Natknąwszy się po raz pierwszy na jednego z przedstawicieli tego wyjątkowego pod każdym względem gatunku można by pomyśleć, że oto stoi przed wami demon jakiś, duch czy zjawa, wróżka, driada, leśne licho, czy o czym jeszcze opowiadała wam babka, układając was wieczorami do snu. Ich niemalże eteryczne sylwetki, twarze ozdobione enigmatycznymi wzorami i całkowicie czarne oczy, jednocześnie obłędnie puste i hipnotycznie głębokie przywodzą na myśl istoty z najstarszych podań, mitów czy klechd domowych, a ich niezrozumiały język brzmi w naszych uszach jak seria magicznych zaklęć nie z tego świata.
W rzeczywistości jednak są istotami zupełnie z krwi i kości.
Coeden Tylwyth, jak zwykły o sobie mówić (co z ich śpiewnego języka można przetłumaczyć na eleseyski dosłownie jako Drzewne Elfy) nie stanowią tak właściwie nawet osobnej rasy. Są raczej czymś w rodzaju kolektywu elfickich plemion druidycznych, które przed wiekami odłączyły się od swoich cywilizowanych pobratymców, by rozpierzchnąć się po najgęstszych, najgłębszych, najmroczniejszych lasach całej Eleseyi, gdzie z daleka od wścibskich spojrzeń mogą praktykować swoje druidyczne zwyczaje w głębokim kontakcie z naturą. Ich nieprzeniknione czarne oczy są wynikiem regularnego spożycia soków wydobywanych z ich uświęconych drzew; właściwości tychże soków nigdy nie miałem możliwości zbadać, bo choć Drzewne Elfy są raczej gościnne dla szanujących naturę ludzi, to nigdy nie częstują przybyszów z zewnątrz swoimi magicznymi specyfikami. Wzory wymalowane na ich urodziwych twarzach są jedynie elementem ich plemiennej mody; jeżeli pełnią jakąkolwiek inną funkcję, to nigdy nie udało mi się jej odkryć.
Drzewne Elfy posługują się bardzo skomplikowanym systemem nadawania imion, mającym silnie religijne konotacje. Pełne imię każdego członka składa się z kilku członów, z których każdy ma swoją nazwę i pełni nieco inną funkcję. Pierwszym członem plemiennego imienia jest calonenw, co dosłownie oznacza imię duchowe; jest to coś w rodzaju “prawdziwego imienia” - Drzewne Elfy wierzą, że jest to imię, po którym daną osobę rozpoznać mogą istoty zamieszkujące świat duchowy; tym imieniem członkowie leśnych plemion posługują się właściwie wyłącznie w trakcie religijnych obrządków. Drugim członem plemiennego imienia jest llwythenw, co jest czymś w rodzaju imienia użytkowego - tym mianem zwracają się do siebie nawzajem członkowie plemienia, tym też imieniem przedstawiają się obcym. Trzeci człon to nazwisko rodowe, cyffenw, które przekazuje się z pokolenia na pokolenie swoim dzieciom; z moich obserwacji wynika, że zwyczajowo dziewczynki dziedziczą cyffenw po matce, a chłopcy po ojcu, choć nie zawsze jest to regułą. Czwartym członem jest dyletswydd. Jest to miano, którego nie otrzymuje się bezpośrednio po narodzinach, ale jest nadawane przez starszyznę plemienia dopiero gdzieś pomiędzy szesnastym a dwudziestym rokiem życia i stanowi określenie funkcji, jaką nosząca je osoba pełni w swojej wspólnocie, jak i w świecie duchowym. Za przykład może posłużyć imię mojej wieloletniej przyjaciółki, którą chciałbym chociaż w ten sposób uwiecznić na kartach tej księgi: Ceinnwynn Ramona Cystennin, Łowczyni, Niosąca Radość.
Nieskończone obfitości. Podróże wzdłuż i wszerz, Tom II, Irmon Colliant, Wydawnictwo Uniwersyteckie, wydanie drugie poprawione, fragmenty
Jest bardzo drobną, niewysoką dziewczyną o delikatnych, szczupłych dłoniach i spokojnej, łagodnej twarzy. Jak wszystkie Drzewne Elfy nosi wygodne ubrania z naturalnych tkanin, głównie lnu, w kolorach ziemi. Jest cicha i rozważna, spostrzegawcza, ostrożna, zwinna jak kotka i absolutnie nieuchwytna, jeśli tego zechce. Potrafi, jak każdy wyszkolony druid, przyjąć postać swojego zwierzęcego przewodnika, którym jest dla niej ryś.
Oprócz swoich druidycznych zdolności Irma wykazuje również nadzwyczaj silną więź ze światem duchów, która szczególnie uwydatnia się w miejscach szczególnie uświęconych lub zbrukanych - w sanktuariach i ośrodkach kultu, na dawnych polach bitew, w miejscach kataklizmów lub okrutnych zbrodni. Dzięki tym wyjątkowym umiejętnościom jest w stanie zaglądać daleko w przeszłość miejsc, w których przebywa, potrafi dostrzec wątłe i niezauważalne dla innych sploty magii, oraz porozumiewać się z otaczającym ją światem na poziomie znacznie głębszym, niż większość ludzi, jednocześnie jednak jest szczególnie podatna na ataki mrocznych sił i demonów, więc musi się ciągle mieć na baczności.
Miriya nauczyła ją władania magią żywiołów - najlepiej radzi sobie z powietrzem i ziemią - oraz magią uzdrowicielską, a także języków - Irma mówi płynnie nie tylko w swoim ojczystym języku iaith, ale także po eleseysku, xareseysku i elficku.
Przyszła na świat jako drugie dziecko Athrianhrod Taliyi Gwalladrion, Łowczyni, Tańczącej w Deszczu i Trahaearna Culhwcha Cadwaladera, Znachora, Patrzącego w Gwiazdy, niespełna cztery lata po narodzinach ich pierworodnego Glyndwra Neiphionna Cadwaladera. Gdy tylko w wieku zaledwie dwóch lat zaczęła przejawiać pierwsze oznaki talentu magicznego, Taliya i Culhwch powierzyli nauczanie małej Irminy matce Taliyi, Cerridwyn Miriyi Gwalladrion, Opiekunce, Przewodzącej Cieniom. sami skupiając się na Neiphionnie, do czasu, gdy ten w dniu swoich osiemnastych urodzin otrzymał dyletswydd Strażnika, Gnającego Ku Wierzbom.
Jej własne dyletswydd zostało jej nadane niedługo po szesnastych urodzinach przez samą Miriyę. Od tej pory Irma pełni w swoim plemieniu pełnoprawną funkcję Opiekunki.
Od autorki
No cześć.
Ta karta jest... no, po prostu jest. Jakoś tak wyszło, że bardziej, niż o Irmie, jest o jej plemieniu, miało być na odwrót, ale jakoś nie potrafiłam ożywić tej postaci, nie nakreśliwszy wpierw jej tła, a jak już się wkręciłam w world-building, to wyczerpałam na niego całe pokłady mojej kreatywności na dzisiaj (bo wiecie, w pisaniu najfajniejsze jest robienie researchu zanim się nie zacznie pisać, true story), a i tak jeszcze nie skończyłam. W przyszłości na pewno rozbuduję opis plemienia o kilka dodatkowych informacji, których nie miałam już siły dodać, no i oczywiście sklecę jakiś ładniejszy, pełniejszy obraz samej Irmy, bo to, co tu jest, póki co nie całkiem oddaje to, co miałam w głowie, kiedy ją tworzyłam. Mam nadzieję, że na razie wystarczy i że nie przesadziłam w żadną stronę.
No. To zapraszam.
Obraz stąd.
Daeron || 37 lat || Nordkapp || Zimowi Wojownicy ||
Białe włosy || Ciemnozielone oczy || Blizny na twarzy ||
◊ Przyszedł na świat pewnej zimowej nocy, podczas największej zamieci śnieżnej, jaka zachowała się w ludzkiej pamięci. Jego matka - uznana przez miejscowych za osobę "nie spełna rozumu" (chociaż warto dodać, że nie była taka zawsze), szybko zaczęła rozpowiadać, jakoby jej syn był bękartem samego Sorensena van Tenebera - ale było to jej słowo przeciwko wszystkim, rodowodu w żaden sposób nie szło udowodnić, także cała sprawa przycichła równie szybko, jak wyszła na jaw.
◊ Zaciągnął się do armii w młodym wieku, szukając dla siebie lepszej perspektywy niźli życie na wsi. Szybko okazało się, że walka okazała się jego żywiołem, a ciężki trening - najlepszym przyjacielem. Jego największą ambicją było dostanie się do ostatniej "Dziesiątki", elity Zimowych Wojowników - osiągnął to jednak dopiero po tragedii, która napiętnowała jego życie raz na zawsze...
◊ ... a była nią miłość. Burzliwa, wyniszczająca do cna, wypalająca emocje - miłość. Daeron zakochał się bowiem w czarodziejce, pięknej rudowłosej dziewczynie zwanej Laeną. Nie sposób rozpisać się dość o uczuciu wiążącym tą dwójkę - o ile ich początki były cudowne, koniec okazał się tragiczny. Laena nie była bowem wcale czarodziejką, za którą się podawała, lecz wiedźmą, mściwą i okrutną. Przez lata niemal kierowała Daeronem, odcinając go od przyjaciół i rodziny, by w końcu zniszczyć w nim wszystkie emocje. Mężczyzna stał się więc pustym narzędziem w rękach wiedźmy - lecz wraz z upadkiem jego człowieczeństwa, minęła także miłość do niej. Zabił ją, a głowę magiczki przyniósł do Trystana van Tenebera, wkupując sobie miejsce w elitarnej jednostce. Od tamtej pory poprzysiągł sobie zabijać wszelkie istoty magiczne, jakie uda mu się spotkać na swej drodze.
[nie wiem czy tak może to wyglądać - w razie czego poprawcie mnie, proszę ;) Kontakt z autorką: henichaer56@gmail.com ]
Irytuje się nieustannie, gdy coś idzie nie po jej myśli, a ostatnimi czasy wszystko zaczyna się psuć. Denerwuje się na każdym spotkaniu federacji, nie może wytrzymać, bo się dusi. Czeka na kolejny skandal jak na ścięcie. Zawsze wszystko szło gładko, ale przez nierozwagę jej pobratymców przestało. Lud się zniechęcił, zaczął podchodzić do nich z dystansem. Jest jedną z niewielu, która potrafi przeciwstawić się Achaliusowi Zimfridowi Dagoredowi; wiele razy przekonała się o konsekwencjach tego na własnej skórze. Wystukuje paznokciami rytm typowy dla zirytowanej kobiety, bo wie, że Federacja nie jest już tym czymś, czym była kiedyś. Sama nie jest święta, a wręcz ma sporo za uszami; tylko ona nigdy nie doprowadziła do wybuchu skandalu. Uważa tak, ale wygląda dokładnie, jakby knuła kolejną intrygę. Stara się być silną wśród starszych magów, którzy traktują ją z góry. Chce im udowodnić, że jest warta tego stanowiska, ale i tak zawsze wszystko nie jest wystarczające.
Halu! Zapraszamy do wątków i poszukujemy kogoś do dram. Mail: Xmitchary@gmail.com.
Wielokrotnie umierałem, wielokrotnie byłem wskrzeszany. Bezlitośnie
strącany w odmęty nieprzeniknionej ciemności, gwałtownie wyrywany z
objęć słodkiego niebytu. W strachu, bólu i narastającej rozpaczy.
Błagałem, zaklinałem, ale byłem jedynie bezsilnym obserwatorem. Stapiano
mój umysł i ciało jak grudkę wosku, żeby ulepić z niego nową, posłuszną
lalkę. Walczyłem, odpierałem dziwny głos, który rozbrzmiewał w pustce,
obiecując nie tylko wolność, ale i potęgę, jakiej nie potrafię sobie
wyobrazić. Sprzeciwiałem się, jednak jak długo można odmawiać ratunku,
kiedy myśli plączą się niezdarnie, a ciało zamienia w teatr agonii?
Poddałem się, a mój krzyk zlał się z pustką i wymykając się oprawcom,
sam się nim stałem oraz straciłem o wiele więcej, niż zyskałem - część samego
siebie.
Hej! Zapraszam do wątków, mam kilka pomysłów, jakby co;) Kartę sponsoruje Kronikowy Kącik Kodowania.
Ezma
23 lata | Xaresya | Człowiek | "Kociooka" | Prosta dziewczyna z wioski | Szlachetna rozbójniczka | Cudzokrwista | Prawie-Burzycielka
Prosta dziewczyna z Dolnej Polany, niewielkiej wioski w pobliżu Karagaros, która znalazła się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie. Miała siedem lat, kiedy jako jedyna z rodziny Lorenuk zdołała przeżyć pogrom rodzinnej wsi, przeprowadzony przez oprawców z Karagaros. Od czasu tamtego wydarzenia stale towarzyszy jej strach, żal i jeszcze silniejsze pragnienie zemsty. Jednocześnie z czasem uczyniło ją to osobą odpowiedzialną, troskliwą i przejętą losem bliskich.
Ezma jest lojalna w przyjaźni, szczera i uczciwa. Uprzejma wobec innych, czasem może wydawać się wręcz nieśmiała i niepewna siebie. Sama o sobie miewa dość niskie mniemanie, jest wobec siebie krytyczna i wymagająca. W przypadku niepowodzeń jest skłonna przypisywać winę przede wszystkim sobie, potrafi długo katować się oskarżeniami i męczyć poczuciem winy.
Jest osobą spostrzegawczą i uważną, potrafiącą wyciągać wnioski z obserwacji. Szybko uczy się nowych rzeczy, zapamiętywanie przychodzi jej z łatwością.
W innych okolicznościach być może spędziłaby życie pracując na rodzinnej farmie albo ucząc się zielarstwa, co od dzieciństwa wzbudzało jej zainteresowanie. Los jednak pchnął ją w objęcia zbójeckiej bandy, dowodzonej przez Grigana Rattlina. Piętnastoletnia wówczas Ezma przystała do nich ze względu na częściową zbieżność celów – niepisany kodeks grupy zakazywał im krzywdzenia niewinnych prostych ludzi, mieli oni walczyć z innymi zbójeckimi bandami oraz nadmiernie surowymi poborcami z Karagaros, tym samym chroniąc mieszkańców okolicznych wiosek. Tam dziewczyna przeszła podstawowe szkolenie w partyzanckiej walce oraz zaprzyjaźniła się z Diną, córką Grigana, która z czasem zaczęła być znana jako Lisica, kandydatka na przyszłego herszta bandy. Obecnie dziewczyny są dla siebie jak siostry.
Jako dziewczyna z wioski Ezma jest świadoma swojej pozycji w świecie i pogodzona z tym. Wychodzi z założenia, że najważniejsze jest starać się na miarę swoich możliwości. Potrafi cieszyć się z małych codziennych rzeczy, odnajdować ulotną radość chwili i czuć wdzięczność. Jak większość mieszkańców wiosek Xaresyi wychowana została w bliskości i szacunku do natury.
Chcąc za wszelką cenę chronić mieszkańców wsi wokół Karagaros i nie dopuścić do kolejnych rzezi jak ta, która pozbawiła ją rodziny, Ezma zdecydowała się na ostateczne poświęcenie. Nawiązała kontakt z Zingmarem, czarnym magiem, z lubością bawiącym się plugawymi i niebezpiecznymi praktykami. Zgodziła się, aby Zingmar wykorzystał ją do jednego z eksperymentów – wzorem Zakonu Cierni z Karagaros mag zamierzał sam stworzyć potężnego, niemal niezniszczalnego Burzyciela. Po serii barbarzyńskich i krwawych przygotowań, przeprowadził okrutny zabieg, podczas którego Ezma przyjęła kilkanaście odłamków sidrium. Kryształy rozdarły i okaleczyły ciało i duszę Ezmy, ale dziewczyna otrzymała zdolności Burzyciela.
Z powodu drobnych różnic w procedurach Ezma sama nie uznaje się za pełnoprawnego Burzyciela – co ma dla niej znaczenie głównie ze względu na usprawiedliwienie przed samą sobą tej decyzji.
Moce uzyskane w wyniku eksperymentu:
- nadludzka siła, szybkość i wytrzymałość
- natychmiastowe leczenie obrażeń
- odporność na choroby
- mniejsza wrażliwość na trucizny (i alkohol)
- zwiększona zwinność i refleks
- wyostrzone zmysły, dobre widzenie w ciemności
- moc magiczna (Ezma nie urodziła się z darem magii, cząstkę mocy przejęła od samego Zingmara w sposób nie całkiem zgodny z procedurą)
Jak w przypadku wszystkich nosicieli odłamków sidrium, rozdarta dusza czyni Ezmę znacznie bardziej podatną na wpływ i ataki demonów oraz opętanie. Niepotwierdzone pogłoski twierdzą również, że w ten sposób można otworzyć się także na wpływ Archeosa.
[No i jest nowa karta. Za jakiś czas pojawią się pewnie opowiadania, bo mam naprawdę dużo pomysłów. W nich też zamierzam parę kwestii bliżej wyjaśnić.]
Po czterech godzinach snu, jeszcze nie otwierając w pełni oczu,
włącza ekspres do kawy i zaraz zalewa nieporęcznie duży kubek ze
zdjęciem jego ekipy archeologicznej gorącym wywarem. Za nim zdąży wziąć
łyk kawa ma już optymalną temperaturę i popija ją idąc w stronę swojego
biura. Zasiada w wygodnym krześle i przegląda kruchy papirus w
specjalnej otoczce, chroniącej od dalszego niszczenia, i docierając do
końca zdania mało się nie krztusi. Apollo wskakuje mu na kolana, a ten
chwyta jego pyszczek i z ogromnym uśmiechem mówi mu ''Malen padnie jak
się dowie.'', a po chwili chwyta już za swój dziennik i zaczyna wszystko
notować, jednoczenie zakładając na ucho słuchawkę.
W przeciągu następnego miesiąca porusza niebo i ziemię, aby przekonać
przewodniczącego sztabu lotnictwa, że poza Sequiriusem nie znajdują się
jedynie połacie mórz i oceanów, ale też i inny kontynent. Podczas
konferencji przed odlotem zarzeka się wielokrotnie, że nie doszłoby do
odkrycia gdyby nie jego ekipa, w pełni zadedykowanych archeologów,
specjalistów w swojej dziedzinie, składa podziękowania samemu lotnictwu,
że pomimo luk w dowodach dają mu szanse i gdyby nie to, że Tallis
słynie ze swojej upartości dążenia do celu i pracowitości to jeszcze ktoś mógłby
pomyśleć, że oprócz gadania nie wiele przysłużył się przedsięwzięciu.
(...) Ostatnią rzeczą jaką pamięta, to pieczenie na przedramieniu, gdzie widniało jego znamię i odczytywanie tekstu ze zwoju. Porównywał go z językiem na tablicach znalezionych w ruinach rozległego placu. Apollo zdążył podbiec do niego, ciekawskim wzrokiem sprawdzić co się dzieje, a już po chwili cała ekspedycja znikła i stał przed nimi raczej nietypowo ubrany mężczyzna.
You've been running for so long, you forgot how to walk
Witam się wraz z Tallisem, który sam nie jest pewien czy powinien być niewiarygodnie wdzięczny, że może doświadczać przeszłości z pierwszej ręki czy przerażony, że może już nigdy nie wrócić do swoich czasów, bo jego autorka musiała kombinować.
A tak na poważnie, jesteśmy bardzo chętni na wątki, to mój pierwszy blog o takiej tematyce, także proszę bądźcie wyrozumiali, ale wytykajcie mi błędy jeśli coś gdzieś nie będzie zgadzało się z realiami.
Moja interpunkcja leży, za co z góry przepraszam.
W razie potrzeby kontakt na gg to: 49837101, maila mogę podać, ale rzadko tam zaglądam.
Będę jeszcze prawdopodobnie trochę kartę i powiązania zmieniać, ale nie powinno to być nic drastycznego.
Arty w powiązaniach nie są niestety mojego autorstwa, a internet to taka magiczna rzecz, że faktycznych autorów też nie jestem pewna
Wizerunku użycza Hugh Dancy
Graficzne pomoce czerpałam między innymi z Kurs HTML i Land of Instructions
Od urodzenia uznano mnie za zdrajcę, bo kimże jest córka cudzoziemki o niewiadomym rodowodzie i zdrajcy. Z charakteru także nigdy nie przypominałam otaczających mnie ludzi. Wiecznie zbuntowana, niezależna, miłośniczka poezji, przy której inni zasypiali. Trenowana przez matkę na wojowniczkę, a przez ojca na naukowca, zaskoczyłam wszystkich, nawet samą siebie i nagle poznałam magię. Z natury jestem śmiała i odważna, ale potrafię się podporządkować zwierzchnikom. Nie lubię gdy ktoś mi narzuca swoją wolę, marzę o przygodach i jestem gotowa poświęcić życie dla tego w co wierzę. Jestem Patriotką, ale w dość specyficzny sposób. Zdarza mi się popadać w zadumę i mam słabość do patetycznych gestów. Mam świetną pamięć więc lepiej mi nie podpaść. Lubię być w ruchu, w centrum uwagi, nawet jeśli przy okazji służę za tarcze strzelniczą i zdaje się, iż wykazuję odrobinę poczucia humoru.
one to wiedzą
Mam 25 lat. Nigdy nie dane mi było ujrzeć mojej ojczyzny, choć często śnię o niej. W ogóle śnię bardzo wiele. Kiedyś w czasie jednej z takich pełnych marzeń nocy odwiedziła mnie moja ruda przyjaciółka. Stałyśmy na krawędzi lasu, a może urwiska, a jej głos odbijał się jakby echem od prastarych pni. "Jeden krok, postąp jeden krok ku przeznaczeniu" i ruszyłam. A złoty wąż owinął się dookoła mojej kostki. I tak idę przez życie z tym pojedynczym ogniwem kajdan, niewielką bransoletą z dzwoneczkami, a za mną lisy znak mego przeznaczenia. Od kiedy zostałam wybrana porzuciłam osadę i zostałam łowcą potworów. Bardzo pomaga mi w tym moja moc. Potrafię już:
- Zmieniać się w różne zwierzęta (niestety tylko wtedy gdy uda mi się wypatrzeć im w oczy)
- Przywoływać lisy jako swoich obrońców
- Pobudzać przedmioty do lewitacji
- Chwytać w w magiczna klatkę i rzucać kulami mocy, a także tworzyć ochronne bariery
Podobno w przyszłości będę też mogła:
- tworzyć przedmioty z myśli
- kontrolować rośliny
Jednak jeśli mam taką możliwość, korzystam z bardziej tradycyjnych metod tj. łuku i strzał. Jestem zdrajczynią walczę przeciw cesarzowej.
Zapraszam do wspólnych wątków, a po więcej informacji o rodzicach Tade'i zapraszam do "czytaj więcej". kontakt: fantazjalonka@gmail.com. Rozwiązania graficzne zaczerpnięte ze strony: https://hogwarckie-kodowanie.blogspot.com/, którą serdecznie polecam.
Dookoła szalał ogień. W oczach miał strach i cierpienie. Powoli wszedł na niewielki pagórek i spojrzał na otaczający go teren. Śmierć, pożoga i krew... było tylko to. Wroga armia opuściła już pole bitwy. Trupy zaścielały prawie każdy spłachetek ziemi. Słychać było jęki niedobitków, ale już nie zwracał na nie uwagi. Przyzwyczaił się. Po twarzy spływał mu pot wymieszany z krwią. Zginęli wszyscy jego towarzysze. Przeżył tylko on. On, który pragnął umrzeć. Znów musiał to przechodzić, klęskę, poniżenie i rozdzierający, przeszywający za każdym razem ból. Wyprostował się, rozłożył ręce i wychylając głowę w górę krzyknął na całe gardło. Potem osunął się na kolana i rozmyślał.
Wszystko zaczęło się od tajemniczej księgi znalezionej kiedyś w podziemiach zamku, w którym mieszkał. Cała pokryta tajemniczymi symbolami na czarnej okładce kusiła i przyciągała. Wiedział, że nie powinien był jej otwierać... Ale jednak w końcu to zrobił. Gdy spojrzał na pierwszą stronę poczuł nieodparty przymus wyduszenia z siebie głosu i zaczął czytać uważnie każde słowo. Chciał to przerwać, ale nie mógł. Czuł jak zaczęła emanować wokół niego jakaś energia. Poczuł w sobie dziwną i niebezpieczną siłę. Po pewnym czasie zamilkł, a księga sama się przekartkowała i zamknęła. Odetchnął i odwrócił się, chciał jak najszybciej opuścić to pomieszczenie, ale przed nim pojawił się mężczyzna w kapturze. - Od teraz należysz do nas - odezwał się głuchym, basowym głosem, po czym schwytał go za nadgarstek, na którym wypalił jakiś symbol i zniknął. Od tamtej pory słyszał w głowie tajemnicze głosy, których nie rozumiał. Odkrył w sobie również talenty magiczne i zaczął szukać informacje na temat magii i tajemnych istot. Dowiedział się, że jego rodzina wywodzi się z linii siostry ostatniego cesarza słońca Jaerisa III, co dało mu wiele do myślenia i wzbudziło różne podejrzenia, bowiem znał historię o potężnym władcy. Coraz bardziej wciągał się w mroczny świat. Aż w końcu pewnego dnia wdał się w pojedynek z innym magiem, od którego pragnął wyciągnąć zakazane arkana. Przegrał i... zginął. Ale tylko na jakiś czas. Został bowiem ożywiony przez tego samego demona, który niegdyś go naznaczył. - Słuchaj uważnie - rzekł. - Zdobyłeś już wystarczającą wiedzę, abym mógł ci to powiedzieć. Starożytny świat nie przepadł. Wciąż jest i my, przedstawiciele rasy demonów pragniemy, aby potęga Saranii powróciła. Niestety sami nic nie zdziałamy, dlatego potrzebujemy ciebie, dziedzicu czarnej magii. Od teraz będziesz nam służył i wykonywał nasze polecenia już na zawsze. Śmierć nie będzie ci straszna, ponieważ dajemy ci nieśmiertelność, abyś mógł nam godnie służyć. A teraz odejdź. Gdy będziesz nam potrzebny damy ci znak.
Na początku nowe powołanie wydawało mu się bardzo odpowiednie i ciekawe, lecz z czasem czuł już tylko gorycz. Morderstwa, zsyłanie dusz niewinnych ludzi, poszukiwanie tajemnych zwojów... Miał tego dość. Pewnego dnia postanowił dołączyć do oddziału walczącego z Cieniami, aby zrobić w końcu coś wedle swej woli. Lecz to także nie dało mu szczęścia. Walki za każdym razem kończyły się porażką i jego towarzysze ginęli, a on przeżywał. Świat stawał się coraz bardziej niebezpieczny i miał wątpliwości, czy powrót demonów coś temu zaradzi.
Gdy słońce wychyliło się zza horyzontu, wstał i ruszył pomiędzy trupami przed siebie. Czekał na nowe zadanie...
Charakterystyka
Reyhar jest z natury cichą, zamkniętą w sobie i spokojną osobą, choć czasami potrafi zaszaleć. Wyprowadzić go z równowagi również nie jest łatwo, ale gdy się do tego doprowadzi można nieźle pożałować. Odkąd został sługą demonów i pogrążył się w arkanach czarnej magii stał się samotnikiem i zaczął unikać ludzi. Pozrywał kontakty z przyjaciółmi, a rodziny po jakimś czasie już w ogóle nie odwiedzał. Czasami lubi tylko pogadać z jakimiś osobami w karczmie. Szczególnie odpowiada mu towarzystwo artystów, którzy wydawali mu się zawsze ludźmi pełnymi szczęścia i radości, nie znającymi smutku, który był mu bardzo bliski. Sam też lubi podśpiewywać i nucić pieśni, ale robi to tylko w samotności, najczęściej w nocy, siedząc na dużym kamieniu lub polanie pośród lasu z akompaniamentem szumu liści. Można by powiedzieć, że ma dwie strony osobowości. Jedna jest łagodna, romantyczna, z nutką melancholii, druga zaś zawzięta, gwałtowna i okrutna. Pragnie znaleźć ukochaną osobę, drugą połówkę, która by go wspierała i pocieszała w trudnych chwilach, lecz jak dotąd to mu się nie udało. Może dlatego, że oczekuje pełnego oddania i poświęcenia, idealnego uczucia, a nie krótkiej przygody? Głosy, które słyszy każą mu niekiedy składać ofiary i zsyłać dusze. Początkowo nie chce tego robić, lecz wie, że inaczej demony nie dadzą mu spokoju i zaczną go torturować. Spojrzenie w oczy ofiary jest dla niego najgorsze i zarazem spełnia rolę punktu kulminacyjnego. Potem, zadanie śmiertelnego ciosu sprawia mu już tylko dziwną przyjemność, przez którą wpada w niebezpieczną pasję. Zawsze przy zsyłaniu duszy musi odprawić na koniec rytuał, po którym traci siły i wszelkie chęci, uświadamiając sobie, że zabił niewinnego człowieka. Mimo, że służył nieznanym siłom i pochłaniał się w mrocznych i niekiedy zakazanych tajnikach magii przynosiło mu to wyrzuty sumienia.
Dodatkowe informacje
Nauczył się porozumiewać z demonami, którzy nazywają go ironicznie księciem demonów. Nie lubi posługiwać się magią krwi, której to też jeszcze dobrze nie opanował, za to magię ciemności ma wyćwiczoną do perfekcji. Czasami woli walczyć tylko swoim mieczem. Płynie w nim krew starego velarysjskiego rodu. Kiedy nie czuje potrzeby nie odzywa się. Jest wrażliwy na piękno. Czasami popada w furię, która go całkowicie zaślepia. Nie próbuje uwolnić się spod jarzma diabelskich istot, ponieważ wie, że to nie ma sensu i spotkało by go coś o wiele gorszego od śmierci. Nie mogąc zaznać szczęścia pragnie umrzeć.
Jasny księżyc przetaczał się przez krąg ciemnych chmur, które już zdołały zasnuć całe nocne niebo, nie pozostawiając przy tym żadnej gwiazdy. Piękny księżyc, choć budził zachwyt, pozostawiał teraz nikłe uczucie niepokoju. Rozpoczynał właśnie swoją wędrówkę po niebie, sunąc się po nim niczym delikatna, nieskazitelna łuna. Choć był piękny, to z każdą minutą ciszy panującej na równinie to nikłe uczucie niepokoju, stawało się coraz silniejsze. Wiatr umilkł już dawno, tuż po zachodzie słońca. Nic nie szeleściło w trawie, nic nie szeptało. Nawet mieszkający nieopodal chochlik bał się wyjrzeć przez okno swojego cieplutkiego, miłego domu.
Kiedy tylko piękny księżyc znalazł się na samym czubku ciemnego nieba, nadeszła północ. Wtedy, przez kilka sekund zapanowało nagłe poruszenie. Wiatr zawył wściekle, poruszając się między wysokimi trawami, kołysząc gałęziami drzew pobliskiego lasu, rozwiewając włosy młodzieńca. Ten wpatrywał się we wszystko z zachwytem, podziwiając piękno oraz niezwykłość natury. Sowa wydała z siebie kilka głośnych dźwięków, a potem odleciała, nie chcąc patrzeć na to, co się zaraz stanie. Cichy trzepot skrzydeł umilkł raptownie, żeby znowu mogła zapanować niepokojąca cisza.
Młodzieniec spojrzał w zasnute chmurami niebo, chcąc dojrzeć choć jedną z gwiazd. Jednak niebo tej nocy nie dało mu tej przyjemności. Chmury odsłaniały tylko jasno świecący księżyc, tak jakby się przed nim rozstępując. Wiatr zawył jeszcze raz, po raz ostatni tej nocy. Przyniósł ze sobą zimny podmuch, który został już z młodym chłopakiem. Ten westchnął, obejmując się ramionami. Chciał się ogrzać, jednak bezskutecznie.
Minęło kilka minut, a on jeszcze siedział z głową zadartą do góry. Wciąż nie tracił nadziei, że jego ukochana przyjdzie. Tak samo wciąż przywoływał w pamięci słowa kobiety spotkanej dziś na targu, ledwo starszej od niego. Choć była piękna, to on jej się bał. Oczy miała zamglone, skórę bladą. Jednak największy strach budziły w nim jej czarne włosy, które zakrywały prawie cały czas jej twarz, jakby chcąc coś przed nim ukryć. Chwyciła go wtedy za ramię i wyszeptała kilka słów, które chyba już na zawsze pozostaną w jego umyśle. Nigdy nie zniknął. Może je zagłuszy, ale one i tak tym prędzej do niego wrócą. Nie wiedział, kim była i nie chciał wiedzieć. Nikomu o tym dziwnym spotkaniu nie powiedział, nawet swojej ukochanej Evie.
Poczuł, jak krople wody powoli lądują na jego twarzy, żeby potem po niej spłynąć. Odetchnął cicho, podnosząc się z zimnej ziemi, która zaraz miała stać się mokrym błotem. Rozejrzał się w poszukiwaniu ukochanej, starając się choć trochę rozgrzać. Nigdzie jej nie było. Nie widział jasnych puklów włosów, pięknej, niebieskiej sukni. Nie słyszał jej cudownego śmiechu. Zamiast tego w jego uszach zagościł bardziej nieprzyjemny dźwięk. Coś trzasnęło, zagrzmiało. Ponownie podniósł wzrok, a z jego ust wydobył się cichy szept. Burza. Jak powiedziała upiorna kobieta dzisiaj na targu.
∞
Selene Lune siedziała w ciemnym pomieszczeniu, na łóżku. Wpatrywała się w tańczący płomień świecy, jedynego oświetlenia małego pokoju w gospodzie. Paznokcie wbijała w skórę swojej dłoni, chcąc odwrócić swoją uwagę bólem. Zamknęła oczy, słysząc, jak uciążliwy dźwięk wciąż szumiący w jej uszach narasta. Grzmoty, szum drzew, wiatr wyjący po polu. Mimo iż była daleko od miasta, gdzie przejść miała dzisiaj niszczycielska burza, to ona i tak słyszała coraz głośniej jej odgłosy, jakby znalazła się w jej centrum. Szept. W końcu pośród głośnych odgłosów burzy usłyszała cichy szept. Miała rację. Wariatka miała rację. Uśmiechnęła się delikatnie, jednak nie był to wesoły uśmiech, tylko smutny, jakby czegoś żałowała. Pośród grzmotów jeden wyróżnił się, ponieważ nagle huknął w jej uszach. Wzdrygnęła się, prawie krzycząc. Krzyk młodego chłopaka. Był całkowicie niewyraźny, ale przepełniony bólem i przerażeniem.
Cisza. Została już tylko cisza.
Płomień świecy zatańczył już ostatni raz, a potem zgasł, pozostawiając po sobie tylko nikłą nitkę dymu. Selene rozluźniła dłoń. Pogładziła ją, czując, że przebiła się aż do krwi.
— Umarł — szepnęła do siebie, opadając na niewygodne łóżko. — Oni nigdy nie słuchają moich ostrzeżeń. Po co ja się staram?
RELACJEDZIENNIKHISTORIA
Witam wszystkich. Oczywiście zapraszam do wątków.
fc: Kaya Scodelario kontakt z autorką: Gmail: karolina.zochowska24@gmail.com GG: 63855484 Twitter:@tovuriel
24 wrz 2017
Nathaniel → 26 lat → Włóczykij → Syn wiedźmy
Szedł z rękoma w kieszeniach, z
plecakiem przerzuconym przez jedno ramię. Szedł, uśmiechając się
do zwierzątek, puszczając oczko każdej mijanej dziewczynie. Gdy
zapadała noc już nie szedł. Siadał, rozpalał ognisko, modlił
się, dziękując bogom za strawę, jadł i szedł spać. O świcie
wstawał i znów szedł.
To nie tak, że jedynym celem w jego
życiu było chodzenie. Chociaż ukochał tę czynność bardzo.
Szukał miejsca dla siebie, w którym mógł osiąść na okres
dłuższy niż kilka dni.
Chociaż uśmiechnięty i wiecznie
pogodny, z duszą na ramieniu, Nathaniel ma spore problemy z
zaufaniem. Lubi ludzi, lubi ich towarzystwo, jednak o swoim życiu
nie opowiada. Nie zdradza również, kim jest i czym się zajmuje.
Usiadł na powalonym drzewie. Zdjął
plecak i sięgnął po sakiewkę z wodą. Upił kilka sporych łyków
po czym spojrzał przed siebie. Przed nim rozciągały się góry
Drahi. Oznaka tego, że zbliża się już do Yvelii. Jednego z
najpiękniejszych miast Xaresyi. Poruszył dłonią, szepcząc coś w
dziwnym języku. Tuż obok niego na pniu wyrosła mała roślinka.
Przede wszystkim dziewczę osobliwe, które w oczy by się rzucało nawet wśród ciżby. Mówić prawie nic nie mówi, a jak już, to po nordycku jeno. Ubrana w skóry same, zszyte pokracznie, jakby sama się tym zajmowała. Boso stąpająca. Oczęta zaś, przejrzyste jak górski potok i jasne niczym niebiosa przed samym świtaniem, błyskają bystro, choć i zwierzęcą dzikość w nich się zoczy. To już nie dziecię, lecz przez wzrost swój i postawę chuderlawą za takie może łatwo uchodzić. Z broni przy pasie ma tylko nożyk, ktoś niewprawny mógłby ją wziąć za cel łatwy, ale sam bym raczył baczności się trzymać. Te oczy, oczy mówią, że niewiele ma poszanowania dla ludzkich ocen i gry pozorów.
Skąd pochodzi? Kim byli jej rodzice? A bo to ktoś wie. My, lud z Qurji, wioski w okolicy jedynej, uważamy ją za pewnego rodzaju ducha lasu. Niewiele zresztą w niej z człowieka. Rzadko bywa blisko naszych domostw, a i wtedy jej znaki są tak znikome, że oko niewprawne uzna je za zwierzęce. Czasem naprowadza zaginionych. Kiedy indziej przegania myśliwych, co zaszli za daleko wgłąb lasu. Wielu wątpi w jej ludzkie dziedzictwo. Sam swoje wiem. Widziałem ją. Takich na palcach jednej ręki można policzyć. Człeków zaś, coby z nią słówko zamienili, mamy dwóch. Szewca i mnie. On uparcie przy swoim trwa, ale wielu traktuje go z przymrużeniem oka. Ten w wiele dziwnych rzeczy wierzy i wiele dziwnych mówi. I do moich rewelacji są sceptyczni. Wiem, lubię sobie popić, ale gdyby nie to dziewczę, po dziś dzień błąkałbym się po lasach albo i w nich sczeznął w paszczy zwierza dzikiego czy za sprawą głodu samego. Co tu dużo mówić- upiłem się w sztok i bogowie raczą wiedzieć po jaką cholerę polazłem w góry. Ocknąłem się w całkiem obcym miejscu, matecznika bliskim. Wędrowałem godzin kilka, lecz nie trafiłem na nic mi znanego. Szarówka zapadała, a że jesień mroźna była, ogień musiałem rozpalić, bo bym na kość zamarzł i tak by się głupi pijacki pomysł skończył. Nad ranem była obok. Na drzewie z naprzeciwka. Nieruchoma niby kamień, ale we mnie wprost wpatrzona. Po chwili, zwinnie jak kuna, zeszła na ziemię. Bez słowa ruszyła w las. Powoli na tyle, żem mógł za nią nadążyć. Choć po suchym listowiu stąpała, dźwięk jej kroków można by pomylić ze stąpaniem myszki. Z początku mówiłem do niej po eleseysku, bo na obcą wyglądała, ale, bez nawet zerknięcia przez ramię, oznajmiła, że nie rozumie. Pytania w języku rodowitym zbywała. Była chłodna, trochę jakby smutna, można by rzec, że na melanchoniję ciężką cierpiąca. Prowadziła mnie dobrą godzinę, potem oszczędnie w słowach wyjaśniła dalszą drogę. I przepadła w swoim lesie, szybko i cicho, jak zjawa.
-W butach chadza niechętnie, oszczędza je aż do przesady. Zwykle wiąże je u pasa.
-Widzi i po zmroku, słyszy i najlżejszy krok, i najpłytszy oddech z dala.
-Swe włosy, trochę brązowe, trochę płowe, jakby miejscami słońcem rozjaśnione, wiąże w praktyczny warkocz (niezbyt długi, ledwie za ramię sięgający, ale gruby).
-Mistrzyni pułapek wszelkiego rodzaju (za priorytet uznaje szybką śmierć).
-Zawsze ma przy sobie notes z pergaminowymi kartami i kawałek węgla. Z rzadka posługuje się nim do porozumiewania się, zwykle po prostu rysuje lub pisze (poprawnie jest w stanie zapisać aż swoje imię i niektóre litery). Strony są wielokrotnego użytku, zbytnio nie ma nic na sprzedaż, a i wyprawa do miasta jej się nie uśmiecha.
37 lat | Człowiek | Najemne ostrze | Zdrajca, bluźnierca i światoburca
Człowiek bez przeszłości i najprawdopodobniej bez przyszłości - istnieje większa szansa, że któregoś dnia zginie z ręki swoich sprzymierzonych wrogów niż dożyje późnej starości. Kainan to człowiek, który wyrąbuje sobie drogę przez krainy i karty historii w dość nieprzyjemny oraz absolutnie brutalny sposób.
Jego wioska w krainie Velaru nie różniła się niczym szczególnym od szeregu innych wiosek rozproszonych po całym tym przeklętym, zamkniętym i rządzonym przez krwawą władczynię kraju. Głowa młodego Kainana nie była jednak wypełniona poczuciem obowiązku wobec władcy i pracy w polu, ale setką przygód wymyślanych po nocach. Czy w przyszłości zostanie wielkim magiem, honorowym paladynem czy złym i groźnym wojownikiem? Jego imię pojawia się w szerszych kręgach kilkadziesiąt lat temu, kiedy naiwnie uciekł z ciepłego domu, by przeżyć przygody o jakich śnił na co dzień. Wydawało mu się, że da radę, od czegoś musiał zacząć, chciał życia innego niż wszyscy... I chciał go w tym momencie. Dziecięcy zapał starł się jednak z rzeczywistością, gdy przez wiele dni tułał się bez świadomości po mrocznych puszczach i dzikich lasach. Nie wiedział, gdzie miał iść i jak wrócić do domu, zdając sobie sprawę jak naiwnym był gnojkiem. Uciekał przed dzikimi zwierzętami i przypadkowymi ludźmi. Nie chciał umierać, bo nie tak kończyli bohaterowie z bajań, które słyszał w wiejskiej karczmie. W wyniku niefortunnego wypadku oraz starcia stracił jednak prawe oko, a czarna, pusta dziura wyzierała na świat, gdy zakrwawiony upadał na korzenie wielkiego jesionu pośrodku polany. Znaleźli go bandyci przemierzający Velaru w poszukiwaniu słabych wiosek, które mogli najechać - w końcu władczyni i tak miała "ważniejsze" sprawy na głowie. Początkowo potraktowany jak zwyczajny trup, Kainan przeżył jednak rozległy krwotok choć nie wiadomo jak. Przygarnęli młodego chłopaka, ale nie jako kogoś kogo chcieli szkolić - jako zwyczajnego niewolnika spełniającego polecenia bandziorów, służalczego dzieciaka od wszystkiego. Czasy tam były gorsze od wszystkiego co sobie wyobrażał, a spędził tam ponad 10 lat. Nienawidził ich za wszystko, a najbardziej siebie za gorycz która w nim rosła, a której nie mógł się pozbyć w żaden sposób. Któregoś dnia w końcu sięgnął po nóż i rozpłatał gardło drugiemu chłopcu służebnemu, który ukradł mu kawałek wędzonego płatu świni. Zrobił to w wielkim gniewie i szale, pozostawiając z twarzy znienawidzonego dryblasa tylko krwawą miazgę, ale nie żałował. Pierwszy raz w życiu poczuł coś, czego nie czuł od dawna i było to bardzo miłe uczucie - poczucie władzy i siły. Po wielu latach przebywania w zepsutym, bandyckim środowisku Kainan zdał sobie sprawę, że jeśli chce się czegoś w życiu należy po to sięgnąć i nie patrzeć się wstecz na kogokolwiek. Dbać tylko i wyłącznie o siebie.
Zmieniony Kainan zaczął pisać krwawe karty historii, dostając się w szeregi bandyckiej hołoty i ucząc się walki niczym jeden z nich. Został bohaterem i wojownikiem, ale nie tego rodzaju jakiego chcieliby od niego bogowie. Nie znał poczucia sprawiedliwości, litości czy więzów. Zdradzał i mordował towarzyszy, by zabrać ich część łupów. Nie oszczędzał i nie wysłuchiwał błagań o litość. Można powiedzieć, że stał się skorupą człowieka wypełnioną sprzecznymi i wyjątkowo gorzkimi emocjami, które wsiąkły w jego serce tak bardzo, że żadna moc nie mogła tego usunąć. Bandyci zapamiętali jego zdradę najdotkliwiej, gdy nasłał na nich straż cesarską w zamian za godziwą zapłatę. Patrzył ze wzgórza jak płonął obóz, któremu zawdzięczał zarówno coś pożytecznego jak i całą masę złych wspomnień. Rozpoczął nowy rozdział w swoim życiu i wyruszył w świat jako najemne ostrze gotowe zrobić wszystko za odpowiednią opłatą.
Po wielu latach zyskał wyjątkowo sprzeczną reputację. Znany jest jako człowiek bez wahania podejmujący się wysoko opłacalnego zadania, nieważne jak ohydne by ono było. Można być pewnym, że nieważne co by się stało Kainan zadanie to wypełni do końca - chyba, że znajdzie się ktoś kto zapłaci mu więcej. Pociąga go strach jaki wzbudza wśród ludzi, gdy wędruje do miast by uzupełnić zapasy. Zyskał przydomek "Wiarołomca" przez wzgląd na zdrady jakich się dopuścił, czy to by pogłębić swój majątek czy by pokazać, że jego wewnętrzne zło jest większe od tego obecnego u najgorszego z bóstw. Plotki głoszą, że był nawet w stanie poświęcić swoje trzy naiwne żony w ofierze starożytnemu bóstwu poznanemu w odległych krainach, by zyskać jego uznanie - czwarta zdążyła uciec i zaszyć się w miejscu, gdzie ma nadzieję, że Kainan nigdy jej nie znajdzie. Wojownik zawiera tajemnicze układy, jeśli są dla niego opłacalne lecz z dnia na dzień zyskuje więcej wrogów jak przyjaciół. Oglądanie się za ramię stało się częścią jego codzienności, ale taka jest cena bycia bohaterem wyrwanym z koszmarów, a nie pięknych pieśni barda.
"Gdybym miał miedziaka za każdego kretyna, którego spotykam, mógłbym kupić całe Velaru."
____
Melodia pod imieniem. Hej ponownie! Postać wzorowana na moim bohaterze z Fable: The Lost Chapters, który jest niereformowalny jeśli chodzi o zły charakter, uczynki i generowany przestrach (uwierzcie, że gonienie kupca przez pół wsi, by mu opchnąć głupi miecz to nic wesołego... Ja mam tylko rogi na głowie, no!) :) Historia z żonami jest prawdziwa - trzy poświęciłam w ofierze Skormowi, czwarta zdążyła dać mi rozwód jak przyszłam po nią do miasta... Fuksiara, wiedziała co się święci.
Wizerunek mi nieznany, ale przerobione cytaty pochodzą od Viconii (Baldur's Gate 2) oraz Kagaina (Baldur's Gate). Gif z Dark Souls.
Niegdyś był jednym z najlepszych łuczników, o jakich słyszał ten świat. Talent odziedziczył po ojcu — mężczyźnie, który był nie tylko jego jedynym żyjącym krewnym, ale też najlepszym przyjacielem i cierpliwym mentorem. Razem tułali się po świecie, starając się ukryć przed innymi znajdujące się na ramionach tatuaże, świadczące o przynależności do Wybrańców Świtu. Reluvethel, bo tak nazywał się ojciec Iolratha, nie doczekał jednak momentu ich wspólnego osiedlenia się na ziemi, która była ich celem, czyli w Xareseyi. Pozostawił jednak swojemu synowi gromadzony przez lata majątek: ilość pieniędzy wystarczającą na wybudowanie sobie posiadłości i zgromadzenie służby.
To drugie nie było Iolrathowi potrzebne. Na swojej drodze spotkał on bowiem grupkę ludzkich osadników. Ich rozwalające się chaty stały na skraju Yvelii, dokładnie w miejscu, które elf upatrzył sobie na plac budowy swojego niewielkiego pałacu. Początkowo nie chcieli opuścić dotychczasowego miejsca zamieszkania, jednakże ostatecznie udało im się dobić targu: pozwolą zburzyć domy i w ich miejscu wznieść pałacyk, a w zamian za to Iolrath zapewni im pracę i opiekę. W ten oto sposób parunastu mężczyzn razem z żonami i dziećmi stało się mieszkańcami elfiego pałacu. Co prawda ich komnaty znajdują się w podziemiach, jednakże Iolrath zapewnia im życie na przyzwoitym poziomie, a także regularnie płaci za pracę na przylegających do posiadłości polach.
Na tym jednak jego rola się nie kończy. Elf nieustannie przygarnia pod swoje skrzydła kolejne grupki zwykłych śmiertelników, a wieść o "xaryseyskim opiekunie ludzi" krąży po świecie i sprowadza pod jego bramy coraz to nowych biedaków.
Cześć! Powracam z nową postacią. Na GIFie Haldir Craig Parker.
Kazuya Blade
Najemnik I Velaru I Asanthea I Saranin I 24 lata I Na usługach Cesarzowej Seleny De Ragharys I
I Zawładnął nad Cieniem przez co zyskał nowe moce I Zakochał się w walce I Nie jest lojalny, służy temu który więcej płaci I
Cesarzowa Selena wydała rozkaz zniszczenia wioski opętanej przez Cienie. Kazuya wraz z innymi żołnierzami cieszył się z kolejnego powodu do zabijania ludzi. Napadli na wioskę z samego rana i wyeliminowali ludzi kontrolowanych przez cieni, na swojej drodze napotkał jaskinię do której postanowił wejść samemu. Po kilkunastu metrach było bardzo cicho i ciemno, ale mimo tego nie bał się bo miał przy sobie swoje dwa miecze. Został znienacka zaatakowany przez Cień, który wszedł do jego ciała i zaczęła się walka o jego umysł. Walka była długa, ale dzięki silnej woli oraz silnemu organizmowi poskromił on Cień i zawładnął nad nim. Od tamtego momentu wiedział, że nikt nie może się o tym dowiedzieć i po wyjściu z jaskini zabił żołnierzy z którymi przybył. Wrócił do Cesarzowej z o wiele większą żądzą krwi i władzy. Czeka z niecierpliwością na kolejne wyzwania!
Jaskółka, siostra burzy, żałoba fruwająca ponad głowami ludzi, w których się troska błąka. Jaskółka znak podniebny, jak symbol nieuchwytna, zwabiona w chłód katedry. Przestroga i modlitwa. Nie przetnie białej ciszy pod chmurą ołowianą, lotu swego nie zniży nad łąki złotą plamą. [...] Jaskółka czarny brylant, wrzucony tu przez diabła.
Orifiel von Teneber
nordkapp | daleka kuzynka władcy | zmiennokształtna | jaskółka | kobieta-wojowniczka | szesnaście lat | ukrywa tożsamość | panna na wydaniu | podróżnik | zimno jej nie przeszkadza | okryta od stóp do głów | orifiel wieczna dziewica
Splunęła krwią, która popłynęła z jej ust, unosząc się z klęczek i spoglądając na starszego brata. Wyszczerzyła zęby, niczym wilczyca, warcząc i posnosząc się z kolan. Chusta owijajaca jej głowę, chroniąca ciemne pukle przed słonym wiatrem, rozwinęła się. Zerwała ją w gniewie, jednocześnie rzucając materiał na twarz brata i uderzając znienacka w odsłonięty brzuch. Płaskie uderzenie w bok głowy i dobicie kolanem między nogi. W swoich ruchach była oszczędna, szybki atak, cofnięcie się na bezpieczną pozycję, z daleka od długich ramion starszego brata. Zimna ziemia nie pomagała przy upadkach, wiatr hartował ich dusze i zmuszał do umiejętności balansowania pomiędzy życiem i śmiercią. Znów walczyli. Rok za rokiem, choć to on zostanie rycerzem, a ona będzie rodziła dzieci. Rok za rokiem, jej krew coraz rzadziej znaczyła klepisko areny. Na klęczkach modliła się, w dzień gdy jej brat został pasowany, a gdy zapytał czemu nie chce przyjąć miecza, nie chce znać tego oręża, sięgnęła po buławę najeżoną kolcami, by oznajmić mu, że przecież jest tylko kobietą. Jednak zamiast zostać żoną, wyruszyła w podróż. W jej tańcu brzmią nuty walki, w jej śpiewie ryczy zawołanie do bitwy. Szuka wolności, chociaż wie, że niedługo będzie musiała poświęcić ją na rzecz ogniska domowego. Jedno jest pewne, jeśli ma zostać zamknięta w klatce to tylko tej najpiękniejszej, aby zwać się królową.
Tytuł i cytat: Borys Stan - Jaskółka uwięziona.
Na wizerunku Maryia Andreevna.
Pragnę przygody, akcji, dramatów i wyborów. Witam!
- chciałbym stąd uciec, lecz boję się,
że Stukostrach zabierze mnie.
przędący myślą, tkacz
suchokarta, karta zawierająca
podstawowe, suche fakty. Tyle, co potrzeba wiedzieć drugiemu
graczowi i mistrzowi gry (hej hej, o ile występuje tu takowy).
credits: Mateusz Trembaczowski
Demagog Abis, czasem zwany Demis lub z
imienia Abis.
Płeć zazwyczaj przybiera męską.
Aczkolwiek bardzo rzadko, zdarzyło mu się przywdziać postać
żeńską, używa jej jedynie na polu bitwy, gdzie tysiące rannych
żołnierzy potrzebują ukojenia.
Wiekiem z wyglądu młody, na 25 lat
wyglądający, choć dusza o wiele starsza, pamiętająca jeszcze
czasy tak odległe jak Początek.
Rasa... kto wie jakiej rasy można by
go przydzielić, widmo, cień, zjawa, demon..
Dobytek zdaje się, nie jest mu wcale
potrzebny, co pomyśli to utka, choć rzecz jasna są to twory
niestałe i on sam musi mieć z czego je utkać.
Pierwsze co ci się rzuca w oczy, to
jego wygląd, strasznie odkrywcze, czyż nie? Średniej wysokości postać, dosyć
szczupła, umięśniona w ramionach, czego jednak nie widać pod
luźnym odzieniem, niezbyt szeroka w barkach, wąska w talii, twarzy
jego nie dostrzeżesz zza maski równie barwnej, co mrocznej, a
jakbyś próbował ją ściągnąć będzie jak przyklejona do jego
twarzy. Przez szpary na oczy wyglądają czarne oczy umalowane farbą
równie ciemną, w oczach jakby tli się ogienek, dziwny ruchomy
odbłysk, jakby tlący się węgielek. Gdy mówi, mówi czysto, a
maska nie tłumi jego słów, jakby jej tam nie było. Głos ma
głęboki, chropawy, cichy, choć brzmi jakby mógł pięknie śpiewać
tym głosem. Czasem można dostrzec kosmyki włosów o różnej
barwie od czarnej, po brąz i jasny płowy. Z szyi zwisa maleńka
sakiewka zawieszona na rzemyku. Większą część ciała pokrywają,
wydawać by się mogło, losowo wybrane szmaty. Luźne i przydługie
koszule, kapoty, płaszcze, długie, szyte z różnych kawałków
materiałów, zakończone frędzlami czy różnymi splotami, kaptur
zakrywający głowę z komicznie doszytymi uszami jakiegoś zwierza,
może lisa, luźne czarne lniane spodnie przewiązywane na biodrach
szerokim pasem, z którego zwisają niewielkie skórzane sakwy,
koraliki, maleńkie czaszki zwierząt i bliżej nieokreślone
drobiazgi splecione w sznur. Na nogach praktyczne skórzane buty z
cholewami z króliczego futra, zawiązywane rzemieniem. Dłonie
zakrywają rękawice z doszytymi na końcach pazurami jakiegoś
drapieżnika.
Przez większą część roku
zamieszkuje na Wyspie, przebywa na cmentarzach i mogiłach, sypia w
kryptach lub porzuconych grobach, gdzie ból i rozpacz jest
największa. Jednak nie trudno go znaleźć też w innych krainach.
Pojawia się nieproszony w miejscach rzucania czarów i skupiskach
czarnej magii. Zdaje się czegoś szukać... Łatwo go przywołać,
wystarczy tylko znać jego imię, by tymczasowo był na usługach
wzywającego. Głowy państwa nie przyznają się do tego, że już
nie raz go wzywali, gdy tylko odkryli jego mały sekret. Pozostaje w
bliskim kontakcie z Wenedami. Jest znany a jednocześnie zapomniany,
jakby ich umysły spowijała nić demencji. Często przesiaduje też
przy świątyniach i posągach bogów, a jego oczy spoglądają nań,
jak i na kapłanów kpiąco.
Zaczynał niezgrabnie, badając i
oceniając granice, nie raz musiał zacierać swoje istnienie, gdy
robiło się zbyt niebezpiecznie, gdy istniały podejrzenia, że jest
jednak tym, kim jest, jakkolwiek lud tych krain go nie nazwie.
Demonem? Cieniem? Tym, który wchodzi w ich głowy i miesza w umyśle?
Nie jest w tym ekspertem, nie starał się być, pierwsze próby
wniknięcia w ludzkie głowy były katastrofą. Był obłęd i
szaleństwo, krwawe masakry i rzezie. Nie nie nie, nie chciał robić
z siebie czarnego charakteru. Potrzebował tylko informacji,
potrzebował języka, mowy, stylu i obycia. Potrzebował pamięci
życia i ciała. Szybko pojął, że był zbyt brutalny, gniotąc w
palcach ich umysły jak kruche orzeszki, zamiast musnąć tylko i
wyciągnąć odpowiednią nić informacji.
Wydaje się jednak, że przynosi więcej
pożytku niż szkody. W pierwszym odruchu, gdy przybył do tego
jasnego świata było wymyślenie swojej postaci materialnej, do tego
rzecz jasna potrzebował wielu czarnych myśli i złych słów, ale
udało się. Nadal jest to jednak postać niestała, potrzebuje do
tego ciągłego utrzymywania jej, co jest równoznaczne z dalszym
żerowaniem na ziemskich istotach. Zazwyczaj nie jest to trudne. Z
początku wręcz przyciągał do siebie takie postacie pełne
negatywnych emocji i było ich coraz więcej, aż stał się
przesycony i rozchorował się. Potrzebował znaleźć sposób by móc
wykorzystać ten nadmiar. Do tego czasu utkał wokół siebie aurę,
ledwie widoczny czarny dym, smużki, które go oplatały i leniwie
oblewały jego ciało, wprawiając w konsternację kogokolwiek, kto
koło niego przeszedł. Trzeba mu się dokładnie przyjrzeć by je
dostrzec i określić go mianem odmieńca. Aura ta była jego barierą
i ochroną, a jednocześnie nie była na tyle stabilna by nic przez
nią nie przepływało. Jeszcze nie poznał sposobu by wchłaniać i
jednocześnie nie chorować, by wykorzystać tą energię nie na
przesyt, tylko do budowy by stać się silniejszy, jak kiedyś...
Kiedyś był jednością z masą, z
braćmi i siostrami, rozciągniętą po tysiąc światów i sięgającą
jedną myślą w najdalsze zakamarki wszechświata. Jako pierwotna
kreatura jego tok myślenia był ograniczony i prosty, jednocześnie
był potęgą i kreował nowe światy. W pewnym momencie jednak
zagubił się i wplótł swoje nici losu nie w tę stronę, nie w
ten świat i wpadł w sieć destrukcyjnej mocy, którą rozbudził
któryś z jego braci lub sióstr, a może zrobili to wszyscy razem.
Minęły eony zanim poskładał do siebie całe swoje kruche
jestestwo, lecz nie potrafił już odnaleźć swojej rodziny, chmary
istnień przepływającej przez eter wszechświata. Nadal potrafi ich
wyczuć, ledwie jako muśnięcie kwietnego płatka, lecz nic poza
tym.
Najaktywniejszy nocą.
Od lat szuka czegoś, co mógłby
nazwać swym życiowym celem (prócz powrotu na nieboskłon rzecz
jasna), czegoś, co sprawi, że będzie pasował do tego miejsca, tej
krainy, tych ziem, chociażby na chwilę zanim wróci do swojego
świata...
Z charakteru skomplikowany a zarazem
prosty. Dla większości słuchaczy zdaje się mówić od rzeczy.
Pragnący władzy i potęgi, butny, prostolinijny i dumny. Relacje
międzyludzkie są dla niego dość skomplikowane, poza celowym
uwodzeniem w wiadomym celu, rzecz jasna, co już brzmi bardziej jak
pierwotne pragnienie. Trochę z niego psychopata, cwany lis, którego
czyny zawsze do czegoś prowadzą, nie ważne jak bezsensowne zdawać
się mogą, chociaż jego mottem nie jest „uwiedź, wykorzystaj,
porzuć”...
- / - / -
witam,
lubię wszelkie wątki, proste i te skomplikowane,
może jakiś romans, a najchętniej jakby ktoś chciał trochę pokatować i powykorzystywać Abisa, albo zrobić z niego obiekt badawczy, hehe ^^
z góry oznajmiam, że lubię pisać raczej krótko i zwięźle (chociaż kilka pierwszych odpisów mogą się zdarzyć rozbudowane), no nie lubię lania wody, o, lubię akcję i przygodę i spontaniczność i na to liczę.
Może uda nam się stworzyć jakieś powiązania? Abis równie dobrze może być jakimś piastunem/opiekunem, spod ciemnej gwiazdy co prawda, no ale... Może jakieś zaproszenie na wojnę, albo zagrania polityczne jego osobą? Mogę trochę ponawiedzać waszych bohaterów :>
Pochodzi ze średniej szlachty. Jej rodzina, a raczej ród jak jej rodzice zwykli ją poprawiać, od zawsze parała się magią na wiele sposobów. Zawsze marzyli o tym by jeden z nim został wybrany przez Zimową Gwiazdę. Na małej Verarynei ciążyły wielkie nadzieje. Ale jak to z nadziejami bywa, nie zawsze się dostaje to czego chce, a z czwórki rodzeństwa najbardziej utalentowane (chociaż najniższe) dziecko musi wszystkich zawieść. To nie tak, że nekromancja była zakazana. Po prostu niezręcznie było o niej wspominać przy obiedzie. W jej rodzinie nic się nie robiło otwarcie, zawsze się owijało w bawełnę, plącząc wszystko niepotrzebnie. Chcieli się jej pozbyć, ale zajmowało im to już tyle czasu, że sama postanowiła opuścić rodzinny dom wyruszając na poszukiwania swego miejsca w świecie. Zainteresowała się historią. Zaczęła pracować z przeróżnymi uczonymi, pogłębiając swoją wiedzę. Dołączyła do Badaczy gdzieś w między czasie. Nie mieszka na cmentarzu, nie jest otoczona żywymi trupami. Lubi miękkie łóżka i długie kąpiele, a to zaklęcie do reanimacji zwłok nie jest takie proste jak się wydaje. Nekromancja powinna się najpierw kojarzyć z wróżeniem, a dopiero potem ze wszystkim innym. Polega ona głównie na przyzywaniu duchów w celu wypytania ich o przyszłość, teraźniejszość i przeszłość. Im silniejszy duch, tym więcej ma informacji, ale też ciężej jest go utrzymać w ryzach, by nagle nie umknął i nie zaczął masakrować każdego kogo spotka na swej drodze. Ale profanacja zwłok też się jej zdarza, i może raz czy dwa opętała czyjś umysł, by doprowadzić go do szaleństwa (ale to za dużo roboty), chociaż im to się należało (chociaż nie pamięta za co, może użyli jej pełnego imienia?). Niektórzy by nazwali owe duchy demonami, ale dla Very to kwestia gustu. Zna trzy języki martwe, ciągle uczy się nowych. Nie pamięta ile to już razy wpadła do jakiejś dziury, która okazywała się być potem jedynie częścią jakiś tajemniczych ruin. Jest to głównie spowodowane tym, że jak słyszy pogłoski o tym, że coś gdzieś można znaleźć, to leci tam na złamanie karku. Najlepiej pracuje jej się samej, rzadko kiedy współpracuje z innymi badaczami. Niewielu zresztą ma do niej cierpliwość. Chyba na przekór swojej rodzinie, ona sama stara się mówić wszystko prosto z mostu. Takt to dla niej rzecz drugorzędna, najważniejszym jest by przekazać informacje w szybki sposób. Rzadko kiedy myśli nad tym co mówi i nie wszyscy za tym przepadają. Zawsze jest w ruchu, zawsze gdzieś zmierza. Nie stoi w miejscu, bo nie ma gdzie stać. Jej miejsce w świecie zmienia się z każdym nowym odkryciem, a zawsze też szuka kolejnego. A także smoki. Smoków nigdy za wiele.
Magic can’t be made safe and it can’t be destroyed. Fear makes men more dangerous than magic ever could.
Odpisy nie po kolei, w weekendy jak wena przyjdzie. Będę odpowiedzialnym studentem. NEVERMIND. [whoop, whoop!
nekromancya wg Kieckhefera, Dragon Age'a i starożytnych Greków (that's how I roll). mam więcej lore, ale nie chce mi się opisywać, więc tego no. whoops? lubimy na śmiesznie i głupie żarciki. also: dragons. istoleasweetroll@gmail.com, daję świetne życiowe rady.]