojne spojrzenie Merkurego. Nie spał. Czuwał tak jak ona nie do końca widać ufając ich nowej obrończyni. Przez chwilę siedzieli tak bez ruchu sondując się na wzajem, aż wreszcie złodziejaszek wyciągnął z zanadrza drewnianą fajeczkę i z namaszczeniem począł ją nabijać. Jednocześnie zauważyła jak druga jego ręka wędruje do kieszeni, gdzie zwykł dawnymi czasy trzymać sztylet. Uśmiechnął się do niej łobuzersko, a ona skinęła głową zaciskając mocniej dłoń na halabardzie. Las ponad chatą kołysał się nabrzmiały dźwiękami nocy. Uspokoiła się nieco, choć nadal niepokoiło ją źródło tego dziwnego dźwięku. Wreszcie z zamyślenia wyrwały ją nagłe hałaśliwe uderzenia jakiegoś przedmiotu o szybę. Podeszła ostrożnie do okna. Obijał się o nie znajomy kształt nietoperza. Przez chwile wpijała wzrok w ciemność, ale już po chwili otworzyła okno.
    - Rufus! - szepnęła radośnie - kiedyś się wydostał.
    - Wanda! Uważaj! - ostrzegł Merkury unosząc dłoń ze sztyletem.
    - Macie bzika z tymi wampirami. Obudź Irydiona. Musi robić za tłumacza.
    Pierwszy raz w ciemnościach i z dusza na ramieniu zdecydowała się wymówić prawdziwe imię kompana. Przebrany za kupca potrząsnął delikatnie młodzieńca za ramię. Ten przez chwilę starał się opędzać od dotyku jak od natrętnej muchy, ale wreszcie otworzył oczy.
    - Wstawaj! - ponagliła wciąż jeszcze szeptem Wanda. - musisz coś przetłumaczyć.
    Nietoperz natychmiast przyskoczył do chłopaka i począł szczebiotać coś nerwowo. Wszystkie spojrzenia przytomnych skierowały się więc na księcia próbującego zrozumieć tą paplaninę. Wreszcie chłopak wstał i przemówił.
    - Rufus śledził naszą nową znajomą. Chyba panienka nie powiedziała nam wszystkiego. Poszła do lasu i spotkała się z jakimś mężczyzną. Opowiadała mu o nas. Podobno chciała wynegocjować dla nas bezpieczną przeprawę przez las, ale ten mężczyzna w czerni nie zgodził się i uderzył ją tak mocno, że aż wrzasnęła. szarpali się chwilę i mężczyzna upuścił to.
    Podał Wandzie fragment pieczęci ze znajomym jej już smokiem.
    - Zakon skorpiona... - mruknęła do siebie.
    - Co ty masz z nimi wspólnego - zapytał Merkury z oczami wielkimi z zaskoczenia, czy raczej przerażenia.
    - Nic nie mam - odparła wzruszając aminami - próbują mnie zabić.
    - Wspaniale - mruknął złodziejaszek - czy jest ktoś kto nie próbuje nas tutaj położyć trupem
    - Paradoksalnie, zdaje się, że ta Antalia... tylko z jakiegoś względu nie moze nam pomóc...
    - Rufus wspominał, że ten nieznajomy dał jej jakąś buteleczkę - wtrącił się Irydion.
    - Mam tego serdecznie dość - warknęła Wanda obracając się gwałtownie tyłem do ognia i w tym właśnie momencie napotkała spojrzenie Cassa.
    - Dawno już nie śpisz - spytała zrezygnowana.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [przepraszam, że tak krótko i że tyle musiałeś czekać, może następnym razem się poprawię, ale akcja sie rozkręca i mam nadzieję ze ci się spodoba]

      Usuń
  80. Synthia uśmiechnęła się cierpko. Przy jej czarnych oczach wyglądało to jeszcze bardziej niepokojąco.
    - Widzę, że mi nie ufasz - stwierdziła. Na tyle zdecydowanie, że nie było sensu zaprzeczać.
    - Pomogłaś nam tam w lesie - odparła El Si. To też było stwierdzenie i właściwie można było interpretować je na wiele sposobów.
    Dotarły do muru. Tutaj były niewidoczne dla strażników stojących przy bramie. Synthia przykucnęła i zaczęła badać palcami mur.
    - Powiedz mi, czego szukasz, to może jakoś pomogę - zaproponowała El Si. Wiedźma podziękowała i potrząsnęła głową. Nie było takiej potrzeby. Właściwą cegłę znalazła dość szybko, nacisnęła ją, a następnie wyciągnęła z muru. W odsłoniętym zagłębieniu obie mogły zobaczyć metalowy okrąg. Uchwyt dźwigni. Synthia chwyciła go i obróciła. Rozległ się trzask, kiedy pół metra dalej otworzyły się niskie drzwiczki, ukryte za cienką warstwą imitującą cegły. Cynthia z zadowoleniem wsunęła cegłę na miejsce.
    - Zaskakująco dobrze znasz tutejsze tajne przejścia - zauważyła El Si. Nie zdołała całkiem wyzbyć się z głosu jadowitej uszczypliwości, ale na szczęście tamta chyba nie zwróciła na to większej uwagi.
    - W tych okolicach podobna wiedza i spostrzegawczość mogą znacznie przedłużyć życie - stwierdziła czarnooka i pierwsza wcisnęła się w tunel, w początkowym odcinku tak niski, że musiała iść na kolanach. El Si, czując, że za bardzo nie ma wyboru, podążyła za nią. Przez krótką chwilę zaświtała jej przelotna myśl, że może oceniała Synthię zbyt niesprawiedliwie. Że może nie miała do czynienia z wrogiem, ale ofiarą czegoś, co wydarzyło się w tym mieście.
    Pełzły prosto przed siebie. Po kilku metrach tunel rozszerzył się w coś w rodzaju długiego, wąskiego pomieszczenia, może korytarza. Przynajmniej tu dało się wstać i stanąć prosto. W oddali jaśniało światło, bardzo słabe, ale w panujących w korytarzu ciemnościach doskonale widoczne.

    [Tak jak zapowiedziałam, próbuję się obudzić. Odpis może niezbyt dobry, ale jeszcze się nie wczułam do końca.]

    OdpowiedzUsuń