Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ezma. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ezma. Pokaż wszystkie posty

31 paź 2019

Ścieżka Krwi (3)

W przypadku używania broni Burzycieli siła rzeczywiście miała wielkie znaczenie. Ezma w milczeniu przyglądała się, jak Ruvan zwinnie wywija ciężkim stalowym drągiem. Dla wampira nie stanowiło to większego problemu, w najmniejszym stopniu nie ograniczało to gracji i swobody jego ruchów. Po dłuższej chwili Ezma chwyciła kij i spróbowała pojedynkować się z Ruvanem tak jak wcześniej robiła to z Nikkorinem. Szybko musiała uznać, że to nie jest to samo, kiedy ze względu na nią partner musiał cały czas kontrolować siłę uderzeń i pilnować, żeby nie opuścili obszaru oświetlanego przed dwie wetknięte w ziemię pochodnie.
- Masz dość? - spytał Ruvan, kiedy Kociooka pochyliła się do przodu, opierając ręce na kolanach, i głęboko odetchnęła.
- Wiesz, nie jestem taka jak ty – odparła Ezma i szybko dodała – Jeszcze.
Ruvan zaśmiał się, szczerząc kły. Usiadł na wilgotnej trawie, kładąc broń Burzyciela obok siebie.
- Nie chcę nic mówić, ale na twoim miejscu bym uważał – odezwał się po chwili, patrząc gdzieś w ciemność przed sobą – Z mojego punktu widzenia to całkiem miłe, kiedy możemy tak swobodnie rozmawiać i nie traktujesz mnie jak odrażającego potwora. Podobnie jak swoich nieumarłych znajomych, dzięki którym się tutaj znalazłaś. To nie jest moja sprawa, w końcu jesteś już dorosła, pewnie zdążyłaś trochę poznać życie, ale chciałbym cię ostrzec. Nie wszystkie wampiry są takie jak ja albo oni. Dla własnego dobra uważaj, komu postanowisz zaufać.
Ezma potrząsnęła głową i usiadła obok Ruvana.
- Doceniam troskę. Przypominam tylko, że jestem sierotą od siódmego roku życia. Od piętnastego należę do zbójeckiej bandy. Potrafię o siebie zadbać i wiem co robię…
Przynajmniej w większości przypadków, pomyślała. Tego wolała nie mówić na głos. 
Podwinęła rękawy i potarła dłońmi przedramiona, swędzące od licznych ukąszeń owadów. Przez większość dnia wraz z Nikkorinem chwytała osobniki bardziej lub mniej jadowitych gatunków, wabiąc je mieszankami słodkich nektarów, przygotowanymi przez Zingmara i umieszczonymi w pułapkach jego roboty. Ich jad, wraz z ich żywą krwią, miał stać się gwarancją przyszłej odporności na dużo silniejsze trucizny. Była w tym jakaś logika, którą Ezma potrafiła dostrzec i docenić. A drobne rany i pęcherze na rękach zawsze dało się wyleczyć, wystarczyło po prostu zabić kilka mniej cennych owadów.
Ezma zdała sobie sprawę, że odruchowo sięgnęła ku kryształowi sidrium, wiszącemu na rzemyku na szyi. 
Niedobrze, to wszystko postępowało zbyt szybko. Dziewczyna mogła jeszcze mieć nadzieję, że ta fascynacja towarzysząca poznawaniu nowości z czasem naturalnie osłabnie. W końcu Trisowi też przeszło.
- I dlatego postanowiłaś stać się silniejsza? - zagadnął Ruvan – Bo jak rozumiem, już podjęłaś decyzję. Dlatego teraz razem ze swoim przyjacielem łapiecie te wszystkie stworzenia, których Zingmar jeszcze nie ma w swojej kolekcji.
- Znacznie lepiej byłoby powiedzieć, że nie mam wyboru – odpowiedziała Ezma spokojnie.
- Ezma, chyba wiesz, że siła nie rozwiąże wszystkich problemów… - westchnął Ruvan.
Ezma nie odpowiedziała. Popatrzyła na swoje ręce. Nawet w świetle pochodni mogła widzieć, że w wielu miejscach, nawet jeśli owady nie pokąsały jej do krwi, ona sama podrapała się tak, że teraz miała niewielkie otwarte ranki. Tknięta nagłą myślą, przeniosła wzrok na siedzącego obok wampira.
- Ludzka krew jest dla was w jakiś sposób lepsza, tak? - spytała. Zdołała tym zaskoczyć Ruvana na tyle, że ten wreszcie odwrócił się w jej stronę.
- Ma dużo lepszy aromat – powiedział Ruvan ostrożnie – Trudniej się temu oprzeć. Ale jak widzisz, możemy bez tego żyć i nie dzieje nam się krzywda. Uwierz na słowo, mam się całkiem nieźle.
Ezma uśmiechnęła się słabo. Naprawdę znowu tego chciała? Czy to była po prostu kolejna sytuacja, w której czuła, że jest coś komuś winna?
- Pomyślałam sobie, że to trochę nie w porządku, że z mojego powodu Zingmar będzie musiał cię pokroić – z każdym słowem jej głos brzmiał mniej pewnie i dziewczyna była tego świadoma – Chciałabym, żebyś ty także coś z tego miał. Ode mnie. Ja… Jeśli to zrobimy, będę miała wobec ciebie ogromny dług. Chyba do końca życia nie mogłabym zapomnieć czegoś takiego. I jeśli to jedyne, co mogłabym dla ciebie zrobić…
Zawahała się, zanim wyciągnęła w jego stronę ręce, nadgarstkami do góry.
- Proszę. Możesz trochę ze mnie wziąć. W końcu już wiem, jak mogę się potem uzdrowić
Ruvan cofnął się. Ezma widziała, że przez jego twarz w nieskończenie krótkiej chwili przebiegło wiele sprzecznych emocji. Ruvan chciał tego, bronił się przed tym i przede wszystkim wahał się dużo bardziej niż ona sama.
Ezma zachęcająco skinęła głową i zamknęła oczy. Nie minęło dużo czasu do chwili, kiedy poczuła ostry ból w prawym nadgarstku. Odruchowo drgnęła ale kazała swojemu ciału się opanować. Walczyła z instynktem nakazującym bronić się i uciekać. Powtarzała sobie w myślach, że ze strony Ruvana nie grozi jej realne niebezpieczeństwo.
W pewnym momencie ból częściowo zelżał. Ezma usłyszała szelest, wskazujący na to, że Ruvan się cofnął. Po chwili usłyszała jego cichy, nieco ochrypły głos.
- To jest właśnie to, o czym mówiłem. Czasami za bardzo się odsłaniasz. Czy będziesz Cudzokrwistą czy nie, to może być niebezpieczne. Teraz zrób coś, żeby powstrzymać krwawienie.
Ezma w końcu otworzyła oczy. Skrzywiła się na widok rany na nadgarstku. Drugą ręką, która teraz lekko drżała, zdołała wydobyć z kieszeni niewielką chustkę. Ruvan przysunął się bliżej i pomógł jej zawiązać prowizoryczny bandaż, dziewczyna miałaby pewien problem, próbując zrobić to sama.
- W porządku? - spytał wampir z troską – Mam nadzieję, że nie straciłaś za dużo…
- Nic mi nie będzie. A tobie to jakoś zaszkodzi? W sensie, że się przyzwyczaisz czy coś…
- Nie powinno. Ale muszę przyznać, że to uczucie nieporównywalne z niczym innym.
Ruvan odchylił głowę do tyłu, po czym osunął się do pozycji leżącej. Miał zamknięte oczy, światło padało na jego bladą twarz. Wydawał się rozluźniony i spokojny. Ezma zdała sobie sprawę, jak bardzo mu tego zazdrościła. Nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy, jeśli w ogóle, dane jej było doświadczać takiego błogiego spokoju. Czy w ogóle były na to jakiekolwiek szanse, jeśli Karagaros wraz z Zakonem nadal istniało?
- To będzie ostatni raz, tak? - spytała po chwili. Ruvan otworzył oczy i zmarszczył czoło.
- Co ostatnie? W jakim sensie?
- Moja krew – odparła Ezma – Czy jeśli przyjmę sidrium, moja krew będzie dla wampirów niejadalna?
Wampir zaśmiał się krótko.
- Nie sądzę. Dlatego powtarzam ci, że powinnaś uważać. Jestem pewien, że wszelkie krwiożercze stworzenia nadal będą chciały tak samo na ciebie polować.
- Mam wrażenie, że wszystko od zawsze chce na mnie polować. I że po dłuższym czasie człowiek nawet może się do tego przyzwyczaić.

***

Następnego dnia z rana Zingmar oznajmił, że udaje się do najbliższej osady załatwić kilka spraw.
- Czy to ma coś wspólnego z waszym… eksperymentem? - zainteresował się Nikkorin. Gospodarz uśmiechnął się kpiąco.
- A czy wszystko musi mieć? - odpowiedział pytaniem – Czasem człowiek musi po prostu zwyczajnie coś kupić. Magowie też są zwykłymi śmiertelnikami i potrzebują jedzenia, żeby przeżyć. A poza tym… Tak, umówiłem się tam z moim dawnym znajomym. Jakoś tak się stało, że akurat przebywał w pobliżu. Przesłałem mu wiadomość, że jeśli nadal ma dostęp do pewnych… materiałów… byłbym bardzo wdzięczny, gdyby mi coś dostarczył.
Kiedy skończyli posiłek, Ezma zdecydowała, że chce towarzyszyć magowi w wyprawie. Czuła, że tego potrzebuje, przebywając w domostwie Zingmara miała wrażenie, że z każdym dniem coraz bardziej traci kontakt ze światem. Taki pustelniczy żywot był może dobry dla czarnego maga, badacza i eksperymentatora, ale jej zdecydowanie nie służył.
Wieś, którą Zingmar nazywał najbliższą, okazała się oddalona o ładnych kilka mil. Minęło trochę czasu, zanim Ezma zobaczyła pierwsze zbudowania. Chaty podobne były do tych, które dziewczyna widywała w swoich okolicach, mieszkańcy też nie wydawali się bardzo odmienni od ludzi z Dolnej Polany, Starego Mokradła albo innych dobrze znanych miejsc. Takie same ogorzałe od słońca twarze, dłonie stwardniałe od pracy i proste, jasne stroje.
Różnią się jednym, pomyślała Ezma ponuro. Oni nie muszą żyć ze stale wiszącą nad nimi groźbą.
Po załatwieniu najpilniejszych sprawunków Zingmar zaczął rozglądać się za swoim wspólnikiem. Nie wydawał się przy tym zdenerwowany, nie spieszył się zbytnio.
- Jesteśmy tu dość wcześnie – wyjaśnił w pewnej chwili – Możliwe, że trochę poczekamy na jego przybycie.
Wspólnik Zingmara pojawił się przy zajeździe w miejscu, gdzie osada łączyła się z traktem. Był to postawny mężczyzna o jasnych włosach, raczej w dobrej formie, na ile dało się ocenić po jego sylwetce. Miał na sobie kilka warstw podniszczonego stroju, na które jeszcze narzucił kolczugę. Przy pasie nosił miecz o szerokim ostrzu. Kiedy Ezma podeszła bliżej, zauważyła na jego niedogolonym podbródku i szyi niewielkie jasne blizny, podobne smugi i zgrubienia miał na dłoni, którą wyciągnął na powitanie.
- Obed, do usług – przedstawił się nieznajomy, lekko pochylając głowę. Mówił cicho, już na pierwszy rzut oka dało się zauważyć, że należał do osób, które nie potrzebowały podnosić głosu, żeby zyskać posłuch.
Ezma również się przedstawiła, po czym wycofała się, pozwalając Obedowi i Zingmarowi na grzecznościową pogawędkę. W pewnym momencie Obed wyciągnął spod koszuli niewielką paczkę, owiniętą w kilka warstw płótna i wielokrotnie okręconą sznurkiem.
- Zapewne jesteś tu z tego powodu, przyjacielu – powiedział z rozbawieniem – A co do kotów, to na pewno jakiegoś znajdziesz tutaj. Plącze się tu tego od cholery i prawie wszystkie niczyje.
Ezma zauważyła, że pomimo nagłego błysku ożywienia w oczach, Zingmar bardzo powoli i ostrożnie wziął od tamtego paczkę.
Z dalszej rozmowy Ezma wywnioskowała, że Obed był jednym z dawnych ochotników Zingmara, błędnym rycerzem, obecnie także Cudzokrwistym. Nieśmiało zadała kilka pytań, dowiedziała się, że mężczyzna nosił w ciele jeden kryształ sidrium, dzięki któremu zyskał wielką siłę.
- Jak się domyślasz, to czasem bardzo się przydaje – stwierdził Obed. Mówił o tym w taki sposób, jakby była to rzecz zwyczajna, niemal niegodna uwagi. Wydawał się zadowolony, zwyczajnie zadowolony, nie szczycił się tym faktem, ale też się nie wstydził. Ezma nie była pewna, czy to było właśnie to zapewnienie, którego potrzebowała, dowód na to, że przyjęcie sidrium i esencji nie miało większego negatywnego wpływu na dalsze życie. Obed zdecydowanie nie wyglądał na opętanego ani dręczonego przez nieczyste duchowe siły. Wyglądało na to, że mimo poddania się temu upiornemu zabiegowi pozostał całkowicie normalny.
Zingmar bardzo chciał zaprosić Obeda do siebie, gorąco namawiał go do zatrzymania się w jego domostwie, tamten jednak stanowczo odmówił.
- Niezbyt to fortunny moment – stwierdził błędny rycerz – W innej sytuacji przyjąłbym zaproszenie z radością, ale teraz obowiązek wzywa. Mittvar Półkrwi nie będzie czekał.
- Kto? - wyrwało się Ezmie odruchowo. Obed szybko wyjaśnił, że chodzi o tymczasowo przebywającego w okolicy wędrownego zbójcę, który w ciągu kilku ostatnich lat zdążył zyskać pewną ponurą sławę z powodu swojej brutalności i pozornie chaotycznych działań.
- Tutaj jeszcze chyba nic nie wywinął, ale może to kwestia czasu – ciągnął – Kiedy byłem w drodze, to i owo obiło się o uszy. Mittvar był tu widziany, kilka razy, a ktoś z tutejszych nawet pokazał, którędy szedł i gdzie być może się kryje. Pytałem chłopa, czy poszedł za nim i sprawdził, ale gdzie tam! Bał się. I wcale się człowiekowi nie dziwię. Na jego miejscu sam bym trząsł portkami i nie wychylił nosa z chałupy, póki ten łajdak krążyłby po okolicy.
- Dlaczego? - zdziwiła się Ezma – Jak rozumiem, on działa sam…
Obed parsknął krótkim śmiechem i potrząsnął głową.
- Jak i ja. A ze mną raczej nikt nie chciałby się mierzyć. Ludzie po wsiach gadają, że Mittvar to wilkołaczy bękart, stąd pewnie wziął się ten przydomek. Jak jest naprawdę, sam nie wiem, ale nawet bym się zbytnio nie zdziwił. Pewnie się nie dowiem nawet jak w końcu spotkam się z nim twarzą w twarz, żeby położyć kres jego wybrykom.
- Będziesz mógł to sprawdzić – wtrącił Zingmar – Jeśli tylko zdołasz jakoś przyprowadzić mi go żywego.
Spojrzenia obu mężczyzn spotkały się, oczy zalśniły. Mag wydawał się rozbawiony, Obed podekscytowany, podobny w tej chwili do niedawno pasowanego rycerza, próbującego dowieść swej wartości w walce. Pierwszy rzucił wyzwanie, drugi z radością je przyjął. Porozumienie zostało zawarte. Widząc chytry uśmiech Zingmara, Ezma w jednej chwili zrozumiała i wzdrygnęła się ze zgrozy.
- Idę z nim – powiedziała szybko – Mam nadzieję, że nie macie nic przeciwko.
Obed w odpowiedzi parsknął śmiechem. Zdecydowanie nie miał prawa jej powstrzymywać, jeśli taka była jej decyzja. Kociooka lekko zirytowana zacisnęła usta. Nie mogła mieć pretensji o to, że człowiek taki jak Obed nie traktował jej całkiem poważnie, na jego miejscu ona sama zareagowałaby podobnie. Uczucie jednak nie było przyjemne.
Zingmar życzył im powodzenia. Cały czas uśmiechał się z zadowoleniem, a jego wyraz twarzy wydawał się Ezmie coraz bardziej nieprzyjemny. Jedną ręką mag, może nawet bezwiednie, głaskał ściskaną w objęciach paczkę. Na szczęście Obed szedł szybko i Ezma musiała przyspieszyć, aby dotrzymać mu kroku, tym samym straciła Zingara z oczu.
Obed pamiętał wskazówki wieśniaków, po opuszczeniu osady szedł pewnie, odnajdując słabo zaznaczone ścieżki między drzewami.
- Bywałem kiedyś w tych okolicach – odpowiedział na nieśmiałe pytania Ezmy – Mogę domyślać się, gdzie ten drań się kryje, jeśli naprawdę szedł tą drogą.
Ezma skinęła głową i znów wbiła wzrok w ziemię kawałek przed sobą. Nie była pewna, w jaki sposób zadać właściwie pytania, te, które nie dawały jej spokoju.
- Ty wiesz, czego on chce, prawda? - wyrzuciła z siebie w końcu. Obed gwałtownie zwolnił, prawie się zatrzymując i powoli odwrócił głowę.
- O czym i o kim ty mówisz? - spytał ostrożnie. Możliwe, że jednak nie wiedział.
- O Zingmarze. I dlaczego zależy mu na dorwaniu Mittvara żywego. On chce mieć dawcę esencji! Jeśli ten człowiek naprawdę jest w połowie wilkołakiem…
- I co z tego? Nawet jeśli o to chodzi, to żaden problem. Przynajmniej będzie jakiś pożytek z tej kanalii zanim zdechnie.
Ezma wzięła głęboki oddech, nie bardzo wiedząc, co powinna powiedzieć. Zdecydowanie zgadzała się z tym, że rozbójnicy pokroju Mittvara zasługiwali na śmierć. Ale na pewno nie w taki sposób. Inaczej ona i Obed niczym nie różniliby się od Zakonu Cierni, Saranów i wszystkiego, z czym należało walczyć. Sam Zingmar jeszcze kilka dni wcześniej przekonywał, że w krwawej alchemii podobne ofiary nie zawsze są konieczne.
- Idziemy? - Obed niecierpliwym gestem wskazał las przed sobą. Ezma spojrzała w tym kierunku, zauważyła, że w niewielkiej odległości przed nimi wyższe drzewa są znacznie przerzedzone, więcej było tu młodych egzemplarzy. Kiedy się zbliżyli, dało się zobaczyć liczne pozbawione kory ścięte konary, leżące na ziemi w bezładnych stertach. Pomiędzy nimi znajdowały się kikuty ściętych pni, już pociemniałe i wygładzone z upływem czasu. Najwyraźniej w niedalekiej przeszłości okoliczni mieszkańcy pozyskiwali stąd drewno. Obed potwierdził te przypuszczenia i wskazał kilka niewielkich, naprędce skleconych drewnianych budynków, stojących przy skraju miejsca wycinki. Chatki były znacznie mniejsze niż domy w xaresyańskich osadach i na pierwszy rzut oka wydawały się porzucone od kilku lat. Dach jednej z nich zapadł się do środka, deski tworzące ściany były prawie czarne, z wyjątkiem powierzchni pokrytych porostami i innym zielonym nalotem.
Oboje powoli ruszyli w ich stronę, ostrożnie przechodząc pomiędzy połamanymi gałęziami leżącymi na ziemi. Ezma zatrzymała się kilka metrów od najbliższego budynku, Obed zrobił to minimalnie później. Przez krótką chwilę nasłuchiwali, w końcu Obed skinął głową. Ezma zauważyła, że jej towarzysz się uśmiecha, jednocześnie zachęcająco i z czymś w rodzaju uznania. W tym momencie równie dobrze Obed mógłby być jednym z bandy Grigana. Sytuacja była podobna do wielu innych, w których Ezma miała okazję uczestniczyć, a sądząc z naturalnych odruchów Obeda, mogła wywnioskować, że i dla niego nie była to żadna nowość. 
Oboje bezszelestnie zbliżyli się do szeroko uchylonych drzwi chatki, przekrzywionych i zapadniętych, praktycznie unieruchomionych w tej pozycji. Zajrzeli do środka. Już na pierwszy rzut oka dało się zauważyć, że ktoś bywał w budynku. W kącie, na resztkach prawie nieistniejącej drewnianej podłogi, leżał sterta szmat, nie pokrytych kurzem i pyłem jak reszta wnętrza. Stojący na czymś pomiędzy półką a ławką dzbanek z wyszczerbioną krawędzią do połowy napełniony był wodą albo innym bezbarwnym płynem, obok leżał zabrudzony krótki nóż z ułamanym końcem. Ostrze pokryte było czymś ciemnym, nierozpoznawalnym w półmroku. Ezma zwróciła uwagę, że jedyne pomieszczenie nie miało okien. Wyczuła też specyficzny metaliczny zapach, który mógł się kojarzyć tylko z jednym. Ostrożnie wślizgnęła się do środka, tylko jeden krok za próg, żeby móc zajrzeć w przeciwległe kąty. Zobaczyła szczątki drewnianego stolika, może skrzynki, ułożone tak, że krótkie deski na wierzchu tworzyły względnie poziomą powierzchnię. Na nich spoczywały rozszarpane szczątki zająca, praktycznie same kości i pokryta sierścią skóra, w środku plamy krwi. Krople i smugi były częściowo widoczne na ciemnych szczątkach butwiejących desek podłogi. Ezma z cichym westchnieniem wycofała się. Gestem dała Obedowi znak, że mogą przejść do kolejnej chatki.
Zatrzymała się przed drzwiami domku z lewej strony. Na futrynie, która nie pociemniała jeszcze tak bardzo jak ściany, zobaczyła krwawe smugi. W jednym miejscu ciemne plamy tworzyły prawie wyraźny odcisk dłoni. Ezma miała nadzieję, że to tylko krew tego zająca, który został pożarty w chatce obok.
- Był tu – mruknął Obed, pocierając palcem podbródek – Przy odrobinie szczęścia może nadal gdzieś tu jest.
Ezma nie była pewna, co w tej sytuacji byłoby szczęśliwym trafem. Czuła powoli rosnące zdenerwowanie. Ostrożnie zaczęła otwierać szerzej niedomknięte drzwi. Chwilę później stwierdziła, że szczęściem było to, że stare zawiasy nie zaskrzypiały.
W półmroku, około dwóch metrów przed nią, w barłogu ze strzępów szmat i wyliniałych skór spoczywał półnagi śpiący mężczyzna. Już na pierwszy rzut oka wydawał się potężniej zbudowany niż Obed. Ezma zwróciła uwagę na gęste owłosienie, widoczne na jego odsłoniętej klatce piersiowej, przedramionach i ramionach. Zarost, niezbyt może długi, pokrywał nienaturalnie dużą część jego twarzy.
Ręka Ezmy prawie bezwiednie spoczęła na rękojeści przytroczonego do pasa sztyletu. Co właściwie zamierzała, co powinna zrobić? Miała dać krok do przodu, pochylić się i poderżnąć śpiącemu gardło? To prawie na pewno był ten, którego szukali, Obed mógłby rozwiać wątpliwości, wystarczyło go spytać. I zaraz potem uderzyć, natychmiast, jeśli Ezma chciała zapobiec temu, co planował Zingmar. Naprawdę chciała?
- Obed? - zaskoczona usłyszała własny głos – Czy to jest…
Wydawało jej się, że mówiła wystarczająco cicho, ale najwyraźniej ów wyrzutek, rzekomo pół-wilkołak, był wyczulony na subtelne bodźce. W jednej chwili Ezma stała w progu chaty, nie wiedząc, co robić, w następnej leżała na ziemi przed opuszczoną chatką drwali, przyciskana do wilgotnej trawy ciężarem muskularnego rozbójnika. Od nagłego uderzenie o ziemię w pierwszej chwili nie była w stanie złapać oddechu. Widziała nad sobą twarz tamtego, wykrzywioną w wyrazie nieludzkiej, bezrozumnej furii. Nozdrza rozbójnika drgały, kiedy ten węszył w powietrzu jak pies. Ezma nie miała już żadnych wątpliwości, że to był właśnie właściwy człowiek. Albo pół-człowiek. Mittvar Półkrwi.
Spróbowała sięgnąć do sztyletu. Lewą ręką, prawą nie dałaby rady w tej pozycji, z Mittvarem siedzącym na jej biodrach, jedną ręką przytrzymującym jej ramię. Ezma zdołała częściowo wydobyć ostrze z pochwy, kiedy przeciwnik zauważył jej ruch i natychmiast zareagował. Mittvar gwałtownym szarpnięciem odsunął jej rękę od ciała i trzymając za nadgarstek, przycisnął do ziemi.
- Obed… - wydusiła z siebie Ezma. Widziała kątem oka, że jej towarzysz, chyba odruchowo, zamierzał sięgnąć po miecz, ale się zawahał. Do licha, Obedowi chyba naprawdę zależało na tym, żeby doprowadzić Mittvara żywego do maga!
Na krótką chwilę ciężar napierający na ciało Ezmy zwiększył się, kiedy Obed pchnął Mittvara, usiłując odsunąć go na bok. Siłowanie się mężczyzn może trwałoby dłużej, gdyby Mittvar spiął się w sobie i spróbował stawić opór, jednak za bardzo skupiał się na Ezmie, żeby przewidzieć atak z boku. Z głuchym sapnięciem obaj upadli na trawę, Obed zaś częściowo na nogi Ezmy, która krzyknęła z bólu. Mittvar warczał szczerząc zęby, Obed uderzył go pięścią w twarz. Kociooka uwolniła nogi i przeczołgała się kawałek po trawie. Spojrzała na swój bok, na pustą pochwę przy pasie. Sztylet leżał w trawie, gdzieś tam, gdzie teraz Obed i Mittvar na kolanach walczyli gołymi rękami.
- Obed, zakończ to i zabij go! - krzyknęła Ezma. Chciała jeszcze dodać, że jeśli w tej pozycji nie będzie mógł wyciągnąć miecza, jej sztylet leży gdzieś obok, ale ugryzła się w język. Nie miała pewności, że w takim wypadku to nie Mittwar pierwszy sięgnie po porzucone na ziemi ostrze. Zdołała wstać, przekonując się tym samym, że przynajmniej wszystkie kości miała całe. Lekko kulejąc, przeszła kilka kroków, przypatrując się leżącym na ziemi ściętym konarom. Wybrała niezbyt długi, dość prosty odcinek gałęzi, podniosła go i powoli podeszła do walczących. Nic nie wskazywało na to, że szarpanina wkrótce się zakończy, żadnym sposobem nie dało się przewidzieć, kto wyszedłby z tej walki zwycięsko. Po twarzach obu mężczyzn spływał pot, na czołach nabrzmiały żyły. Rękawy u Obeda w kilku miejscach zostały rozdarte, na nagim torsie Mittvara pojawiły się czerwone ślady. Obaj byli nadludzko silni, szanse wydawały się wyrównane i żaden nie zamierzał się poddać.
Ezma znalazła się za plecami Mittvara, dzieliły ich może dwa niewielkie kroki. Nawet gdyby tamten zdał sobie sprawę z jej obecności, nie mógłby sobie pozwolić nawet na szybkie spojrzenie za siebie. Chwila nieuwagi mogłaby go sporo kosztować.
Ezma zacisnęła obie dłonie na jednym z końców ściętego konara. Wyciągnęła ręce przed siebie na całą długość, skierowane pod pewnym kątem w dół. Teraz stała zwrócona nieco bokiem do walczących. Nie zamierzała polegać tylko na sile rąk, zamachnęła się i wykonała obrót całym torsem. Rozległ się stłumiony odgłos uderzenia, kiedy trafiła Mittvara Półkrwi w tył głowy. Zbójca na chwilę znieruchomiał, puścił Obeda, jego ręce opadły, w końcu osunął się na ziemię.
Obed usiadł na trawie, ciężko dysząc. Odwrócił się w bok, splunął na ziemię. Z nosa ciekła mu wąska strużka krwi, którą, krzywiąc się, otarł grzbietem dłoni. Ezma wypuściła z rąk konar. Od siły uderzenia czuła mrowienie od dłoni do łokci. Nie do końca dotarło do niej podziękowanie wymamrotane niewyraźnie przez Obeda. Nie czuła, żeby towarzysz zawdzięczał jej coś poza tym, że to wydarzyło się z jej winy. Gdyby się wtedy nie odezwała, gdyby się nie wahała, tylko od razu zabiła Mittvara, kiedy ten spał… I gdyby nie Obed, nie pożyłaby długo po tym, jak ich zwierzyna się obudziła.
Tak, Mittvar zdecydowanie był zwierzęciem, pomyślała Ezma ze złością. Jakimś plugawym wynaturzeniem, dzikusem, prymitywnym, nieokrzesanym brutalem. Trudno było go w tym momencie uznać za istotę rozumną. Może wycinanie serca żywemu człowiekowi byłoby bestialstwem, ale ten osobnik prawdopodobnie człowiekiem nie był.
Obed wydobytym z sakwy powrozem wiązał półprzytomnemu Mittvarowi ręce za plecami. Starał się robić to szybko, póki miał możliwość. Gdyby zbójca ocknął się i zaczął stawiać opór, byłoby to dużo trudniejsze. Kiedy Obed skończył, wstał i spróbował otrzepać ubranie. Ezma zauważyła, że w pierwszej chwili jej towarzysz lekko się zachwiał. Zdała sobie sprawę, że Obed może posiadł siłę, ale nie oznaczało to, że był niezniszczalny. Nadal mógł zostać zraniony albo doznać kontuzji. Tym razem jednak to było tylko wyczerpanie. Błędny rycerz odzyskał równowagę, stanął pewnie na nogach i zaczął zdejmować z siebie kolczugę. Jego ruchy były niezdarne, ręce drżały mu jeszcze od wytężonego wysiłku. Kolejno zrzucał z siebie wszystkie warstwy odzienia, aż pozostał nagi powyżej pasa. Jego jasną skórę pokrywał pot, na rękach i ramionach miał zadrapania, nie odniósł jednak poważnych ran. To muskularne ciało nosiło też liczne ślady dawniejszych walk, może z rozbójnikami, ale prawdopodobnie także z bestiami. Niektóre spośród dziesiątek mniejszych i większych blizn wyraźnie wyglądały jak ugryzienia albo ślady pazurów. 
Obed powoli odwrócił się i wszedł do pierwszego rozpadającego się domku. Po chwili znów pojawił się na progu, niosąc obtłuczony dzban z wodą. Postawił naczynie pod ścianą, przykucnął obok i zaczął ostrożnie obmywać twarz. Sącząca się z nosa krew zdążyła do tej pory zalać mu usta i spłynęła dalej na brodę. Błędny rycerz umył następnie szyję, ramiona i kark. Z ciężkim westchnieniem wstał i podszedł do swoich ubrań. Nie ubierał się od razu, najpierw chciał ochłonąć.
Ezma podeszła bliżej. Obed zwrócony był do niej bokiem i kiedy w pewnym momencie pochylił się do przodu, Ezma mogła zobaczyć na jego plecach bliznę wyraźnie inną niż pozostałe. Nieco poniżej prawej łopatki, blisko kręgosłupa, błędny rycerz miał niezwykle regularny, symetryczny wzór sześciu promieni wychodzących z jednego punktu, jak uproszczony rysunek niewielkiej gwiazdy, starannie wycięty w skórze. Przeczucie podpowiedziało Kociookiej, że to jest właśnie TEN ślad. Ten, który powstał, kiedy Obed przyjmował sidrium. Ezma nie zdołała się powstrzymać, mimowolnie wyciągnęła rękę i ostrożnie dotknęła blizny palcem. Obed drgnął i odwrócił się do niej.
- Czy to jest… - zaczęła Ezma, ale nie zdążyła nawet dokończyć pytania, kiedy uzyskała potwierdzenie.
- Owszem – powiedział Obed cicho – To tutaj.
- To bardzo boli?
- Kiedy masz w sobie kryształ, czy kiedy ci to robią? - odpowiedział Obed pytaniem – Ja tuż przed zabiegiem byłem nieźle odurzony różnymi miksturami, żeby jakoś to przetrwać. Jak potem to przestało działać, dopiero było zabawnie… Ale po paru dniach jest w porządku. Pozostaje tylko takie uczucie… Nie wiem jak to opisać. Że prawie cały czas czujesz, że coś rozdarło ci ciało i w nim tkwi. Czujesz, gdzie to jest. To nie boli, tylko tak jakby w tym punkcie od środka coś brutalnie wywierało presję… Nacisk. To chyba najlepsze słowo, coś wywiera silny nacisk. To się czuje wtedy jak człowiek jest bardziej spięty, albo przeciwnie, kiedy się bardzo rozluźnia. Chyba najbardziej, kiedy leży się i próbuje zasnąć. Czasem na kilka dni to uczucie prawie zanika, innym razem może być nieprzyjemnie intensywne.
Mężczyzna pochylił się, podniósł z ziemi porzuconą koszulę i zaczął się ubierać.
- Ale to znaczy, że prędzej czy później ból musi ustąpić? - chciała się upewnić Ezma. Obed głęboko odetchnął i spojrzał na nią ponuro.
- Powiedziałbym, że jeśli wszystko pójdzie bez problemu, to tak. Tyle że ja i paru innych, o których wiem, mamy po jednym, niektórzy dwa odłamki. A ty podobno masz ich przyjąć dużo więcej.
***

Obed opuścił domostwo Zingmara po obiedzie, którego już nie mógł odmówić. W tym momencie właściwie nawet nie miał większej ochoty się opierać, musiał zregenerować siły przed dalszą wędrówką. Co jakiś czas zza skalnych ścian dobiegały przekleństwa wykrzykiwane ze wściekłością przez Mittvara, zamkniętego w jednej z pieczar wyposażonych w mocne drzwi. 
- Zbytnią elokwencją to on nie grzeszy – skomentował w którymś momencie Nikkorin. Ezma nic nie odpowiedziała.
Podczas posiłku zjadła niewiele, prawie nie miała apetytu. Dziewczyna czuła się trochę tak, jakby jej wnętrzności zawiązały się w ciasny supeł. 
To miało się wydarzyć. Tak naprawdę, nieodwołalnie. Już niedługo. Jeśli miała wierzyć Zingmarowi, prawie wszystko było gotowe. A Mittvar Półkrwi rzeczywiście okazał się być mieszańcem. To, co do tej pory pozostawało w sferze rozważań, właśnie stawało się rzeczywistością.
Zingmar zaprowadził Ezmę do jednej ze swoich pracowni, do wykutego w skale pomieszczenia sąsiadującego z tym ze stołami i zagłębieniami w podłożu, kryjącymi zoologiczne okazy. Ezma nie była pewna, czy chciałaby, żeby Nikkorin także jej towarzyszył, czy może lepiej było właśnie tak. Przynajmniej przyjaciel nie musiał oglądać wszystkich okropności, jakie zaczęły się dziać w laboratorium czarnego maga, prawdopodobnie już od chwili, kiedy ten wrócił do swojej siedziby. Rozstawione na blatach stołów gliniane naczynia zawierały nieokreśloną masę powstałą ze zmielonych owadów, ropuch i niewielkich jaszczurek. Na metalowej tacy spoczywały dwa obdarte ze skóry węże i co najmniej jeden mniejszy pocięty na drobne plasterki. W otaczającej szczątki kałuży krwi pływały suszone zioła i białe okruchy, uzyskane zapewne przez rozbicie zębów jadowych owych zabitych gadów. Obok leżało pozbawione głowy i nacięte wzdłuż ciało salamandry. Nad innym stołem, wykutym wprost w skale, przywiązane za nogi wisiały głową w dół nietoperze. Każdy został rozdarty wzdłuż i częściowo wypatroszony, krew spływała z ich ciał do mis rozstawionych na blacie poniżej. Dalej w półmroku zwisał większy krwawy ochłap. Minęła dłuższa chwila, zanim Ezma rozpoznała w nim obdartego ze skóry kota. Sama skóra, pokryta błyszczącą, teraz mokrą od krwi czarną sierścią leżała w pobliżu. Naczynie stojące pod spodem było wypełnione krwią prawie w całej objętości a na powierzchni cieczy unosiło się pojedyncze oko.
I sidrium. Wszędzie było sidrium. Kryształowe odłamki znajdowały się chyba w każdym z tych naczyń, pośród krwi, szczątków, strzępów mięsa, będących prawdopodobnie zwierzęcymi sercami albo ich fragmentami, wśród dorzuconych do tej makabrycznej mikstury suszonych ziół i grzybów przemieszanych z owocową papką. Obrobione, regularne kryształy, pokryte licznymi symbolami wydrapanymi prawie na każdej ściance, już przybierały swoją ciemniejszą, brązowoczerwoną barwę.
Ezma kilka razy głęboko odetchnęła, ale nie poczuła się od tego lepiej. Metaliczny zapach krwi wydał jej się nawet bardziej intensywny.
- Naprawdę jesteś pewien, że wiesz, jak to wszystko przeprowadzić? - spytała. Zingmar z poważnym wyrazem twarzy skinął głową.
- Jestem pewien tak bardzo, jak jest to w tych warunkach możliwe. Możesz mi zaufać.
Chciałabym, pomyślała Ezma. Chociaż i tak raczej nie mam wyboru.
- Jeszcze jedno – przypomniała sobie nagle – Kiedy mówiłeś o trzecim poziomie, powiedziałeś, że jest coś, czego nie jesteś w stanie powtórzyć. Coś związane z tymi kryształami, które Burzyciele mają na czole…
- A, węzeł kontroli! Oczywiście. Tego nadal nie jestem w stanie odtworzyć, ale postarałem się, żeby to nie było konieczne. Dołożyłem trochę symboli do pozostałych kryształów, tak, żeby związały się między sobą. Nie mam stuprocentowej pewności, czy to zadziała w taki sposób, ale jest taka możliwość. Węzeł kontroli posiada kilka znaków, których nie ma żaden inny z kryształów Burzyciela i wydaje mi się, że one mają z tym coś wspólnego.
Ezma z niedowierzaniem potrząsnęła głową. Musiała naprawdę oszaleć, jeśli rozważała swój udział w tym wszystkim. To miał być dla Zingmara eksperyment przeprowadzany po raz pierwszy, na podstawie czysto teoretycznej wiedzy, niekompletnej i uzupełnionej przez jego własne domysły. Czy mag miał cokolwiek do stracenia? Jedynie obiekt doświadczalny. Tym miała być dla niego Ezma, obiektem testowym i niczym więcej. Zapewne Zingmar bardziej zasmuciłby się niepowodzeniem próby niż śmiercią człowieka podczas nieudanego zabiegu. 
- Boisz się? - odezwał się cichy głos gdzieś z ginącego w mroku przeciwległego końca groty – To normalne. Każdy się trochę denerwował.
Z ciemności wynurzył się Ruvan. Był obnażony od pasa w górę, blada skóra połyskiwała w żółtozielonym magicznym oświetleniu. W przeciwieństwie do Mittvara czy Obeda, wampir miał smukłą sylwetkę, na pierwszy rzut oka nie wydawał się nadzwyczajnie silny. To było raczej ciało zwinnego drapieżnika atakującego z ukrycia.
- Chyba już czas przyprowadzić tu naszego wilkołaczego wyrzutka – odezwał się Ruvan pogodnym tonem – Coś słyszałem, że na którymś etapie trzeba się spieszyć.
- Owszem – przytaknął Zingmar.
Ruvan szybkim krokiem opuścił pracownię i zniknął w jednym z korytarzy. Może wcześniej dałoby się stamtąd usłyszeć złorzeczenia Mittvara, teraz od jakiegoś czasu więzień milczał. Ezma spojrzała niepewnie na Zingmara, po czym szybko ruszyła za Ruvanem, usiłując go dogonić. Spotkali się kilka metrów przed tymczasową celą Mittvara.
Ezma spróbowała odczytać z twarzy Ruvana jakieś uczucia. Co myśli się, mając świadomość, że wkrótce, może już za chwilę, zostanie się pociętym jakimś ostrym narzędziem i pozbawionym części serca? To musiało być nieprzyjemne nawet dla nieumarłego. Jakim sposobem Ruvan był w stanie zachowywać taki spokój? 
- Otwieramy? - spytał Ruvan, wskazując drzwi przed sobą. Jego głos brzmiał niemal wesoło. Wydawało się, że wampir był podekscytowany tym, co miało się wydarzyć. Chciał się przekonać, jak zakończy się pierwszy eksperyment Zingmara z trzecim poziomem krwawej alchemii?
Ezma skinęła głową, dała kilka kroków do przodu i gestem nakazała Ruvanowi podejść i otworzyć drzwi albo podać jej klucz. Słysząc chrobotanie a następnie skrzypienie zawiasów, więzień po drugiej stronie drzwi się ożywił.
- To znowu ty, suko? - warknął Mittvar.
- Już prędzej „kocico” - poprawiła Ezma, wchodząc do niewielkiego wykutego w skale pomieszczenia ze skośnie opadającym sklepieniem. Mittvar siedział po jego przeciwnej stronie, w miejscu, gdzie nawet nie byłby w stanie klęczeć bez pochylania głowy. Na widok Ezmy wyrzucił z siebie wiązankę przekleństw, opisując barwnie, co zrobiłby z nią i każdą kobietą w jej rodzinie kilka pokoleń wstecz i co jego zdaniem owe kobiety już od dawna musiały mieć na sumieniu.
- Widzę, że dar elokwencji ciągle się rozwija – odparła Ezma chłodno – Nie na wiele ci się to zda, kiedy będziemy ci wycinać bijące serce.
Mittvar w odpowiedzi warknął jak wściekły pies. Nie próbował jednak atakować. Miał związane ręce i sińce na całym ciele, których dorobił się, próbując stawiać opór, podczas gdy Obed prowadził go do siedziby Zingmara. Błędny rycerz nieszczególnie starał się być delikatny. W zupełności wystarczało, żeby więzień dotarł do maga możliwie w jednym kawałku i wciąż oddychający.
Ruvan szarpnął Mittvara za ramię, zmuszając go, żeby wstał. Tamten musiał jakimś zwierzęcym instynktem wyczuć wampira, bo w pierwszej chwili próbował się cofnąć, w następnej całkowicie spokorniał. Pozwolił się wyprowadzić z celi i powoli szedł za Ruvanem na miejsce, w którym miał się dopełnić jego los.
Na polecenie Zingmara Ruvan i Ezma przyprowadzili Mittvara do jednego z pustych stołów. Czarnoksiężnik stanął za plecami więźnia i mrucząc coś pod nosem, zaczął kreślić palcem w powietrzu geometryczne wzory. Czubek palca pozostawiał na krótką chwilę linie ze złotego i szafirowego światła. Mittvar z każdą chwilą był coraz spokojniejszy, dobrowolnie usiadł na stole, potem położył się na plecach i znieruchomiał. Wydawał się pogrążony w głębokim śnie.
- Co mu zrobiłeś? - spytała Ezma z niepokojem.
- Po prostu ułatwiłem sobie pracę – odparł Zingmar – Teraz jest bezwładny i niczego nie czuje. Nie zacznie stawiać oporu, kiedy będę pozyskiwać jego serce. Z tobą zrobię podobnie. Nie chciałbym, żeby coś poszło nie tak, kiedy zaczniesz się wyrywać i krzyczeć. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to samo ustąpi i po prostu się obudzisz. O nim raczej nie możemy tego powiedzieć.
Ezma oparła się rękami o krawędź stołu, na którym spoczywał uśpiony rozbójnik. Nie była pewna, czy chciała słyszeć coś więcej. Może tylko jedna rzecz nie dawała jej spokoju na tyle, że musiała zadać pytanie.
- Co było w tej paczce, którą Obed dostarczył ci rano?
- Tamtej? Dwa jaja bazyliszka, tuż przed wykluciem. Pozyskałem z nich żywą krew, którą później zmieszałem z moimi próbkami krwi smoka. To też dość mocna esencja.
Ezma pochyliła się, próbując opanować mdłości. Teraz cieszyła się, że niewiele zjadła. 
- Czy ja… muszę teraz to zrobić? Osobiście? - wskazała gestem podbródka na bezwładne ciało Mittvara. Zingmar powoli pokręcił głową.
- Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł w twoim obecnym stanie. Nie muszę czytać w myślach, żeby widzieć twój opór. Twoje nastawienie może w jakimś stopniu wpłynąć na proces a chyba nie chcesz zwiększać strat energii…
Z tym Ezma musiała się zgodzić. Poczuła też natychmiastową ulgę, ale zaraz potem odezwały się wyrzuty sumienia. Czy właśnie osiągnęła ostateczny szczyt hipokryzji? Sama tego chciała, wprawiła to wszystko w ruch w chwili, kiedy złożyła Nikkorinowi propozycję wspólnej wyprawy w poszukiwaniu odpowiedzi. I kiedy już je miała, najchętniej odwróciłaby wzrok, żeby przypadkiem nie ubrudzić sobie rąk. Czuła jak metaliczny zapach krwi oblepia ją, przywiera do niej tak, że chyba nie byłaby w stanie całkowicie się go pozbyć nawet kilka tygodni po opuszczeniu jaskini Zingmara.
- Czy mogę prosić o kilkanaście minut? - wyrzuciła z siebie.
- Jeszcze trochę czasu mamy…
Ezma szybkim krokiem opuściła pracownię i pośród krętych korytarzy próbowała odnaleźć miejsce, w którym wraz z Nikkorinem sypiali. Przez chwilę zastanawiała się, czy natknie się tam na swojego przyjaciela, okazało się jednak, że nikogo nie było. Rozebrała się, rzuciła swoje rzeczy na posłanie i związała włosy, upinając je na czubku głowy. Nie chciała, żeby jej przeszkadzały. Przebiegła boso do innej odnogi korytarza, gdzie, jak zapamiętała, w zagłębieniu skał woda utworzyła niewielki zbiornik, stale zasilany spływającymi gdzieś w góry strugami. Dziewczyna, wstrzymując oddech, weszła do sięgającej jej prawie do bioder wody. Szok spowodowany zimnem był dużo mniejszy niż oczekiwała. Zaciskając zęby, przykucnęła, zanurzając się po szyję.
Po kąpieli wróciła do swojego posłania, ubrała się, łapczywie rzuciła się na bukłak z wodą. Czuła, że na całym ciele ma gęsią skórkę, ale nie potrafiła stwierdzić, czy wywołało to tylko zimno, czy bardziej strach. Po chwili wahania szybkim krokiem ruszyła w kierunku głównego wyjścia. Chciała jeszcze zobaczyć słońce przed ponownym zanurzeniem się w mroku.
Na zewnątrz, przed domostwem Zingmara, znalazła Nikkorina. Akrobata siedział na leżącym pniu, wystawiając twarz do słońca. Był odwrócony tyłem i raczej nie zauważył, że już nie jest sam. W pierwszej chwili Ezma już otwierała usta, żeby go zawołać, jednak zaraz zmieniła zdanie. Zamiast tego przeszła kawałek wzdłuż skały i przyklękła obok rumowiska strzaskanych kamieni. Potarła dłońmi wciąż wilgotną od kąpieli twarz i powoli uniosła głowę, zmuszając się do spojrzenia prawie prosto w słońce.
- Solarisie – jęknęła – Ty jeden wiesz, jaką drogę przebyłam, zanim znalazłam się tutaj. Gdyby to było możliwe i gdyby dało się inaczej… Proszę, poprowadź mnie. Jeśli taka jest twoja wola, wskaż mi drogę. Może zbłądziłam i nie dostrzegam znaków, które dla mnie pozostawiasz. Może jest jakiś sposób… Ocal moją duszę. Nie odtrącaj mnie i nie skazuj na potępienie.
- Modlisz się do boga słońca tuż przed rytuałem przynależnym raczej do Cienia? Który musicie przeprowadzać w mroku, z dala od słonecznego światła, żeby się udało? Myślisz, że spotkasz się z aprobatą?
Ezma drgnęła, słysząc głos Nikkorina. Nie zdawała sobie sprawy, że przyjaciel niepostrzeżenie znalazła się prawie tuż za nią.
- Po prostu się boję – powiedziała Ezma, wstając i opierając się o stos kamieni przed sobą.
- Teraz się boisz? Kiedy obdarliście kotka ze skóry i przemieliliście trochę jaszczurek na miazgę? Czy kiedy wycięliście serce temu jak mu tam… Półkrwi? Nie widziałaś od początku, z czym to się wiąże?
- Przestań! Oczywiście, że wiedziałam. Cały czas wiedziałam i cały czas czułam ten strach. I nie podoba mi się to. Ale nie waż się mówić o Cieniu! Krwawa alchemia to tylko narzędzie. A jeśli chodzi o Mittvara, nie chciałam, żeby tak się stało. To po prostu wynikło samo z siebie, przez przypadek…
- Albo przeznaczenie, tak? Pewnie w innych okolicznościach ty sama albo ktoś z waszych ludzi by takiego drania wykończył.
Ezma westchnęła.
- Ale to byłby zupełnie inna sytuacja. Zabilibyśmy go w walce. Nie prowadzilibyśmy go bezbronnego jak owcę na rzeź, żeby żywcem wydrzeć mu serce. Coraz bardziej boję się właśnie tego, że w pewnym momencie staniemy się tacy sami jak to, z czym próbujemy walczyć.
Spojrzała na drzwi do domu Zingmara. Nie miała ochoty wchodzić tam i znów wkraczać w ciemność. Nie chciała wracać do skalnych komnat pełnych potworności i przesiąkniętych zapachem krwi, jakby żywcem wyjętych z opowieści szamanów o zaświatach, o tych najmroczniejszych ich częściach, zamieszkałych przez demony i skazane na wieczne męki potępione dusze. 
Tym razem Nikkorin towarzyszył jej w korytarzach jaskini. Zawahał się i zatrzymał w pobliżu wejścia do pracowni.
- Chyba nie mam tam wstępu – odezwał się niepewnie.
- Nie jestem pewna. Ale jakby się dało… jakbyś był w stanie to dla mnie zrobić… Mógłbyś spróbować jakoś z zewnątrz obserwować, co się będzie ze mną działo? Ja będę nieprzytomna. Będzie mi łatwiej ze świadomością, że jesteś gdzieś w pobliżu.
Nikkorin nerwowo przełknął ślinę.
- Postaram się. Ale nie mogę obiecać, że się uda.
Zingmar już czekał. Wydawało się, że pod nieobecność Ezmy w pracowni nic się nie zmieniło. Tylko nieruchome ciało Mittvara pokrywały plamy krwi a ręce zwisały bezwładnie z boków stołu. Ezma starała się nie przyglądać temu, wolała nie widzieć pokrojonej klatki piersiowej martwego już mężczyzny. Nigdzie też nie było widać Ruvana. Zapytany o to, Zingmar wyjaśnił, że wampir przebywa w innym pomieszczeniu, żywy ale bardzo osłabiony po przeprowadzonej na nim operacji.
- Nie musisz się martwić – stwierdził mag kategorycznie – Nic mu nie grozi. To nie pierwszy raz.
Przeszli do mniejszego pomieszczenia, z przypominającym ołtarz stołem ustawionym pośrodku. Zingmar musiał przenieść tutaj większość naczyń, w których odłamki sidrium ładowały się mocą, teraz stały one przy jednym z boków stołu. Na samym stole stało jeszcze jedno naczynie, wypełnione tylko roślinną papką, w której tkwiły dwa nienaładowane, jasne kryształy. Zingmar dodał do mieszanki zawartość kilku małych buteleczek z ciemnego szkła, które wziął w półki w kącie sali.
- Jeszcze jedna rzecz – powiedział, wyciągając sztylet, który musiał nosić przy pasie albo w kieszeni – Żywa krew maga. To, co przenosi czarodziejską moc. Ja, Zingmar Yl-Dhorakk’ar, z własnej nieprzymuszonej woli, poprzez żywą krew daję moc Ezmie Lorenuk. Niech się dokona, według praw krwawej alchemii!
Zanim do Ezmy dotarło, co się właściwie dzieje, Zingmar uniósł ostrze do szyi i przeciął jedną z tętnic. Jasnoczerwona krew popłynęła strumieniem do misy stojącej na stole, zalewając jej zawartość. Ezma krzyknęła. Chciała podbiec do czarnoksiężnika, jakoś zatamować krwotok, ale ten gestem kazał jej się zatrzymać. Pokazał spoczywające przy krawędzi stołu obok misy drobne kryształowe grudki. Kawałki sidrium naładowane surową energią. Mag chwycił je i zacisnął w dłoni, przyjmując zgromadzoną w nich siłę życiową, pozwalając, by uzdrowiła ona jego ciało.
- Nie myśl, że nie jestem przygotowany na każdą sytuację – powiedział spokojnie – Inaczej już wiele razy pożegnałbym się z tym światem.
Ezma niepewnie podeszła do stołu. Może to naprawdę był ołtarz, może tutaj Zingmar składał ofiary podczas czarnomagicznych ceremonii… Czy składanie w ofierze człowieka wyglądałoby właśnie tak? Czy ofiara musiała wcześniej się rozebrać? Czy kładła się na stół nie stawiając oporu, zrezygnowana, ze świadomością, że opór byłby daremny? Tego, co musiało się stać, nie można było powstrzymać.
Ezma stanowczym ruchem zdjęła koszulę i rzuciła ją na podłogę obok.
- Zatem nadal jesteś zdecydowana, tak? - spytał Zingmar. Ezma skinęła głową i położyła się odsłoniętymi plecami na gładkim drewnie. W pierwszym odruchu chciała zasłonić się rękami, poczuła się trochę nieswojo częściowo naga w obecności mężczyzny. Szybko stwierdziła, że to już nie miało znaczenia. Zaraz miała stracić świadomość i jej bezwładne ciało i tak miało być wystawione na łaskę i niełaskę czarnego maga.
Widziała ręce Zingmara nad swoją twarzą. Zaklęcia materializowały się w postaci widocznych przez chwilę świetlistych kształtów przy palcach maga. Zingmar nie robił tego z zamiarem oszczędzenia jej bólu, zależało mu na tym, żeby pacjentka nie ruszała się i nie stawiała oporu. Mimo wszystko Ezma była mu wdzięczna, to była jedna z tych sytuacji, kiedy efekty działania liczyły się dużo bardziej niż intencje.
- Zasypiam jako człowiek – wymamrotała – A obudzę się jako… sama nie wiem…
Czuła, że coraz trudniej było jej znaleźć słowa i skupić myśli.
- Wypadałoby może jeszcze, żebym ostrzegł cię w jednej kwestii. Trzeci poziom i wiążąca się z tym głęboka przemiana pozbawiają płodności.
Ezma z wysiłkiem otworzyła oczy.
- Jakie to ma znaczenie? I tak nie mogłabym mieć dzieci... ze świadomością że byłyby one zwierzyną łowną dla Zakonu. Nikogo nie skazałabym na taki los… Na to wszystko co ja… Co przywiodło mnie tutaj...
Potem pozwoliła, żeby jej świadomość odpłynęła. Poczuła, jak spada w nicość.

***

Umysł dryfował w mrocznej otchłani. Czasem zbliżał się do powierzchni, przez którą niemal przebijało światło, potem znów opadał w głębiny. Ze wszystkich stron dobiegały głosy, tysiące głosów splecionych w jedną, niezrozumiałą chóralną skargę. I twarze. Dziesiątki, setki oczu, przed którymi nie było ucieczki. Patrzyły z ponurym triumfem albo potępieniem. Te spojrzenia były tak namacalne, uderzały jak rzucone kamienie, przygniatały, spychały w dół. Dłonie o zimnych długich palcach sięgały do duszy, wbijały pazury, szarpały. Były tak lodowate, aż paliły. Ezma poczuła, że w każdej chwili może spłonąć od środka.
- Dobrze, zmyj z niej tę krew. Nie bój się, teraz nic się nie może stać. Zawsze jest przy tym wystarczająco dużo surowej energii, żeby ciało samo się uleczyło.
Przez gęstą mgłę przebił obraz młodzieńczej twarzy otoczonej długimi jasnobrązowymi włosami. Nikkorin! Ezma chciała go zawołać, ale nie była w stanie wydobyć z siebie głosu.
- Podnieś ją. Pomóż jej wstać… Nie ty, Ruvan, teraz możesz nie dać rady. Ty, pomóż mu.
Ezma poczuła, że płynie. A może po prostu szła? Jakaś siła zmuszała ją do utrzymania się w pionie, coś podtrzymywało ciążącą głowę w górze. Zaraz potem znowu zrobiło się ciemniej. Dziewczyna nie była pewna, czy powinna z tym walczyć. Nie chciała pozwolić pustce, żeby kolejny raz ją pochłonęła, ale tam, gdzie było więcej światła, był też palący żar. Ezma miała wrażenie, że oddycha ogniem.
I znów upadek, umysł poddał się i odpłynął poza czas i przestrzeń. Tak właśnie wyglądała śmierć? Miała zostać potępiona za to, co zdecydowała się zrobić? Czy to w ogóle miało jeszcze jakiekolwiek znaczenie?
Jednak rzeczywistość nie przepadła do końca. Przeciwnie, powoli zaczęła się stabilizować. Ezma zorientowała się, że leży na plecach i ma zamknięte oczy, jest tak słaba, że niemal niezdolna do jakiegokolwiek ruchu, ale niewątpliwie żywa. Potem pojawił się ból. Coś rozrywało ciało od środka jak rozpalone kleszcze, szarpało, przebijało jak raz po raz uderzające ostrza.
Dziewczyna jęknęła i otworzyła oczy. Znajdowała się na posłaniu w niszy w skalnej ścianie, tam gdzie sypiała w ostatnich dniach. Miała na sobie koszulę, chociaż nie sądziła, że w stanie nieświadomości zdołała ubrać się samodzielnie. Zobaczyła nad sobą twarz Nikkorina, który pochylał się z troską.
- Ezma, dzięki bogom, bałem się, że już się nie obudzisz – westchnął Nikkorin z ulgą – Przez chwilę byłaś prawie przytomna, ale jak znowu odpłynęłaś, myślałem, że zapadłaś w śpiączkę. Dwie godziny i prawie żadnego znaku życia. Musiałem cały czas sprawdzać, czy nadal oddychasz.
Ezma w odpowiedzi wydała z siebie kolejny, głośniejszy jęk. Najchętniej straciłaby przytomność po raz kolejny, zasnęła, zemdlała, cokolwiek, byle tylko uciec od tego rozdzierającego bólu.
- Wszystko w porządku? - spytał Nikkorin z niepokojem.
- Proszę… dobij… mnie….
- Po tym jak wraz z Zingmarem postaraliście się, żeby to było prawie niewykonalne?
Ezma spróbowała się uśmiechnąć. Starała się zachować kontakt wzrokowy z przyjacielem, chociaż obraz wciąż trochę rozmywał się przed jej oczami. Nikkorin przykucnął obok jej posłania i ostrożnie sięgnął ręką do jej dłoni.
- Domyślam się, że to ból, którego nawet nie umiałbym sobie wyobrazić. Chciałabym jakoś pomóc, ale nie wiem, czy cokolwiek mogę zrobić.
- Nie odchodź – wychrypiała Ezma – Nie zostawiaj mnie tu samej.
Spróbowała usiąść. To był zdecydowanie zły pomysł, ból niemal ją oślepił. Z oczu mimowolnie popłynęły łzy. Dziewczynie zakręciło się w głowie, przez chwilę była pewna, że bezwładnie upadnie na posłanie, ale wysiłkiem woli zmusiła się do przesunięcia do krawędzi zagłębienia, gdzie mogła oprzeć się plecami o skałę. Zamrugała, spróbowała głębiej odetchnąć, ale to wywołało tylko kolejną falę cierpienia.
- Postaraj się nie ruszać – poprosił Nikkorin. Ezma chwyciła jego rękę i spróbowała przyciągnąć go do siebie. Akrobata po chwili wahania usiadł na posłaniu obok niej. To chyba był jedyny sposób, żeby uspokoić przyjaciółkę, zanim zrobi sobie jeszcze większą krzywdę. Ezma niepewnie objęła go. Nikkorin zawahał się, zanim odwzajemnił uścisk, w tym momencie bał się jej dotykać. Starał się być ostrożny, żeby dodatkowo nie pogarszać sytuacji. Zdał sobie sprawę, że Ezma jest nie tylko wycieńczona, ale przede wszystkim przerażona. Przerażona świadomością tego, czego wraz z Zingmarem się dopuścili.
- Teraz jestem już potępiona, prawda? - spytała Ezma cicho, prawie szeptem – Splugawiłam swoją nieśmiertelną duszę. Musiałam podjąć decyzję i wybrałam zło.
Oparła głowę na ramieniu Nikkorina. Pomyślała przelotnie o pierwszym noclegu w ich wspólnej podróży, kiedy czuli się dziwnie na myśl o wymuszonej sytuacją bliskości. Teraz to nie przeszkadzało, przeciwnie, Ezma czuła, że potrzebuje tego bardziej niż czegokolwiek innego.
- Nie sądzę, żeby ktokolwiek miał prawo cię osądzać – powiedział Nikkorin łagodnie – Zrobiłaś to, co uznałaś za słuszne, po rozważeniu możliwych konsekwencji.
- Nie wiem, czy rozważyłam wszystko. Wiem tylko tyle, że Zakon Cierni nie odpuści. Oni nigdy się nie wahają. Nie powstrzymają się od zdobywania wszystkiego, czego zechcą. To są ludzie… Ludzie, którzy nie wahają się... robiąc coś takiego. Mam nadzieję, że wtedy też to czują. Mam nadzieję, że każdy z nich tak cierpi. Jeśli ktoś na to zasługuje, to przede wszystkim oni.
- Spokojnie. Nie myśl teraz o nich. Tu ich nie ma. Zakon jest daleko stąd a my na razie jesteśmy bezpieczni. Teraz musisz odpocząć. Chociaż przez chwilę sobie odpuść. Mamy czas.
Ezma poczuła, jak ręka Nikkorina delikatnie głaszcze jej głowę i ramiona. To uspokajało, pozwalało wyciszyć gonitwę myśli.
- Myślisz, że oni pozwalają sobie na czekanie? - spytała.
- Myślę, że raczej nie chcesz porównywać się do nich.
Ezma kilka razy głęboko odetchnęła. Kiedy się rozluźniła, było to nieco łatwiejsze, ale i tak czuła, że z bólu na jej czole pojawiły się kropelki potu. Otarła twarz ręką, ciesząc się teraz, że jej czaszki jednak nie przebija kryształowy odłamek. Wtedy ból byłby z pewnością jeszcze gorszy – a przede wszystkim to upodobniłoby ją do znienawidzonych Burzycieli Zakonu. 
- Jeśli naprawdę nie dają sobie ani chwili wytchnienia, jak oni to robią? Jakim sposobem zwyczajnie SĄ W STANIE?
Nikkorin wzruszył ramionami.
- Nie mam pojęcia. Może po prostu pozwalają, żeby ból obudził w nich gniew, a wściekłość dodaje im sił do walki. Ból rośnie, powoduje większą złość i cykl się domyka.
Ezma uśmiechnęła się słabo.
- Myślisz, że to tak działa? I może jeszcze okaże się, że ty nadawałbyś się do tego dużo lepiej niż ja…
- Nie, dziękuję. Bardzo mi przykro, ale nie skorzystam z oferty.
Oboje zaśmiali się krótko.
Nikkorin siedział po lewej stronie, bliżej brzegu posłania. Ezma, obejmując go, prawą ręką sięgała do jego ramienia, nie zdając sobie sprawy, że coraz mocniej zaciska palce. W pewnym momencie Nikkorin syknął z bólu.
- Naprawdę nie musisz trzymać mnie aż tak mocno – stwierdził z lekkim rozbawieniem – Przecież na razie nigdzie stąd nie idę. Ale chyba naprawdę zaczynasz być silniejsza od zwykłych śmiertelników.
Ezma cofnęła rękę i przyjrzała się swojej dłoni. Zginała i prostowała palce. 
Jak nazywał to Zingmar? Mieszanie esencji? Proces duchowy, zachodzący na poziomie aury, bezpośrednio niewyczuwalny.
- Możliwe – powiedziała ostrożnie – Czyli to działa. Naprawdę działa.
Nikkorin nie był pewien, kiedy zasnęli, osłabieni początkowym strachem i następującą po nim obezwładniającą ulgą. Akrobata obudził się na chwilę i zdał sobie sprawę, że w którymś momencie oboje musieli osunąć się do pozycji leżącej. Czuł obok siebie ciepło bijące od ciała Ezmy i ciężar jej głowy na ramieniu. Nie próbował się uwalniać, nie chciał budzić przyjaciółki. W niezmiennym żółtawym magicznym świetle przyjrzał się twarzy Ezmy, wolną ręką sięgnął do jej czoła. Nie był pewien, czy rzeczywiście tamta miała podwyższoną temperaturę, ale nawet jeśli tak, nie była to bardzo wysoka gorączka. Uspokojony Nikkorin znów zapadł w sen.
Na ranem to Ezma obudziła się pierwsza. Na początku poczuła ból, ale spróbowała chociaż na chwilę go zignorować. Nie mogła nie zauważyć, że coś było teraz inne niż wcześniej. Intensywnie odczuwała fakturę ubrania, które miała na sobie, i ciężar okrywającego ją i Nikkorina koca. Była świadoma wilgoci, chłodu i subtelnych ruchów powietrza w skalnych korytarzach. Szum płynących gdzieś w głębi skał strumieni był teraz niewątpliwie słyszalny, podobnie jak uderzenia spadających gdzieś pojedynczych kropli. Dziewczyna miała wrażenie, że niektóre dźwięki wydają chodzące po jaskini owady. Chociaż przebywała w grocie, do której z zewnątrz nie dochodziło światło, jakiś zwierzęcy instynkt, z którego istnienia wcześniej nie zdawała sobie sprawy, podpowiadał jej, że za chwilę wzejdzie słońce.
Ezma powoli usiadła. Fala koszmarnego bólu sprawiła, że pociemniało jej w oczach, przez chwilę dziewczyna obawiała się, że upadnie. Starała się siedzieć nieruchomo, poczuła w tym momencie, że mimo wszystko jest dużo lepiej niż było wcześniej.
- Co się dzieje? - wymamrotał półprzytomnie Nikkorin, obudzony jej ruchem. Ezma uśmiechnęła się triumfalnie.
- Chyba teraz mogę powiedzieć, że się udało.


[I wreszcie napisałam, po długiej przerwie :)
Tak mi się to wszystko kojarzy z tym → https://youtu.be/cjsy-lJ-rYA chociaż to niby inne klimaty.
Na samym początku, kiedy wymyślałam historię Ezmy, miałam wrażenie, że to po prostu będzie opowieść o pragnieniu zemsty. Obecnie widzę, że wcale tak nie jest, to bardziej historia o strachu i poczuciu bezsilności oraz o tym, ile granic można przekroczyć, ile zasad złamać i ile poświęcić, żeby z owego stanu bezsilności wyjść, przestać być bezbronnym, przejąć kontrolę nad swoim życiem, pokonać obezwładniający lęk. Kiedyś, lata temu usłyszałam, że czasem trzeba "zaprzeczyć wszystkiemu i wkroczyć w świat demonów". Chyba właśnie taki rodzaj przekraczania własnych granic staram się opisywać.]

20 mar 2019

Ścieżka Krwi (2)


Ezma nie była pewna, co właściwie ją obudziło. Zdarzało jej się spać na tyle płytko, że przerwać sen mógł każdy najlżejszy szmer, ale to nie była jedna z tych sytuacji. Nie chodziło o dźwięki, przynajmniej nie w pierwszej chwili. To było coś w powietrzu? Kiedy dziewczyna częściowo zrzuciła z siebie koc, poczuła chłód i w pierwszym odruchu chciała znów się przykryć, najlepiej owinąć jak najszczelniej. Więc może po prostu w jaskiniach zrobiło się zimniej.
- Też to słyszałaś?
Szept Nikkorina sprawił, że podskoczyła, czubkiem głowy uderzając w skalną ścianę przed sobą. Syknęła z bólu, czując, że jej serce bije prawie dwa razy szybciej niż normalnie. Spojrzała na akrobatę z urazą, miała nadzieję, że jej wyraz twarzy jest w półmroku wystarczająco dobrze widoczny.
- Co miałabym słyszeć? - spytała – Poza tobą… Nie strasz mnie tak więcej.
- Ktoś… albo coś… chodzi po jaskiniach – powiedział Nikkorin – Słyszałem kroki.
- Pewnie Zingmar pracuje. Jest magiem, pamiętaj. Niektóre rytuały trzeba przeprowadzać w nocy.
Ezma usiadła i potarła oczy dłońmi. Która mogła być godzina? Raczej nie minęło zbyt wiele czasu, odkąd się położyła. Nikkorin przykucnął obok jej niszy, wsparty ręką o jej krawędź. Młodzieniec miał raczej niewyraźną minę. Nie był to jeszcze strach, na razie był tylko niespokojny.
Gdzieś w ciemności trzasnęły drzwi. Ezma odruchowo wstrzymała oddech. Nie zamierzała pozwolić, żeby strach nad nią zapanował, to w niczym nie pomagało. Pamiętała, że jeden ze sztyletów zostawiła w zasięgu ręki, pomiędzy torbą z rzeczami a skalną ścianą przy tej części niszy, gdzie w czasie snu spoczywała jej głowa. Zrobiła to na wypadek takich właśnie sytuacji. Sięgnęła ręką tam, gdzie spodziewała się znaleźć sztylet i natrafiła czubkami palców na rękojeść. Uzbrojona natychmiast poczuła się bardziej pewnie.
Wstała, starając się poruszać możliwie bezszelestnie. Powoli skradała się przy skalnej ścianie, kierując się bliżej początku sieci jaskiń. Nie odezwała się do Nikkorina, nie uważała, żeby było to konieczne. Przyjaciel, jeśli chciał, mógł iść za nią. Ezma w jakimś stopniu wyczuwała za sobą jego ruchy, prawie nie słyszała oddechu i kroków. Nikkorin jako cyrkowiec miał co najmniej taką samą wprawę w zwinnym przekradaniu się przy zachowaniu ciszy, niewykluczone, że mógł być nawet w tym lepszy.
Ezma zatrzymała się w miejscu, gdzie naturalny korytarz jaskini skręcał nieznacznie w lewo, aby cztery metry dalej połączyć się z domem Zingmara. W wypływającym z kryształów magicznym świetle widać było ciemną sylwetkę człowieka w obcisłym stroju, możliwe, że czarnym, ale w pierwszej chwili trudno było to stwierdzić na pewno. Jasne było natomiast, że osobnik ów był dużo drobniejszej budowy niż gospodarz i miał dłuższe włosy, opadające falami wokół twarzy. Nie wydawał się niebezpieczny, chociaż pewien niepokój mógł wzbudzać fakt, iż bez problemu mógł dostać się do domostwa Zingmara. Ezma powoli wyszła z ukrycia, trzymając przed sobą sztylet w uniesionej dłoni, ostrzem celując w intruza.
- Ktoś ty? - spytała groźnie. Tamten śmiało zmniejszył dystans, unosząc głowę tak, by jego twarz wyraźniej ukazała się w sztucznym świetle. Intruz okazał się gładko ogolonym młodzieńcem o ciemnych oczach, możliwe nawet, że młodszym od Ezmy i Nikkorina. Kąciki ust i podbródek barwiły niewielkie ciemne smugi, nasuwające na myśl mało przyjemne skojarzenie. To najprawdopodobniej była krew.
- Stary znajomy czarownika Zingmara – powiedział ów młodzieniec z uśmiechem.
- Wampir, jak sądzę? - zagadnął Nikkorin, który znalazł się tuż za plecami Ezmy. Ezma chwilowo opuściła sztylet, czując, że w razie prawdziwych kłopotów taka broń niewiele przyniosłaby pożytku. Pomyślała o srebrze, o którym Yomiro wspominała przed kilkoma dniami. Może powinna bardziej wziąć sobie te rady do serca.
Ciemnooki młodzieniec skinął głową.
- Skąd się tu wziąłeś? - spytała Ezma, próbując zachować spokój.
- Byłem tu już dobre dwa tygodnie. Tam głębiej, w jaskiniach. Mam zapasowy klucz do jednej z bram. Jakoś tak wychodzi, że bywam tu częstym gościem. Starałem się jak zwykle nie wchodzić Zingmarowi w drogę, ale tej nocy przycisnęła mnie wyższa konieczność. Już drugi dzień nie miałem na co tam polować, szczury i nietoperze przestały się pokazywać…
- Proszę, daruj sobie…
Głos Ezmy zabrzmiał jak jęk. Tamten usłyszał to i krótko się zaśmiał.
- Wedle życzenia panienko. A mógłbym wiedzieć, z kim mam przyjemność? Jesteś kolejną ochotniczką Zingmara? Kandydatką na Cudzokrwistą?
- Możliwe. Trudno powiedzieć.
To była bezpieczna odpowiedź, właściwie zgodna z prawdą. Ezma czuła, że ma jeszcze trochę czasu na podjęcie ostatecznej decyzji. Widząc ciągłe zainteresowanie młodego wampira, postanowiła przedstawić siebie i Nikkorina. Wampir zrewanżował się, oznajmiając, iż ma na imię Ruvan. 
Ruszyli w głąb jaskiń. Ruvan poruszał się krętymi korytarzami z wyraźną wprawą osoby dobrze zaznajomionej z tym miejscem, zatem musiał mówić prawdę o swoich wielokrotnych wizytach u Zingmara. Ezma zastanawiała się, jakie relacje mogły łączyć tamtego z gospodarzem.
- Tak właściwie jak dużo wiecie o tym, co tutaj dzieje się z ochotnikami Zingmara? - spytała – To znaczy wy, wampiry godzące się na rolę dawców esencji. Miałam okazję rozmawiać z jedną z was i ona niewiele wiedziała o samej krwawej sztuce.
Ruvan zachichotał. Odwrócił się do Ezmy, szczerząc w zadziornym uśmiechu zęby, w tym długie, ostre wampirze kły.
- Ja osobiście wiem trochę więcej – odpowiedział – I wystarczająco dużo, żeby wiedzieć, że stary Zingmar ma już na punkcie brudnej alchemii prawie obsesję. Jeśli jeszcze nie zwróciłaś uwagi, zobaczysz to już wkrótce. Jutro, pojutrze zacznie wam wmawiać, że we wszystkich kluczowych wydarzeniach na naszym kontynencie brali udział Cudzokrwiści. Nie żebym twierdził, że to się nigdy nie zdarzało, ale Zingmar zdecydowanie przecenia rolę tej sztuki. Uwierz mi, zdarzało mi się bywać w grobowcach wodzów, szamanów i bohaterów w różnych okolicznościach… Nie wiem, czy chcesz znać szczegóły, ale widziałem szczątki wielu z nich. Czasem owszem, widziałem pośród kości kryształ, zdarzało się, że nawet kilka, ale w większości przypadków nic takiego nie znalazłem. Za to albo przy szkieletach, albo wśród przedmiotów pochowanych wraz ze zmarłym widywałem magiczne bronie i klejnoty, czasem emanujące taką energią, że nie potrzeba daru magii, żeby to wyczuć.
Ezma kiwała głową. Może właśnie potrzebowała takich otrzeźwiających słów. Dopiero dowiedziała się o możliwościach krwawej alchemii i musiała przyznać sama przed sobą, że pomimo odruchowego oporu i lekkiej odrazy, czuła też z każdą chwilą rosnący podziw dla możliwych korzyści płynących z tej sztuki. Dużo bezpieczniej byłoby zachować zdrowy dystans wobec tych rewelacji. 
To przypomniało jej o czymś jeszcze, co, być może wskutek przytłoczenia ilością nowych informacji, nie przyszło jej do głowy wcześniej, kiedy miała okazję rozmawiać z Zingmarem.
- Ty słyszałeś o tym, co działo się w wielu miejscach w kraju kilka miesięcy temu? - spytała – O opętanych szamanach? Czy to możliwe, że złe duchy miały do nich dostęp, ponieważ ci ludzie zostali rozdarci i skażeni przez sidrium?
Ruvan wydawał się coraz bardziej rozbawiony.
- No i to jest właśnie to, o czym mówię – stwierdził z satysfakcją – Teraz będziesz widzieć Cudzokrwistych na każdym kroku, chociaż wcale nie ma ich aż tak wielu, jak wyobraża sobie Zingmar. Uwierz mi, obecnie praktycznie nie ma Cudzokrwistych szamanów, a nawet jak jakiś gdzieś się uchował, to jest skrajnie rzadki wyjątek. Nie jest prawdopodobne, żeby to było na tyle powszechne, aby wiązać to z tymi masowymi opętaniami.
Ezma w duchu odetchnęła z ulgą, sama nie do końca pewna, dlaczego ta odpowiedź w znacznym stopniu ją uspokoiła. Nikkorin, teraz już ośmielony, odważył się spytać, czy wampiry, skoro z jakichś powodów zgadzają się zostać dawcami żywej krwi, mogą też same przyjąć sidrium. Ruvan ze smutnym uśmiechem potrząsnął głową. Nikkorin szeroko otworzył oczy i dał wyraz swemu oburzeniu.
- Zingmar wam nie pozwala? Po tym, jak wykorzystuje was, aby pozyskać waszą cenną esencję?!
- To nie jest kwestia pozwolenia – wyjaśnił Ruvan – Nieumarłe istoty nie mają już aury, dlatego nie byłyby w stanie przyjąć takiej energii. Wampiry i tak stanowią swego rodzaju wyjątek przez to, że mogą być dawcami, z jakiegoś powodu jest w nas jeszcze coś poza śmiercią i rozpadem. Inne nieumarłe stworzenia… cóż, pod tym względem są już zupełnie bezużyteczne. Jakbyście chcieli wiedzieć, wszelkie zmiennokształtne istoty z wilkołakami na czele też nie mogłyby przyjąć sidrium. A to z tego prostego powodu, że noszenie kryształowych odłamków w ciele, które zmienia formę i rozmiary, kończy się tragicznie.
Dotarli do części korytarza, gdzie oświetlenie było dużo słabsze. Na ścianach lśniły słabym czerwonym i złotym blaskiem magiczne symbole, zebrane w trójkąty i kręgi. Kilka metrów przed nimi korytarz ograniczały pionowe kraty z żelazną furtą. Ezma przypomniała sobie, że podobne znajdowały się w miejskich lochach, wielokrotnie słyszała o tym od tych z ludzi Rattlina, którym zdarzyło się przesiedzieć w celi kilka albo kilkanaście dni za ostrzejszą bójkę w szynku po jakimś mocniejszym trunku. Ruvan wydobył z kieszeni klucz, Ezma pomyślała w tym momencie, że nie chciałaby, aby wampir już ich opuścił.
- Wiesz może, co jeszcze powinnam wiedzieć? - spytała, chwytając ramię Ruvana – Nie mam pojęcia, o co właściwie pytać Zingmara, kiedy już mam okazję.
Ruvan zatrzymał się kilka kroków przed bramą prowadzącą w mrok.
- No, nie jestem pewien, jak to jutro będzie z tą okazją – mruknął z troską – Jeśli nie wiecie, Zingmar od kilku godzin jest w górach. W końcu poszedł odprawiać ten rytuał, do którego tak długo się przygotowywał. Jak wróci, może być poważnie wyczerpany.
Ezma i Nikkorin spojrzeli po sobie. Pomyśleli w tej chwili o tym samym. Gdyby nie Ruvan, byliby sami w połączonym z nie do końca zbadanymi jaskiniami domostwie Zingmara. W nocy. Śpiący i bezbronni. Taka świadomość nie była przyjemna. Ezma poczuła jakiś rodzaj żalu do maga, za to, że w żaden sposób ich nie uprzedził.
- Wybacz mi, że o to pytam, ale to chyba nie da mi spokoju – odezwała się po chwili – Zakładałeś, że jestem przyszłą Cudzokrwistą i dlatego się tu znalazłam. Gdyby tak było, mogłoby to oznaczać dla ciebie konieczność oddania części serca dla pozyskania żywej krwi.
- Tak, byłoby to bardzo prawdopodobne – zgodził się Ruvan. Włożył już klucz w zamek i dwukrotnie przekręcił. Zrobił to płynnym, pewnym ruchem, ale chrzęst metalu sugerował, iż zamek stawiał opór, który wampir przełamał dzięki swojej sile.
- I jak byś się czuł w związku z tym?
Ruvan pchnął furtę i przeszedł na drugą stronę, w mrok jaskiń nieoświetlonych magiczną energią Zingmara. Zamknął przejście za sobą i dał krok w głąb korytarza, po czym na chwilę się zatrzymał. Nie odwracał się już, tylko nieznacznie skręcił głowę, spoglądając na Ezmę przez ramię kątem oka.
- Chyba miałbym jakąś satysfakcję, jeśli chodziłoby o ciebie. A zwłaszcza, gdybyś była pierwszą ochotniczką Zingmara, na której sprawdziłby w praktyce te swoje pokręcone teorie.
- Jakie teorie? - spytała Ezma. Poczuła nagłą suchość w gardle, serce jej przyspieszyło. Jeśli już rozważała poddanie się takiej upiornej operacji, zrobiłaby to z myślą, że Zingmar ma doświadczenie w tym, co robi. Czy czarownik miał w planach jakiś eksperyment o nieprzewidywalnych skutkach?
- Nie jestem pewien – odparł Ruvan spokojnie, powoli oddalając się od krat – Aż tak dobrze nie znam technicznych szczegółów. Ale już od paru lat powtarza coś o trzecim poziomie brudnej alchemii, chociaż nie wygląda na to, żeby od tamtej pory rzeczywiście zrobił jakiś przełomowy krok naprzód. Nie rozmawiał o tym wszystkim ze mną, ja tylko wyciągam wnioski z obserwacji. Stary Zingmar chyba coś odkrył, ale z jakichś powodów nie spieszy się zbytnio z doświadczalnym badaniem tego. Trochę żałuję i za każdym razem mam nadzieję, że w końcu ta chwila nastąpi, bo przyznaję, że jestem ciekaw, co on takiego wymyślił.
Ostatnie jego słowa mieszały się z echem odbijającym się od kamiennych ścian korytarza, kiedy wampir znikał w ciemności.
* * *

Zingmar wrócił do domu rano, kiedy słońce na dobre już wzeszło. Otwierając drzwi, nie starając się przy tym szczególnie zachować ciszy, zdołał obudzić Ezmę, która nie spała zbyt głęboko. Rewelacje, które w nocy przedstawił Ruvan, wywołały lawinę pytań, które, pozbawione odpowiedzi i wyjaśnień, kłębiły się w głowie Ezmy, ekscytujące i jednocześnie irytujące. Dziewczyna wstała właściwie z ulgą, zadowolona, że coś skupiło jej uwagę. Szybkim krokiem przeszła do części zamieszkanej przez gospodarza. Widząc Zingmara, słaniającego się na nogach i z trudem utrzymującego pionową postawę, uznała, że dobrze się stało. Ujęła wycieńczonego maga pod ramię i poprowadziła do jednego z pomieszczeń w głębi, gdzie, jak pamiętała, znajdowała się mocno zniszczona latami użytkowania sofa. Pomogła Zingmarowi usiąść na starym meblu, za co ów podziękował skinieniem głowy i słabym uśmiechem. Ezma zauważyła, że Zingmar miał na sobie długą, ciemnofioletową, prawie czarną szatę, z przodu której wyhaftowane złotą nicią symbole i znaki jakiegoś obcego alfabetu ciągnęły się od kołnierza do samego skraju. Dotarło do niej, że właściwie pierwszy raz widzi gospodarza w stroju, jaki w pierwszej kolejności kojarzy się z osobami związanymi z magią. Oprócz tego Zingmar miał liczne srebrne i złote pierścienie, niektóre z barwnymi klejnotami, inne całe pokryte ciągiem run. Z szyi zwieszał mu się na cienkim łańcuszku płaski prostokątny medalion z symbolami oczu, ręki i kilkoma znakami, być może także pochodzącymi z jakiegoś starożytnego pisma. Zingmar zaczął zdejmować całą tę biżuterię, trzęsącymi się rękami próbował sięgnąć do stojącego obok krzywego stolika, ale blat okazał się za daleko.
- Ja to zrobię – zaofiarowała się Ezma, widząc, że w obecnym stanie był to dla maga wysiłek na granicy możliwości – I jeśli mogłabym w jakiś sposób pomóc…
- Pić – poprosił Zingmar słabym głosem – A potem pozwól mi spać. Po prostu muszę odpocząć.
Ezma odłożyła wszystkie magiczne amulety na stolik, szybko poszła do kuchni po karafkę z wodą i wróciła do maga. Zingmar wydawał się półprzytomny. Pił powoli, kiedy Ezma podsunęła mu naczynie, na wszelki wypadek sama je trzymając, w końcu osunął się i legł nieruchomo na sofie. Twarz miał bladą, na czoło wystąpiły drobne kropelki potu. Przynajmniej równo oddychał, co Ezma przyjęła z ulgą. Przez następne kilkanaście minut Ezma siedziała na skraju sofy, przyglądając się śpiącemu i upewniając się, że nic mu nie grozi. Opuściła pomieszczenie względnie spokojna, czując, że i tak na nic się nie przyda, robiła się też coraz bardziej głodna. Wróciła do komnaty, w której spała, aby obudzić Nikkorina, ale zastała przyjaciela już przytomnego, myjącego twarz w płynącym pod ścianą strumyku.
- I co będziemy robić z tak pięknie rozpoczętym dniem? - spytał Nikkorin z promiennym uśmiechem, który Ezma, chcąc nie chcąc, musiała odwzajemnić.
Po pospiesznie przygotowanym śniadaniu wyszli na zewnątrz. Udało im się znaleźć dwa kije odpowiedniej długości, krótsze i nie tak proste jak te, których do ćwiczeń i pojedynków używali ludzie Rattlina, ale nadające się w wystarczającym stopniu. Przy pomocy kamieni i noży zdołali usunąć odgałęzienia, sęki i częściowo odchodzącą od drewna wyschniętą korę. Tak uzbrojeni Ezma i Nikkorin stanęli naprzeciw siebie. 
- Do pierwszego dotknięcia – zapowiedziała Ezma i wystarczająco powoli, aby dać przyjacielowi szansę na reakcję, wyprowadziła pierwszy cios.
Nie walczyli długo do pierwszego momentu, kiedy musieli przerwać. Mimo chłodu zrobiło im się tak gorąco, że musieli zrzucić wierzchnią warstwę odzienia, pozostając tylko w cienkich jasnych koszulach. Nikkorin dodatkowo pozbył się butów. Przyzwyczajony do częstego odbywania akrobatycznych treningów boso, uznał, że tak będzie mu wygodniej. Ezma zauważyła, że młody akrobata jest w doskonałej kondycji. Nie mogła go trafić, w niektórych momentach miała wrażenie, że przyjaciel odczuwalnie przewyższa ją szybkością ruchów. Walcząc nie stali w miejscu, stopniowo oddalali się od wejścia do jaskiń. Najczęściej to Nikkorin, nacierając, zmuszał Ezmę do wycofania się. Twarze obojga zarumieniły się, włosy kleiły się do czoła. W pewnej chwili jednomyślnie zgodzili się zakończyć walkę i uznać ją za nierozstrzygniętą. Przysiedli na jednym z wynurzających się z ziemi głazów, wybrali taki o względnie równej, gładkiej powierzchni. Porzucone wcześniej ubrania zarzucili na ramiona, aby rozgrzane ciała nie traciły ciepła zbyt gwałtownie.
- Niezły jesteś – stwierdziła Ezma. Przymknęła oczy, koncentrując się na swoim pulsie, teraz w dość przyjemny sposób odczuwalnym w całym ciele. Wysiłek w znacznym stopniu wypalił tę dręczącą energię pochodzącą od nie mogącej znaleźć ujścia ciekawości.
Zanim uczucie podobne do nerwowego oczekiwania powróciło, Kociooka spróbowała znaleźć zajęcie, które mogłoby zaabsorbować jej myśli. Krążąc wokół skał, natrafiła na krzak wilczych jagód. Odruchowo, zanim zdążyła pomyśleć o tym, co robi, schyliła się i zerwała dwa owoce. Przez chwilę obracała je w palcach, później przykucnęła i zaczęła zbierać kolejne. Szukając następnego krzaka, zamiast niego znalazła rosnącą szałwię, a w pobliżu coś, co przypominało zioła leżące na stole w jednej z pracowni Zingmara. Dziewczyna postanowiła zebrać po trochu wszystkiego, w ten sposób mogła pomóc magowi uzupełnić zapasy. Nikkorin w pewnym momencie próbował do niej dołączyć, nie miał jednak cierpliwości, aby zajmować się tym przez dłuższy czas. Bardziej biernie podążał za Ezmą, trzymając się w pobliżu, aby mogli swobodnie rozmawiać.
Drzwi domostwa Zingmara otworzyły się i gospodarz stanął w progu, wsparty ręką o ścianę. Kiedy Ezma, ku własnemu lekkiemu zaskoczeniu ucieszona jego widokiem, podeszła bliżej, mogła stwierdzić, że Zingmar wyglądał już o wiele lepiej. Zdążył też się przebrać, porzucając szaty maga na rzecz bardziej praktycznego na co dzień prostego, ciemnego skórzanego stroju. 
- Więcej chyba już nie utrzymasz – odezwał się czarownik z rozbawieniem – Chodźmy zanieść to do pracowni.
Ezma zdążyła wypełnić owocami, grzybami i pędami sakiewkę i kieszenie, część niosła przyciskając do boków. Nie miała nic przeciwko pozbyciu się tego balastu, który rzeczywiście z każdą chwilą coraz trudniej było utrzymać. Kiedy mag cofnął się w głąb domostwa, Ezma podążyła za nim, pozostawiając na zewnątrz Nikkorina. Odniosła wrażenie, że po uzyskaniu odpowiedzi na pytania, które przywiodły tu ich oboje i przyjęciu tego wszystkiego do wiadomości, jej przyjaciel w dużej mierze utracił zainteresowanie krwawą alchemią i Cudzokrwistymi. Ona sama przeciwnie, miała wrażenie, że dotychczas zdobyta wiedza była dopiero wstępem do czegoś więcej.
Znaleźli się w tej samej komnacie, przy tym samym stole, co poprzedniego dnia, tam Zingmar przejął od Ezmy jej zbiory. Część umieścił w stosownych naczyniach albo w szafkach, większość polecił po prostu położyć na blacie. Następnie cofnął się do poprzedniego pomieszczenia, ale zamiast wrócić do części mieszkalnej, skręcił w przejście pomiędzy szafkami, ku dalszej części swojego magicznego i alchemicznego laboratorium. Ezma posłusznie ruszyła za nim.
- Czy zioła mogą w jakiś sposób być wykorzystane w krwawej sztuce? - spytała.
- A jakże! Zwłaszcza jak się ma z tym dłużej do czynienia i sporo się eksperymentuje. Wilcze jagody albo bieluń na przykład, spowalniają proces utraty energii po nasyceniu kryształu. Jakbyś, powiedzmy, chciała użyć mieszanej żywej krwi i musiała zabić kilka różnych stworzeń… Nie zawsze jest to możliwe w umownie jednym czasie. Pewne wywary mogą zwiększyć efektywność pozyskiwania esencji. Bardzo często kryształy przechowywane są w naczyniu z małą ilością stosownej mikstury i dopiero wówczas dodaje się żywą krew, aby uzyskać lepszy efekt. Wiesz, jakbyś siedziała w tym tak długo jak ja, zauważyłabyś, że obserwując podobne praktyki, łatwo można odróżnić amatora od człowieka, który w jakimś stopniu zna się na rzeczy.
Zaśmiał się krótko, zatem Ezma również się uśmiechnęła.
Znaleźli się w dość przestronnej, a przede wszystkim długiej jaskini. Pod skalnymi ścianami stało kilka stołów, w innych miejscach na kamiennym podłożu spoczywały okrągłe albo kwadratowe metalowe siatki o drobnych oczkach. Z bliska można było zobaczyć, że owe siatki kryją niezbyt głębokie otwory, z których nieliczne tylko były puste. W większości przebywały żywe niewielkie zwierzęta, jaszczurki, salamandry, myszy, całymi stadami tłoczyły się chrząszcze albo inne owady o niezwykłych kształtach i barwach. W kilku pojedynczo leżały zwinięte w kłębek węże, niektóre, sądząc po ostrzegawczo jaskrawym ubarwieniu, musiały być jadowite. Oprócz tego w skalnej komnacie znajdowało się kilka pułapek w formie klatek z drewna, stali i sznurków, przeznaczonych przypuszczalnie na myszy albo szczury. Ezma przeszła obok jednej, w którą schwytał się dorodny gryzoń, teraz wściekle rzucający się w ograniczonej przestrzeni. Zingmar podszedł do jednej z kilku wypaczonych drewnianych skrzynek i wydobył ze środka słoik wypełniony czymś jasnym i wyschniętym. Mogły to być równie dobrze suszone rośliny jak i kawałki zakonserwowanego mięsa. Gospodarz otworzył naczynie, aby nakarmić tymi okruchami część swojej menażerii. 
Ezma przez krótką chwilę przyglądała się temu, później podeszła do najbliższego stołu. Nie zdziwiła się już w najmniejszym stopniu, widząc na blacie sidrium. Niektóre kryształy zostały prymitywnie oprawione w jakiś metal z niewielkim oczkiem, przez które dało się przewlec łańcuszek albo sznurek. Ezma uniosła jeden z takich wisiorków, trzymając za rzemyk, pomyślała przy tym o amulecie, który Betilla odkupiła od Trisa. Oprócz tego na stole znajdowały się inne minerały o różnych barwach, oprawiony w bardzo zniszczoną czarną skórę notatnik i mnóstwo luźnych kartek, w większości schematów anatomicznych. Dziewczyna zaintrygowana zaczęła je przeglądać, podziwiając dokładność przedstawionych szczegółów ciał ludzi i zwierząt, naszkicowanych bez skóry, czasami z całkowicie otwartymi jamami ciała dla zobrazowania wnętrzności. Na wielu szkicach ludzi albo innych humanoidalnych stworzeń zaznaczono kropkami, krzyżykami i gwiazdkami liczne punkty, które zdawały się tworzyć regularne wzory, za którymi stała jakaś logika. Na kilku rysunkach punkty połączone były liniami, pojedynczymi, podwójnymi albo przerywanymi. Ezmie w jakiś sposób skojarzyło się to z konstelacjami gwiazd na mapach nieba.
Do jakich wniosków i odkryć Zingmar mógł dojść po latach eksperymentowania z krwawą sztuką?
- Czym jest trzeci poziom krwawej alchemii? - spytała Ezma, odwracając się gwałtownie od stołu – Jeśli coś takiego naprawdę istnieje…
Pochylony nad uwięzionymi w otworze zwierzętami Zingmar wyprostował się i zakręcił słoik. Kiedy spojrzał na Ezmę, jego twarz wyrażała mieszankę zdziwienia, rozbawienia i satysfakcji.
- Ktoś ci powiedział, czy zerknęłaś na moje notatki… to znaczy o ile umiesz czytać…?
- Owszem, umiem. A o trzecim poziomie usłyszałam od wampira Ruvana. Który usłyszał o nim od ciebie.
Ezma starała się mówić spokojnie, ale czuła, że jej ton stał się wbrew jej woli lekko wyzywający. Powinna się już dawno przyzwyczaić do tego, że w jej przypadku, rozbójniczki chłopskiego pochodzenia, umiejętność czytania czy pisania nie była czymś oczywistym dla innych. Ezma zawdzięczała to Margot, która, w przeciwieństwie do męża, chłopa z dziada pradziada, była córką mieszczanki zbiegłej z Karagaros. Babka Diny zadbała o to, aby jej córka opanowała przynajmniej te podstawowe umiejętności. Potem Margot związała się z Griganem, którego mimo znacznego oporu postanowiła uczyć, następnie przekazała te umiejętności Dinie oraz nielicznym chętnym spośród ludzi z bandy, głównie dołączającym do nich sierotom z młodszego pokolenia. Było praktycznie oczywiste, że Ezma, jako przybrana córka Margot, nie mogła zostać pominięta.
- Takie już mam szczęście, że w końcu nawet wampira wyszkolę w krwawej sztuce – stwierdził Zingmar, kręcąc głową – A one w większości mało się interesują szczegółami tego, co tu robię.
- Ja przybyłam tu właśnie z tego powodu – przypomniała Ezma. Przyglądała się magowi, mrużąc oczy. Zauważyła jego lekkie zmieszanie, co przyniosło pewną satysfakcję.
- Oczywiście. Jeśli do tej pory zrozumiałaś wszystko, co próbowałem ci wytłumaczyć i nie czujesz się tym przytłoczona, podejdź tu bliżej. Zaraz zdradzę ci sekret… To, co w krwawej alchemii obecnie naprawdę jest tajemnicą…
Zingmar zniżył głos prawie do szeptu. Chcąc nie chcąc, Ezma podeszła bliżej, aby nie stracić nic z tego, co miał mówić.
- Wyobraź sobie istotę, która nosi w sobie kilka kryształów – zaczął Zingmar, powoli podchodząc do stołu, przy którym Ezma stała chwilę wcześniej – Dla uproszczenia uznajmy, że przyjęła je w jednym czasie. Logicznym byłoby w takiej sytuacji oczekiwać, że w efekcie ów osobnik uzyska wszystkie cechy, pochodzące z esencji z poszczególnych kryształów, nieprawdaż?
- Owszem – zgodziła się Ezma – Tak podpowiadałby zdrowy rozsądek. Ale czy to znaczy, że w rzeczywistości to wszystko działa jakoś inaczej?
- Nie, jak najbardziej działa to właśnie tak. Poza małym efektem, nazwijmy to ubocznym. Jeśli Cudzokrwisty ma w ciele pięć albo więcej kryształów, często, chociaż nie zawsze, może nastąpić bardzo nieznaczne wzmocnienie wszystkich efektów.
- Czyli takie kryształy mogą ze sobą interferować…
- Niektórzy badacze na podstawie obserwacji doszli do takiego wniosku. Jak sądzisz, jaki w takiej sytuacji był ich kolejny krok?
- Nie wiem… Sprawdzić, na ile taki efekt jest powtarzalny? Jak to osiągnąć celowo, w sposób kontrolowany i być może przy mniejszej liczbie kryształów? Wybacz, cały czas trudno mi sobie wyobrazić, że ktoś mógłby chcieć umieścić w swoim ciele wiele odłamków sidrium…
Ezma spuściła wzrok. Podążając za magiem, znów znalazła się przy stole zasypanym licznymi anatomicznymi szkicami. Na wierzchu leżał rysunek człowieka z zaznaczonymi punktami na klatce piersiowej, połączonymi cienkimi liniami. Kiedy spojrzała na Zingmara, odniosła wrażenie, że tamten był trochę rozbawiony jej odpowiedzią.
- Widać, że nie miałaś do czynienia z krwawą alchemią – stwierdził, a widząc, że Ezma już otwiera usta, aby powiedzieć coś na swoją obronę, dodał szybko – Ale nie ma w tym absolutnie nic złego. Brak doświadczenia po prostu na razie ogranicza twoją wyobraźnię. Na przestrzeni dziejów wielu było takich, którzy eksperymentowali z tym latami. Efekt, o którym przed chwilą mówiłem, musieli zauważać dość szybko i powiedzmy sobie szczerze, raczej ich szczególnie nie zachwycał. Bo co w tym wspaniałego? Co innego, gdyby kilka kryształów wskutek interferencji pomiędzy nimi doprowadziło do wystąpienia kompletnie nowych, nieoczekiwanych efektów…
- Jeśli takie coś jest możliwe, to pewnie tylko w przypadku określonych kombinacji kryształów. I może przy spełnieniu jeszcze jakichś innych dodatkowych warunków.
Zingmar klasnął w dłonie. Jego twarz rozjaśnił uśmiech zadowolenia.
- Dobrze myślisz – pochwalił – Pewne szczególne kombinacje naprawdę pozwalają to osiągnąć. Pod warunkiem, że wiesz, jakie dodatkowe symbole musisz wyryć na poszczególnych odłamkach, aby wszystkie związać w sieć. Jest szansa, że po latach wysiłków własnych i poprzedników poznasz właściwe symbole i właściwe rodzaje esencji.
- To wszystko brzmi jak szukanie po omacku, z nadzieją, że odkryje się coś po poświęceniu jak najmniejszej liczby ofiar, prawda? Bo chyba nie ma innego sposobu, żeby cokolwiek sprawdzić…
- Cała krwawa alchemia to sztuka prób i błędów. Tak właśnie przed wiekami odkryto podstawy, które z czasem bardziej lub mniej się rozpowszechniły i które teraz są w naszym kraju praktykowane. Nieporównywalnie rzadziej na drodze eksperymentów osiągano pewne bardziej spektakularne efekty… Przemianę w odmienną, nową istotę.
- Trzeci poziom.
- Tak. To jest właśnie trzeci poziom wyklętej sztuki. Sprzężona krystaliczna sieć. I mówię to z wielką przykrością, ale znaczna część przepisów na uzyskanie szczególnych rezultatów przepadła w mroku wieków. W przeciwieństwie do drugiego poziomu, ta wiedza praktycznie nigdy nie była szeroko ujawniana. To zrozumiałe, biorąc pod uwagę, ile czasu i trudu kosztowało jej zdobycie. Jeśli jakiś samotny badacz albo organizacja wpadli na właściwy trop, mogli skorzystać z przywileju zachowania sekretu dla siebie.
- Nie pozostawili po sobie żadnych pism? - spytała Ezma cicho, z żalem i nadzieją, które trochę ją zaskoczyły.
- Niektórzy tak, inni woleli chronić swoje tajemnice nawet za cenę ryzyka całkowitej ich utraty. Jak dotąd praktycznie ani razu nie natrafiłem na źródła wystarczająco kompletne, żeby móc na ich podstawie odtworzyć pełną procedurę.
- Czy ty… sam odkryłeś jakąś… recepturę? - Ezma nie była pewna, czy to było właściwe słowo, ale mag powinien to zrozumieć. W końcu cały czas podkreślali, że mają do czynienia z rodzajem alchemii.
Zingmar ze smutnym uśmiechem pokręcił głową.
- Jeszcze nie przypadł mi w udziale taki zaszczyt – przyznał – Ale od kilku lat próbuję rozszyfrować coś naprawdę wyjątkowego. Mam niezbite dowody na to, że w Karagaros, osiągnięto w krwawej sztuce niespotykane mistrzostwo.
Ezma musiała kilka razy wziąć głęboki oddech, zanim się odezwała.
- Ja jestem z tamtych okolic, pamiętasz? Może do tej pory po prostu nie miałam tego szczęścia i nie zetknęłam się z krwawą alchemią, ale czy gdyby odkryto coś nadzwyczajnego, skutki nie były jakoś widoczne?
- Jesteś pewna, że nie są? Mam wrażenie, że każdy w tamtych rejonach w jakimś stopniu ma do czynienia z Zakonem Cierni.
- Jeśli oni eksperymentują z trzecim poziomem… nie wykluczam, oni mogą eksperymentować ze wszystkim… część z tych mutantów, które hodują w swoich lochach to dzieci krwawej alchemii – westchnęła – Ten trzeci poziom naprawdę może przekształcić ciało aż tak? Niektóre stworzenia z Karagaros prawie nie przypominają ludzi.
- Patrzysz nie tam, gdzie trzeba – powiedział Zingmar łagodnie – Akurat w tym przypadku nie szukałbym przyczyn transformacji tych wszystkich nieszczęśników w krwawej sztuce. Ale jak to mówią, najciemniej jest pod latarnią. Możliwe, że nie tylko ty masz ten problem i większość tamtejszej ludności nie widzi tego, co ma wprost przed sobą.
- To znaczy czego?! - spytała Ezma niecierpliwie.
- Transformowanych Cudzokrwistych Zakonu. Nadludzkich istot, którym odłamki sidrium dosłownie sterczą z czoła.
Ezma zakryła dłonią usta i dała kilka kroków do tyłu. Dlaczego sama nie była w stanie tego dostrzec? Wszystko pasowało do siebie doskonale i w końcu nabierało sensu. Burzyciele trzymali się swoich praktyk z konsekwencją wskazującą na płynące z nich wymierne korzyści. Gallaban i Mały twierdzili, że posępni zabójcy z Zakonu karmili się wnętrznościami wydartymi z ciał ofiar i częściowo było to prawdą. Tylko nikt z ludzi Rattlina nie wpadł na to, że chodziło o nasycenie esencją swojej aury, nie ciała. Tym sposobem zyskiwali to, czym byli. Patrząc, jak Zingmar przekłada na stole szkice i wyciąga na wierzch prosty schemat człowieka przedstawionego z przodu i z tyłu, z klatką piersiową i plecami poznaczonymi licznymi krzyżykami, Ezma zdała sobie sprawę z kolejnej rzeczy. Poczuła nieprzyjemny dreszcz.
- Oni są ludźmi, tak? Nigdy nie byli demonami, ani innymi stworami z piekła rodem…
Zingmar pokiwał głową i gestem poprosił Ezmę, żeby podeszła bliżej. Ręką wygładził szkic.
- Byli ludźmi, owszem. Teraz trudno powiedzieć, czym właściwie są. Taki urok trzeciego poziomu. Wyobraź sobie, że rozszarpiesz aurę na części i zwiążesz je wszystkie na nowo, w zupełnie inny sposób. Stworzysz coś odmiennego niż istota, która istniała chwilę wcześniej.
Ezma, chociaż wolałaby patrzeć w tym momencie na cokolwiek innego, nie potrafiła oderwać wzroku od szkicu, gładzonego niemal z czułością przez Zingmara. Spróbowała policzyć punkty gęsto zaznaczone na jego ciele, poddała się przy siedemnastu, kiedy zaczęła się mylić. Wszystkich musiało być co najmniej dwadzieścia kilka. Na bogów! Dziewczyna wiedziała doskonale, że zakonnicy z Karagaros nie zważali na cierpienie innych, ale do tej pory nie pomyślała, że także samych siebie potrafili w imię idei narażać na takie męki. Z westchnieniem spojrzała na leżące obok na blacie kryształy. Podniosła jeden niewielki odłamek i dotknęła nim czoła, wyobrażając sobie owe krótkie wierzchołki niczym rogi wyrastające z czół Burzycieli, tak wiele razy oglądane w koszmarnych snach. Jak duża część kryształu musiała znajdować się wewnątrz głowy?
- Wiesz, tak teraz myślę, że te ich kryształy są ciemniejsze niż te – odezwała się dziewczyna niepewnie – Sidrium z różnych źródeł może wyglądać inaczej?
- Tak, są ciemniejsze. Ale to dlatego, że ich odłamki są naładowane.
Zingmar odłożył szkic i oddalił się od stołu, obchodząc Ezmę łukiem. Skierował się ku klatce, w której uwięziony szczur wyraźnie osłabł albo stracił nadzieję na przegryzienie prętów. Mag nachylił się i wyszeptał coś, gromadząc w dłoni niewyraźny obłoczek energii. Kiedy lekko świecąca mgiełka dotknęła ciała gryzonia, ten niemal znieruchomiał. Żył, ale wydawał się tak odurzony, że bez problemu pozwolił się wziąć do ręki. Zingmar zaniósł szczura do innego, mniejszego, ale też mniej zajętego stołu.
- Przyjrzyj się dobrze – powiedział, jedną ręką przyciągając do siebie nieregularny okruch sidrium. Drugą przytrzymywał na blacie niemrawego szczura. Kiedy Ezma stanęła obok, uniósł zwierzę za ogon, trzymając ponad kryształem, drugą ręką sięgnął do pasa po nóż i szybkim ruchem rozciął zwierzę wzdłuż. Krew strumieniem popłynęła na okruch. Ezma wydała z siebie zduszony okrzyk, bardziej nawet zaskoczenia niż obrzydzenia albo strachu. Zingmar położył rozcięte ciało gryzonia na blacie i podniósł sidrium, dłonią częściowo ścierając z kryształu krew. Zmiana rzeczywiście była widoczna. Jasnopomarańczowy odłamek nabrał głębszego odcienia, przypominającego krew rozcieńczoną wodą.
- Widzę – powiedziała Ezma cicho – Ale to naprawdę nie było konieczne. Ta energia i tak zostanie zmarnowana.
Kiedy czarownik spokojnie wyjaśniał, że i tak tępi pojawiające się w jaskiniach szczury jako szkodniki, następnie tłumaczył, że chociaż tego nie da się ocenić na oko, teraz kryształ stał się twardy i niemal niezniszczalny fizycznymi sposobami, Ezma drgnęła, tknięta nagłą myślą. Zaciskając usta, starając się nie analizować zbytnio tego, co właśnie zamierzała zrobić, sięgnęła do kryształu i wzięła go z otwartej dłoni Zingmara. Ścisnęła go, czując, jaki jest lepki i ciepły od świeżej krwi. Żywej krwi, jak twierdził Zingmar i wcześniej Tris. Usiłując się mentalnie rozluźnić i stawiać możliwie najmniejszy opór, spróbowała wchłonąć energię. W jednej chwili poczuła się tak świeżo, jakby dopiero się obudziła. Głębszy oddech na nieskończenie krótką chwilę wywołał rodzaj odurzenia, po skórze przebiegł przyjemny dreszcz. Dziewczyna poczuła mrowienie w lewym nadgarstku, gdzie miała prawie wygojone rany od wampirzych kłów. Teraz, kiedy podniosła rękę i spojrzała na nią, nie znalazła żadnego śladu po ukąszeniu.
- Cholera – szepnęła -To naprawdę działa.
Potrząsnęła głową i szybko odłożyła pobrudzony krwią kryształowy okruch na stół. 
Opanuj się, nakazała sobie w myślach, była przy tym absolutnie pewna, że to daremny wysiłek. Nie potrafiła nic poradzić na to, że czuła się wyśmienicie. Na bogów, bardzo chciałaby poczuć się winna przez świadomość, skąd bierze się ta cudownie wypełniająca ciało energia, ale nie była w stanie. Nie w tym momencie, kiedy pierwotna siła witalna wręcz rozsadzała ją od środka.
- To normalna reakcja – stwierdził Zingmar z uśmiechem – Szczególnie, że to twoje pierwsze doświadczenie krwawej alchemii na własnej skórze.
Trudno było opanować uczucia, dużo łatwiej było po prostu się skoncentrować. Ezma poczuła, że w tym zdumiewającym stanie orzeźwienia myśli mogły być dużo bardziej klarowne. Chwilowo odepchnęła od siebie świadomość, że rękę miała pokrytą krwią szczura i skupiła uwagę na Zingmarze. Poprosiła, żeby mag powiedział więcej o trzecim poziomie krwawej sztuki. O Burzycielach.
Zingmar, z każdą chwilą coraz bardziej zadowolony, podszedł do jednej z dwóch wysokich szafek, stojących obok przejścia do korytarza, którym tu przyszli. Ze środka wydobył dwie niewielkie drewniane szkatułki. Kiedy zamknął drzwiczki, Ezma przyjrzała się samej szafce. Mebel, podobnie jak kilka innych w jaskiniach Zingmara, zdawał się być dobrej jakości, elegancki w swojej prostocie, co było widoczne nawet teraz, kiedy drewno podniszczyło się z czasem i pokryło nigdy do końca nie ścieranym kurzem. Kiedyś, w swoich lepszych czasach, ta szafka musiała być wiele warta. Szkatułki, które Zingmar przeniósł na stół ze szkicami były dużo bardziej zadbane. 
Mag otworzył obie skrzynki, ukazując zebrane w nich odłamki sidrium o regularnym kształcie, ostre z obu stron. Takie, jakie nosili w sobie Cudzokrwiści. Z bliska Ezma mogła dostrzec, że wszystkie pokryte są starannie wyrytymi na ściankach symbolami. W tym przypadku jednak każdy kryształ miał liczne znaki na właściwie wszystkich ściankach. Dziewczyna mogła rozpoznać kilka znajomych już symboli krwawej alchemii, takich, które oznaczały siłę, moc magiczną albo zdolność regeneracji, ale większość była inna, nowa i znacznie bardziej skomplikowana. Znak wzmocnienia efektywności występował w dwóch formach, takiej, jaką Ezma już widziała, albo połączonej ze swoim odbiciem, odwróconym trójkątem przylegającym do podstawy tego pierwszego, ze skierowanym w dół daszkiem poniżej. Kociooka zwróciła uwagę na to, że wyrycie tego wszystkiego wymagało użycia lepszych narzędzi niż to, co wystarczyłoby do wydrapania prostych znaków drugiego poziomu.
- To też jedna z przyczyn, dlaczego ten poziom zapewne jeszcze przez długie wieki będzie sztuką raczej elitarną – stwierdził Zingmar. Ezma, bezwiednie przygryzając wargę, przesuwała palcem kryształy, nie wyjmując ich ze szkatułki, czasem chwytała je za ostre końce i obracała, aby przyjrzeć się wszystkim symbolom. Zauważyła, że niektóre znaki, czasem nawet kombinacje dwóch albo trzech powtarzały się na wielu odłamkach. Nie wiedziała, czy identyczny symbol na dwóch kryształach powoduje powstanie jakiejś więzi pomiędzy nimi, czy rządzące tym zasady były w rzeczywistości znacznie bardziej skomplikowane. Mogła tylko zgadywać, że jedynie niewielka część tych wyrytych figur wyznacza określony rodzaj esencji, większość służyła stworzeniu z tego zbioru odłamków jednej spójnej całości. Policzyła kryształy, stwierdziła, że łącznie w obu skrzyneczkach było ich dwadzieścia sześć.
- Skąd właściwie je masz? - spytała – Skoro mówisz, że sam nie potrafiłbyś stworzyć czegoś takiego, musiałeś chyba jakoś ukraść je Zakonowi Cierni.
Zingmar zachichotał.
- Można tak powiedzieć. Zabrałem je, dosłownie wydzierając z martwych ciał Burzycieli.
Po raz kolejny Ezma poczuła, że zdumienie znacznie przewyższa odrazę.
- Ty… potrafisz zabijać Burzycieli? Znasz sposób, żeby niszczyć tak potężne istoty?
- Potrafię to mocne słowo – odparł Zingmar z rozbawieniem – Dwa razy zdarzyło mi się z takimi walczyć i miałem wystarczająco dużo szczęścia. Za każdym razem był tylko jeden, w innym wypadku nawet moja magia nie uchroniłaby mnie przed rozszarpaniem na strzępy. Te wszystkie odłamki pochodzą od jednego z nich.
Na podstawie barwy Ezma oceniła, że kryształy dawno musiały utracić zmagazynowaną w nich energię. Mag wyjaśnił, że po starannym zbadaniu ich w granicach swoich możliwości, dezaktywował je wszystkie, trzymając wiele godzin na słońcu.
- Czy dałoby się je znowu napełnić? - spytała Ezma. Zingmar bez wahania potwierdził. Wielokrotne ładowanie odłamków sidrium nigdy nie stanowiło problemu.
- Wiem jakim rodzajem esencji powinno się naładować większość z nich – dodał po chwili – Co do pozostałych trudno mi nawet zgadywać. Czasami nawet myślałem, czy nie spróbować ich wykorzystać i doświadczalnie sprawdzić, jak właściwie to działa. Może dzięki temu zrozumiałbym więcej.
Ezma zauważyła, że jeden z kryształów był wyraźnie dłuższy niż inne, przynajmniej od strony dłuższego wierzchołka, a w miejscu, gdzie w innych przypadkach znajdowała się wspólna dla obu wierzchołków płaszczyzna, ten miał równoległe ścianki na odcinku kilku milimetrów. Dziewczyna ujęła go w tym miejscu w dwa palce i podniosła na wysokość twarzy, aby lepiej widzieć wycięte w sidrium symbole. Te były najbardziej skomplikowane, było ich też znacznie więcej niż na którymkolwiek innym odłamku. Dziewczyna zmieniła chwyt, teraz trzymała kryształ jak nóż, celując ostrym końcem w swoją klatkę piersiową. Powoli zbliżała go do siebie, dotykając w końcu ciała. Wyobrażała sobie, że ostry odłamek przebija jej skórę, następnie tkanki znajdujące się pod nią, że rozrywa jej mięśnie. Cudzokrwiści zapewne w takim momencie musieli myśleć o tym dlaczego zdecydowali się na coś takiego.
- To jest akurat coś, czego kompletnie nie potrafiłbym odtworzyć – westchnął Zingmar. Ezma szybko opuściła rękę z kryształem. Poczuła się niezręcznie, uświadamiając sobie, że mag cały czas się jej przyglądał.
- To znaczy? - spytała.
- W Zakonie nazywają to węzłem kontroli. To właśnie ten kryształ, którego krótki wierzchołek wystaje z czoła Burzyciela. Jest w jakiś sposób powiązany ze wszystkimi innymi. Nie mam pojęcia, jakim rodzajem energii powinien być napełniony.
- Ale to musi być koszmarnie niewygodne – zauważyła Ezma trzeźwo, na co mag zareagował krótkim śmiechem.
- I o to w tym właśnie chodzi. To jedyny kryształ w ich ciałach, który może być dostępny z zewnątrz. Służy właśnie po to, aby w razie konieczności dało się go usunąć i rozerwać połączenia w sieci sidrium.
- Żeby móc pozbawić nieposłusznego Burzyciela jego nadludzkich mocy?
- Żeby go unicestwić. Nie zapominaj, że mówimy o skrajnym przypadku trzeciego poziomu. Burzyciele to istoty silnie odmienione. Ich aura jest całkowicie zależna od integralności sieci kryształów. Węzeł kontroli jest sworzniem, ogniwem łączącym to wszystko w całość.
- Tak właśnie to zrobiłeś? Zabiłeś Burzycieli poprzez zniszczenie ich sieci?
- Za drugim razem tak. Za pierwszym podziałała stara dobra dekapitacja… Chociaż myślę, że nie zaszkodzi w takim przypadku dla pewności doprawić tego poćwiartowaniem. Z innych sposobów, które mogą podziałać, przychodzi mi do głowy jeszcze utopienie. Powodzenia życzę…
Ezma kiwała głową w zadumie. Dzięki wciąż krążącym w ciele, chociaż już dużo słabszym falom energii była w stanie uporządkować tysiące myśli, które przebiegały w tym momencie przez jej głowę. 
Burzyciele byli ludźmi. Ich wyjątkowe zdolności nawet do nich nie należały, ci bezduszni mordercy wydzierali je innym stworzeniom. Ezma ani przez chwilę nie wątpiła, że zakonnicy z Karagaros bez wahania poświęcali w tym celu życie rozumnych, świadomych istot. Ale najważniejszy w tym wszystkim był fakt, że Burzycieli także można było zabić. Nie byli absolutnie niezniszczalni, bo to, co dawało im moc, jednocześnie naznaczyło ich słabością. Pozostawał tylko jeden problem. Aby wykorzystać tę szczelinę w ich zdumiewających możliwościach obrony, należało znaleźć się odpowiednio blisko. Przeżyć odpowiednio długo, żeby podejść wystarczająco blisko. 
Najzwyczajniej w świecie trzeba było samemu posiadać nadludzką siłę i zdolność regeneracji.
Dziewczyna odłożyła kryształ na miejsce. Zingmar niemal z czcią zamknął obie szkatułki i odniósł je do szafki. Nie wracał już w głąb pomieszczenia, pozostał przy wyjściu i poprosił, żeby Ezma poszła za nim. Poprowadził ją do jednej z jaskiń służącej za skład. Wyminął ustawione jedna na drugiej skrzynie z nieheblowanego drewna i skierował się ku przeciwległej ścianie, o którą oparte było wysokie lustro w ozdobnej złoconej ramie. Kiedy Ezma podeszła bliżej, zauważyła stojące w kącie inne obiekty, w większości przykryte kawałkami ciemnego płótna. Z takiej właśnie sterty Zingmar z pewnym wysiłkiem wydobył stalowy pręt, długości większej niż metr, ale wyraźnie mniejszej niż półtora, z nacięciami i zgrubieniami tworzącymi różnej szerokości pierścienie, z kilkoma obręczami kolców przypominających kły na jednym, również pogrubionym końcu. To była broń używana przez Burzycieli.
- Też zdobyte na wrogach? - domyśliła się Ezma. Zingmar z uśmiechem podał jej broń. Ezma dość pewnie chwyciła drąg, tak, jak przyzwyczaiła się brać kije, nie spodziewała się jednak tak znacznego ciężaru. Z sapnięciem zacisnęła palce na chłodnym metalu, utrzymując broń w pionie. Potem nieznacznie ją uniosła. Nie było to zbyt wygodne, lepiej było trzymać drąg poziomo, łapiąc mniej więcej w połowie długości. Dziewczyna z lekkim niezadowoleniem pomyślała, że robi to źle. Burzyciele trzymali je dalej od tego grubego końca z guzami i kolcami. Tak bardziej w jednej trzeciej.
- Nie twierdzę, że nie da się tego utrzymać, ale z takim ciężarem raczej nie dałabym rady skutecznie tym operować jedną ręką – oceniła – To zdecydowanie nie jest broń dla zwykłych śmiertelników.
- Jak ładnie poprosisz Ruvana, może ci zademonstruje.
Ezma z westchnieniem oparła drąg o kamienne podłoże jaskini i przyjrzała się końcowi przypominającemu rodzaj maczugi. Na czubku znajdował się otwór w kształcie zwężonego rombu. Stąd powinno wysuwać się ostrze. Dziewczyna badała całe zgrubienie na końcu, poszukując przycisku, który mógłby to aktywować, zaraz pomyślała, że znajdowałby się on raczej blisko miejsca chwytu, aby mógł być łatwo dostępny w czasie walki. Nic takiego jednak nie znalazła na całej długości oręża.
- Chodź z tym do światła – powiedział Zingmar. Kiedy byli bliżej nasyconego magią kamienia, mag pokazał biegnące wzdłuż całej długości drąga nitki, pasemka wtopionego w stal innego metalu, nieznacznie różniącego się odcieniem.
- To jest aktywowane za pomocą magii – wyjaśnił – Żeby wysunąć albo ukryć ostrze, należy przepuścić przez to nieznaczny ładunek energii.
Ścisnął palcami drąg dość blisko końca i skoncentrował się. Ze szczeliny wynurzyło się ostrze, przy podstawie o przekroju rombu, pasujące kształtem do otworu, dalej zwężające się i przy czubku już właściwie płaskie. Zingmar pozwolił Ezmie je obejrzeć, po czym schował je, w podobny sposób używając magii.
Chwilowo zostawili broń. Z jednej ze skrzyń Zingmar wydobył starannie złożone zdobyczne stroje Burzycieli. Nie były to zakonne habity, ale odzienie, jakie Burzyciele nosili przebywając w terenie, proste czarne koszule i spodnie, niezbyt luźne ale nie przylegające ściśle do ciała oraz długie rozpinane płaszcze z kapturami takiej samej barwy. Ezma spodziewała się, że widok tego wszystkiego, wiążące się z tym myśli i wspomnienia wzbudzą w niej złość, przygnębienie albo nieprzyjemną mieszankę obu, ale nic takiego nie nastąpiło. Dziewczyna czuła raczej rosnącą z każdą chwilą determinację. Nie przypisywała tego przyjętej energii, w tym momencie była przekonana, że owa dodatkowa witalność niemal całkiem się rozproszyła. I dobrze. Pewne decyzje należało podejmować na trzeźwo, całkowicie świadomie.
- Wiem, co powinniśmy zrobić – powiedziała powoli – Oboje możemy na tym skorzystać. Jeśli to możliwe i uznasz, że może się powieść, zrób ze mnie Burzyciela.

* * *

Ezma z niedowierzaniem dotykała chłodnej powierzchni lustra. Z drugiej strony szkła wpatrywała się w nią jednocześnie wyzywająco i z wyrzutem postać, która wydawała jej się w tej chwili prawie obca. Czerń stroju i otulającego twarz kaptura sprawiała, że skóra wyglądała na bardziej bladą, sztuczne oświetlenie jaskini dodatkowo potęgowało efekt. Nie wstając z kolan dziewczyna przysunęła się bliżej. Uniosła rękę. Srebrny łańcuszek oplatał jej palce, zaciśnięte mocno wokół małego okrągłego medalika. Ezma powoli otwierała pięść, aby w końcu niechętnie spojrzeć na wybity na medaliku wizerunek kwiatu róży, otoczony kolczastą gałęzią. Symbol wszystkiego, czego od lat nienawidziła. Do czego teraz musiała się upodobnić. 
Uniosła głowę, znów napotykając ponure spojrzenie swojego odbicia. Przywdzianie stroju Burzyciela wystarczało, żeby obudzić wszystkie zepchnięte gdzieś w głąb podświadomości emocje. Nie spodziewała się, że mogą one uderzyć z taką siłą. Czuła, jakby dopuszczała się zdrady wobec siebie, co powodowało niemal fizyczny ból. Przy krótkim, pobieżnym spojrzeniu w lustro, nie dostrzegłaby większej różnicy między sobą teraz a przeklętymi potworami Zakonu, które odebrały jej bliskich. Brakowało tylko sterczącego z czoła kryształu… ale to było już kwestią czasu. 
Zingmar powiedział, że chciałby dać Ezmie czas do zastanowienia, zanim podejmie ostateczną decyzję. Wydawało się, że sam potrzebował co najmniej kilku godzin przemyśleń. Jak na człowieka owładniętego badawczą obsesją i nie kryjącego się z tym zbytnio, okazał znacznie mniejszy entuzjazm niż Ezma się spodziewała. Mag wydawał się raczej zatroskany.
Ezma obserwowała go podczas obiadu, milczącego i intensywnie rozmyślającego, w tamtej chwili była skłonna uznać to za dobry znak. To mogło wskazywać, iż Zingmar zamierzał potraktować sprawę poważnie i wzbudzało zaufanie znacznie bardziej, niż gdyby mag zdradzał niecierpliwość albo ekscytację.
Nikkorin wyczuwał, że coś wisi w powietrzu, nerwowo przenosił spojrzenie z Ezmy na Zingmara i znów na Ezmę. O nic nie pytał, chyba wolał poczekać, aż któreś z nich samo wyjaśni, co się święci i za to Ezma była mu wdzięczna. Czas posiłku upłynął w niemal całkowitej ciszy, po czym każde z nich poszło w swoją stronę, zająć się swoimi sprawami. Zingmar zaszył się w swojej bibliotece, Nikkorin postanowił wyjść na zewnątrz. Ezma wróciła do składziku, w którym Zingmar prezentował jej zabraną Burzycielom broń. Korzystając z faktu, iż nikt teraz nie mógł jej niepokoić, Ezma przebrała się w jeden z kompletów czarnych szat. W tej samej skrzyni znalazła dwa zakonne medaliki. 
Symbol zabójców mojej rodziny, pomyślała. Musiała przełamać pewien opór, zanim zdecydowała się dotknąć jednego z nich i wyciągnąć ze skrzyni. To budziło w niej znacznie silniejszy protest niż dotykanie zakrwawionego odłamka sidrium. W tamtym przynajmniej nie było nic osobistego.
Zdjęła kaptur, aby móc założyć łańcuszek na szyję. Miała nieprzyjemne wrażenie, że w chwili, kiedy już to zrobi, wkroczy na ścieżkę, która mogła prowadzić tylko w jedną stronę. Drogę krwi i zemsty za wszelką cenę.
Takie uczucia powoli prowadzą prosto w objęcia Arcydemona.
Głos sumienia znowu brzmiał dla niej jak głos Tarrakrina. To zdecydowanie nie pomagało.
Właściwie nie chodziło tylko o zemstę. Nad osadami wokół Karagaros stale wisiała groźba. Zakon w każdej chwili mógł pod dowolnym pretekstem zdziesiątkować ludność którejś z wiosek. Wówczas nic nie mogłoby ich powstrzymać a kapłani z Karagaros mieli tego pełną świadomość. Aby chociaż spróbować to przerwać, należałoby najpierw podjąć kroki prowadzące do wyrównania sił.
Nawet, jeśli oznaczało to rozdarcie aury na strzępy i złożenie jej na nowo, narażenie poranionej duszy na opętanie a ciała na niewyobrażalne tortury. To była szansa, okazja, która mogła się więcej nie powtórzyć.
Ezma zawiesiła na szyi medalik i znów założyła kaptur. Przez chwilę miała wrażenie, że srebro zacznie ją parzyć, jakby była wampirem, ale nic takiego nie nastąpiło. Dziewczyna odsunęła płachtę ciemnego materiału, osłaniającego stertę mniej lub bardziej bezużytecznych rzeczy. Teraz widziała, że w kącie ukryte były dwa stalowe drągi Burzycieli. Chwyciła jeden z nich i idąc z nim jak z laską, powoli opuściła pomieszczenie. Potrafiła już bez wahania odnaleźć drogę do wyjścia z jaskiń Zingmara.
Nie od razu znalazła Nikkorina. Musiała zejść krętą ścieżką po zboczu wzgórza pomiędzy skałami, zanim zobaczyła swojego przyjaciela na polanie, zajętego akrobatycznym treningiem. Nikkorin znowu był bosy i lekko ubrany. Trenował szpagaty, przewroty i salta, podnosił się właśnie z ziemi i sięgał po kij, którego kilka godzin wcześniej używał w walce z Ezmą, kiedy nagle zamarł w połowie ruchu. Zaczął się wycofywać, powoli idąc tyłem, ręce podnosił do góry, jakby zamierzał ogłosić kapitulację. Dopiero po chwili, kiedy Ezma znalazła się bliżej, rozpoznał ją w postaci w czarnym płaszczu i odetchnął z ulgą.
- Na bogów, dziewczyno, musisz mnie tak straszyć? - spytał z wyrzutem – Skąd w ogóle ten pomysł? Przez chwilę naprawdę myślałem, że jesteś jednym z tamtych i że Zakon Cierni z jakiegoś powodu postanowił nas dopaść.
- Teraz to raczej ja zamierzam dopaść ich – westchnęła Ezma. Zdała sobie sprawę, że napędzenie stracha Nikkorinowi nie sprawiło jej satysfakcji w najmniejszym stopniu. W całej tej sprawie nic nie było przyjemne i nie miało prawa takie być.
- Brzmi prawie tak, jakbyś miała jakiś plan – powiedział Nikkorin – Czy to znaczy, że powinienem zacząć się martwić?
- Nie wiem. Może. Ale znacznie lepiej będzie, jeśli zamiast tego pomożesz mi zbierać wilcze jagody. Wkrótce mogą się przydać.



[Kolejna część. Dodatkowo ściąga z podstaw krwawej alchemii → link, która prawdopodobnie będzie z czasem uzupełniana. To coś jakby notatki Ezmy podczas stopniowego zdobywania wiedzy na ten temat.]