Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zapomniane Karty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zapomniane Karty. Pokaż wszystkie posty

12 maj 2019

Przepowiednia o Dwulicej cz. II - Zabłądzeni w grze luster

Velaru, rok 1467 o.K.

Gdy otworzył oczy księżyc świecił już wysoko na niebie. Dookoła panowały nieprzeniknione ciemności. Gdzieniegdzie latały tylko małe świetliki, które swoim delikatnym blaskiem dodawały otuchy i poprawiały nastrój. W oddali słychać było pohukiwanie sowy. Czuł kujący ból w plecach i ostre pulsowanie głowy. Z niemałym wysiłkiem podniósł się z ziemi, po czym od razu zakręciło mu się w głowie i wpadł na drzewo. Gdy poczuł się odrobinę lepiej rozejrzał się dookoła. Zmartwiony skonstatował, że jego konia nigdzie nie było.
- Dziewczyna -  przypomniał sobie zaraz - Miałem ją jak najszybciej odnaleźć...
Westchnął, po czym ruszył w odpowiednim kierunku, który rozpoznał po mchu na pniach. Rany po upadku nie pozwalały mu się jednak szybko poruszać. Nagle usłyszał w oddali wycie wilków. Przystanął i głęboko odetchnął, a za chwilę wyciągnął z pochwy swoją broń, miecz, który dostał niedawno na osiemnaste urodziny. Potem poszedł dalej prosto przed siebie. Jednak stał się teraz bardziej obojętny, ale i jednocześnie odważniejszy i zawzięty, jakby oręż dodał mu odwagi. Nie dam się zastraszyć, wypełnię swoją misję, powtarzał w myślach. Lecz nie wiedział, co go tu czeka. Odgłosy zwierząt uznawanych w tym regionie za zrodzone z ciemności stawały się coraz głośniejsze, bliższe. Wydawało się, że otaczają go z każdej strony. Dostrzegał dookoła pary świecących oczu, śledzących go nachalnie. Lecz on się nie zląkł i wędrował dalej. Do pewnego momentu, aż coś go nie zatrzymało. Przed nim pojawił się duży, błyszcząco czarny kształt. Usłyszał warczenie...

***

Arianne rzuciła się w szaleńczym tempie. Po jej policzkach płynęły lodowate łzy. Wiatr targał jej kasztanowymi włosami, rozrzucał na wszystkie strony. Wpadła do lasu, o mało nie przewróciwszy się o leżące na ziemi połamane gałęzie. Biegła dalej, nie ustając. Po jakimś czasie zaczęła słyszeć tajemnicze głosy. 
- Stój, nie idź tam. Las jest mroczny i niebezpieczny. Stój. Zawróć. 
Dziewczyna starała się je zignorować, lecz stawały się coraz bardziej nachalne. Poczuła ból w skroniach. Wydawało się jej jakby przelatywały wkoło niej mordercze cienie, ale nie zbliżały się, nie zaczepiały. Dlaczego? Bały się, nie mogły? Przecież  chwilę temu chciały zabić... A może to tylko ułuda, koszmary, które zatarły granicę pomiędzy snem, a realnością? 
- Chodź, przyjdź do mnie. Las jest piękny i cudowny. Chodź. Biegnij. 
Miała już dość. Stanęła i krzyknęła rozpaczliwie na całe gardło. Wtem wszystkie głosy dręczące ją roześmiały się. Przysiadła na ziemi, wyczerpana tym wszystkim.
- Dlaczego? Dlaczego? - powtarzała sobie cicho. - Dlaczego musiało to mnie spotkać? Dlaczego!?
- Bo jesteś wyjątkowa - odpowiedział tajemniczy głos, inny niż tamte. Przed sobą dostrzegła blade światło. - Jest Ci przeznaczona misja, której musisz stawić czoło. Cienie coraz bardziej rosną w siłę. Jeśli nikt ich nie powstrzyma Velaru spowije się w wiecznym mroku. Swoją moc czerpią od Pana Twarzy, mitycznej istoty z innego wymiaru, niemogącej ujrzeć światła Eleseyi, pochłaniającą zawładnięte dusze. Wyczuł, że pojawił się ktoś, kto może go pozbawić mocy raz na zawsze. Dlatego stara się ciebie zabić. Musisz go powstrzymać zanim on zabije nas.  Tylko ty jesteś do tego zdolna. Na razie nie mogę Ci powiedzieć nic więcej. Nie błądź, szukaj. Zostałaś wybrana, dziecko starej mocy... 
- Co mam szukać? Jakiej mocy? - zaczęła rzucać pytaniami, ale światełko znikło. Nic nie rozumiała. Była przecież jeszcze zbyt młoda. - Dlaczego akurat ja? - krzyknęła i znów zaczęła płakać. Potem położyła się na ziemi, wśród mchu i liści i zasnęła wyczerpana koszmarnym dniem.

***

Odwaga uleciała w jednej sekundzie. Lyrian przystanął przerażony. Wiedział, że nie zdoła uciec przed wilkiem. Ścisnął mocniej w dłoni swój miecz i obserwował stworzenie o puszystym, czarnym jak smoła futrze, przenikliwych ślepiach i ostrych, śnieżno białych zębach. Pomyślał, że to musi być jeden z przywódców tutejszego stada. Miał nadzieję, że nie zleci się ich tu więcej. Bestia zaczęła go powoli okrążać, przeszła za pniem wysokiego dębu. Była coraz bliżej. Chłopak nie był pewny swych umiejętności, jeszcze nigdy nie walczył z nikim na serio, jedynie ćwiczył z manekinami zrobionymi z worków napełnionych słomą. Zanim zdołał wykonać najmniejszy ruch, wilk był już przy nim. Spoglądał mu prosto w oczy, paraliżował. Młodzieniec chciał odwrócić od niego wzrok, ale nie mógł, czuł zimny oblegający całe ciało dreszcz. W tym momencie najchętniej by uciekł, a przecież odwagi nigdy mu nie brakowało. Stwór niespodziewanie skoczył mu do gardła, gdy nagle rozpostarła się biała poświata, oślepiająca oczy. Nie wiedział, co to mogło być, ale gdy odzyskał wzrok zauważył, że znalazł się w całkiem innym miejscu. Po wilku nie było śladu. Jeszcze bardziej był zszokowany, gdy zorientował się, że noc minęła, a słońce powoli wschodziło na niebo. Stał osłupiały i myślał. Co się działo ze mną tyle czasu? Jak to możliwe? Zadawał sobie te i inne pytania. Wiedział, że magia istniała, ale nigdy jej nie widział, nie rozumiał jak działa. Czy właśnie tak? Czy przeznaczenie robi swoje i nie daje się sobą zawładnąć? Przeznaczenie...

***

Dziewczyna poczuła nagle chłodny, rześki powiew delikatnego wiatru. Gdy otworzyła oczy spostrzegła, że leży na brzegu niewielkiego jeziora. Czy ono było tu wczoraj? Zastanowiła się, lecz nie pamiętała. Była w zbyt wielkim żalu i smutku by pamiętać. Usiadła na miękkiej ziemi i odetchnęła świeżym powietrzem. Potem nachyliła się nad wodą, aby się napić i przemyć twarz, lecz gdy spojrzała w taflę jeziora zamarła. Powierzchnia wody była idealnie, nienaturalnie gładka, nie marszczyła się. Przypominała lustro. Zamiast swojej twarzy ujrzała w nim oblicze kobiety o złotych, lekko falowanych włosach i niebieskich oczach, ostrym wyrazistym spojrzeniu. Trzęsącą się ręką dotknęła swoich kasztanowych włosów, a postać w wodzie zrobiła to samo. Nie, nie, to nie możliwe. To tylko sen. Mówiła sobie. Nie przemieniłam się przecież, nadal widzę kolor swoich włosów. Czemu w tej wodzie wyglądam inaczej!? Cofnęła się, a potem spojrzała jeszcze raz. I nadal była tam ona, złotowłosa. Zauważyła teraz, że miała podobne rysy twarzy do niej. Przypomniała sobie nagle, że w swoim tobołku miała niewielkie lusterko. Sięgnęła po nie szybko i spojrzała. A potem gwałtownie rzuciła nim o pień pobliskiego drzewa tak, że się rozsypało w mak. Lustro, najzwyklejsze lustro pokazało jej inne oblicze. To nie mógł być przypadek, myślała roztrzęsiona. Co jest ze mną nie tak? Czemu moje odbicia pokazują inną osobę? Pytała sama siebie. Najpierw śmierć rodziców, teraz to. Mam już tego dość. Czuła przerażenie i irytację, ale jednocześnie postanowiła sobie, że się nie podda i dowie się wszystkiego, o co tutaj chodzi. Kto lub co za tym stoi. Podniosła się z ziemi i rozejrzała dookoła. Jezioro otaczały dęby i brzozy. Nagle dostrzegła idącą wśród nich osobę. Miała dość samotności. Potrzebowała rozmowy z kimś innym. Nie baczyła na to, czy ten ktoś może być niebezpieczny. Nawet o tym nie pomyślała. Ruszyła w tamtym kierunku, aby wyjść mu na spotkanie.

***

Chłopak szedł pomiędzy dębami i brzozami zaniepokojony. Nagle dostrzegł dziewczynę idącą w jego kierunku, lecz nie spoglądała na niego, jakby wcale go nie zauważyła. Spostrzegł, że miała na sobie morelową suknię, a włosy idealnie falowane, długie i ciemne. I oczy, piękne niebieskie oczy, w których tańczyły srebrzyste iskierki. Nagle w głowie pojawiło mu się pobudzające i zagadkowe pytanie. Czy to mogła być ona? Postanowił wyjść jej na przeciw, ale gdy byli już blisko siebie dziewczyna skręciła niespodziewanie i przyspieszyła kroku, a jej wyraz twarzy stał się bardziej trwogi. Czemu go nie dostrzegała? 
- Czekaj! Zatrzymaj się! - krzyknęła nagle. Lyrian obejrzał się w tamtym kierunku, w którym zawołała, lecz nikogo innego nie zauważył.
- Hej, tu jestem! - zawołał za nią, a dziewczyna obejrzała się, ale w przeciwną stronę. Zaczął do niej biec zirytowany, lecz wtem jak na znak ona zaczęła uciekać.
- Stój, nie biegnij! - wołała. A on zrozumiał, że są uwięzieni w jakiejś dziwnej przestrzeni. Zabłądzeni w grze luster. 
Dziewczyna przystanęła w końcu, przysiadła. Pewnie też to sobie uświadomiła, wywnioskował. Podszedł i stanął przed nią. Miał wrażenie jakby był niewidzialny. Przyglądał się jej z zaciekawieniem. Spostrzegł, że z jej bladych policzków spływają łzy. Zrobiło mu się żal, żal jej, żal tej beznadziejnej sytuacji. Nie wiedział, jak mają się odnaleźć. Postanowił czekać i ją obserwować. Nagle jednak dziewczyna podniosła głowę, lecz nie w jego stronę i wyciągnęła przed siebie rękę, jakby komuś ją podawała. Zastanawiał się, co się dzieje. Czy zobaczyła tam jeszcze kogoś? Rozejrzał się i zamarł. Za nim też ktoś stał, osobnik ubrany w lekkie, czarne szaty z kapturem na głowie, którego całe ciało pokryte było czerwonymi tatuażami. Stał nieruchomo, jego oczy, choć prawie całkiem przysłonięte płachtą, świdrowały i dręczyły Lyriana, więziły go. Niespodziewanie, w mgnieniu oka złapał mocno chłopaka za ramię. I znów nastała ciemność.


7 lut 2019

Przepowiednia o Dwulicej cz. I - Cienie śmierci

Velaru, rok 1467 o.K.

- Słyszysz? Usiądź wygodnie przy kominku i słuchaj. Wpatrz się w promienie zachodzącego słońca. Jestem już stary. Pewnie myślisz, że majaczę. Opowiadam Ci codziennie bajki, którymi raczono Cię w dzieciństwie. O walecznych książętach, pięknych księżniczkach, strasznych potworach, smokach i... starych przepowiedniach. Ale wiedz, że każda baśń ma w sobie ziarno prawdy. Nie raz i nie dwa, nie szczędziłem Cię też swoimi wizjami. Tym razem też takową miałem, ale jakże inną od pozostałych. Wiem, że to już ostatnia, więcej nie będzie... Nie patrz tak na mnie, nie kłamię. Powoli zbliża się mój kres, lecz póki nadejdzie, muszę przekazać swoje objawienie. Nie wierć się i słuchaj. Powtarzać nie będę. Niedaleko stąd w wiosce Kyros... Pamiętasz, byłeś tam kiedyś? To, dobrze. A, więc dojdzie tam do tragedii. Za chwilę. Żywa zostanie tylko jedna osóbka, dziewczyna imieniem Arianne. Musisz ją odnaleźć i zaopiekować się nią. Nie marszcz się tak, wiem, że masz dopiero osiemnaście lat i pragniesz się wyszaleć, przeżyć niesamowite przygody. Ale z nią uraczysz czegoś więcej... Kryje się w niej stara moc i jeśli dziewczynka trafi w niepowołane ręce, wydarzy się coś strasznego... No już, nie czekaj! Wstawaj, bierz konia i pędź na ratunek za nim będzie za późno Lyrianie. Nic nie mów, proszę. Zawsze będę przy tobie... - Starzec odwrócił powoli wzrok od odchodzącego chłopaka i prawie całkiem białymi oczyma spojrzał przez okno prosto w słońce.

***

Ktoś krzyknął. Głośno i przeraźliwie tak, że dreszcz przeszedł po mieszkańcach małej chatynki na uboczu wsi. 
- Ricard! Słyszałeś? - zawołała zmartwiona kobieta.
- Tak. Nie przejmuj się, to pewnie znowu stary John straszy dziewczyny. 
- Nie. To było coś innego... ten krzyk był inny. Dzieje się coś niedobrego.
Po chwili znowu ktoś krzyknął, a wrzask był głośniejszy i bliższy. Żona mężczyzny wyjrzała przez zakurzone szyby okna. I zamarła. Ujrzała cień, czarny i nienaturalny, a przed nim biegnącego sąsiada, który teraz nagle zatrzymał się w ruchu, jakby coś w niego wstąpiło, a następnie jego oczy zrobiły się całe czarne, a twarz zimna i szorstka...
- Zabarykaduj drzwi i okna! Szybko! - zakomenderowała stanowczo kobieta, a w jej oczach pojawiły się łzy. - Ja idę do Arianne.
Młoda dziewczyna o brązowych włosach i dużych, szarych oczach leżała skulona na łóżku, jak gdyby przeczuwała, co się miało za chwile wydarzyć. Gdy otworzyły się drzwi, spojrzała smutnymi oczami na matkę, która od razu siadła przy niej i mocno ją przytuliła. Kobieta starała się nie płakać, ale nie mogła powstrzymać uczuć. 
- Bądź dzielna - powiedziała Myria i pocałowała ją w czoło. Potem zdjęła górną część łóżka, pościeliła wewnątrz jego kapę, włożyła zawiniątko z jedzeniem i innymi przydatnymi przedmiotami i nakazała położyć się tam córce, która wciąż milczała.
- Nie zapomnij o nas... - rzekła jeszcze, po czym zakryła z powrotem łoże, zabrała wszystkie rzeczy świadczące o obecności dziecka i wyszła z pokoju, nie zamykając drzwi, aby nikt się nie domyślił, że coś się tam ukrywa. Następnie dołączyła do męża, który dzierżył już w dłoni miecz. Myria miała szczęście, że wyszła za rycerza z armii cesarskiej. Sama zaś schwytała za siekierę, którą rąbali drewno. 
W drzwi zaczęły stukać pięści, a potem jakieś narzędzia. Za chwilę stukot rozprzestrzenił się po wszystkich oknach. Małżeństwu wydało się, że słyszą najgorszą pieśń swojego życia. Nagle wszystkie okna rozleciały się po kolei z trzaskiem i wpadło przez nie kilku sąsiadów, lecz to nie byli prawdziwi oni. Tylko Cienie. Jedna z sąsiadek rzuciła się szaleńczo na Myrię, lecz odepchnęła ją do tyłu tak, że tamta się przewróciła i Myria już chciała zadać cios, ale... nie mogła. Przed sobą miała osobę, z którą nie raz piła herbatę, nie raz plotkowała o tym i o tamtym, nie raz pozwalała zaopiekować się swoim jedynym dzieckiem. I ta osoba właśnie teraz podniosła się z impetem i wyrwała znienacka siekierę, po czym chciała zaatakować, lecz Ricard odwrócił się nagle, oderwawszy się od własnych napastników i przywalił sąsiadce mieczem w głowę. Myria wrzasnęła, cała roztrzęsiona osunęła się na ziemię.
Coraz więcej opętanych przedostawało się przez rozwalone okna, a za chwilę destrukcji miały ulec i drzwi. Mężczyzna sam już nie dawał rady otoczony ze wszystkich stron. Na drewnianej podłodze całej we krwi, walało się już kilka trupów. 
- Myria, proszę Cię... wstań i walcz! Nie poddawaj się! - krzyknął, odbijając ciosy zadane w stronę niego i jego żony. 
- Ja... ja nie mogę - odpowiedziała ledwo słyszalnym i zachwianym głosem. - Ich twarze, te znajome twarze...
- To nie są oni i już nigdy nimi nie będą... arrr - Jedna ze znajomych twarzy rozcięła ramię Ricarda. Myria powoli wstała i wyciągnęła z dłoni martwej sąsiadki swoją broń. Rękawem brudnej sukienki otarła łzy. A potem rozpoczęła serię szaleńczych ciosów. Smutek, żal i strach przekształciła w szaleńczy gniew, który dodał jej sił. Wsparła męża i powaliła na ziemię kilka obłąkańców. Lecz to nie wystarczyło. Wydało im się, że do ich domu oprócz wcześniej zamordowanych, zleciała się już cała wioska. Nie mieli szans... a mimo to walczyli, nie poddawali się dla dobra ich córeczki. Ricard szarżował swoim mieczem, tnąc szyje zawładniętych przez demony niewinnych ciał z bólem w sercu, lecz pocieszała go myśl, że gdy trup padał na ziemię ulatywał z niego Cień i już nie wracał, tym samym wyzwalając ciało. Nagle poczuł gwałtowne ukłucie w kark. Nie mógł oddychać, a świat zawirował dookoła. Zdołał ujrzeć tylko wystające z jego szyi igły wideł i usłyszeć wrzask swojej żony, po czym zwalił się na ziemię, na niemałą już stertę zwłok. Myria załamana nie walczyła dalej. Wypuściła z rąk siekierę, cały czas przyglądając się pustym i zamglonym wzrokiem na martwego męża. W końcu upadła na kolana, a potem nie było już nic. Ktoś przebił jej serce mieczem Ricarda. Nie czuła już nawet bólu. Nic nie czuła. Wstrząsnęły nią jeszcze konwulsje, po czym zmarła. Wszystkie opętane ciała rozlazły się po całym domu. Czegoś szukały, ale nic nie znajdując, wyszły z domu i rozbiegły się na wszystkie strony świata, gdzie jedne miały umrzeć, a drugie dalej siać terror. 

***

Koń pędził pomiędzy drzewami, które o wieczornej porze przypominały upiory, szastały gałęziami i szeptały... ostrzegały, ale nikt tego nie rozumiał. Słońce zakryły chmury, a wiatr zerwał się mocniej. Chłopak dosiadający siwka, wyglądał na odważnego, ale w głębi serca czuł strach. Nie przez przeprawę przez las, o którym słyszał setki strasznych historii, a przed tym, co miało nadejść. Bał się przyszłości, choć praktycznie nic o niej nie wiedział. Starzec, jego nauczyciel i najlepszy przyjaciel opowiadał mu o wizjach, które go nawiedzały. Mówił, że niekiedy go w nich widział, ale on nie chciał o tym słuchać. Nie chciał znać swojego przeznaczenia. Wolał je sam ukształtować. Ale teraz nie miał wyboru. Musiał zrobić to dla swojego umierającego przybranego dziadka. Czuł też tym razem w starczej wizji coś prawdziwego i temu zaufał. Pędził przez las na ratunek dziewczynie, której nie znał. Nie wiedział, jak na niego zareaguje i czy zechce żeby się nią zaopiekował. Nie miał pojęcia nawet jak ją znajdzie. A może ona już nie żyła? Wzdrygnął się tylko na tą myśl i skupił się na przeprawie przez las. Robiło się coraz ciemniej, jechał prawie że na wyczucie. Całe szczęście jego siwek był doświadczony i mogło by się wydawać, że to on go prowadził. Nagle coś zahuczało, a potem zaszeleściło w krzakach. Chłopak rozglądnął się na wszystkie strony. Cienie były w pobliżu, a on nie miał zamiaru się z nimi mierzyć. Nie miał z nimi żadnych szans, czego się domyślał. Coś zaskrzeczało, coś przebiegło przed nim, potem znowu trzask i szelest, głośniejszy, dłuższy. Nagle znikąd pojawiła się ogromna gałąź niby straszny potwór. Upadek. Poczuł ogarniający go ból głowy i pleców. Ciemność.

***

Arianne, oszołomiona i przestraszona, nie słysząc już nic, co mogło by świadczyć o czyjejś obecności, postanowiła wyjść z ukrycia. Dziewczynka, choć miała dopiero piętnaście lat, była nad wiek dojrzała i mądra. Mocno, z całej siły odepchnęła leżący nad nią stelaż desek, który ze słyszalnym trzaskiem spadł na podłogę. Miała szczęście, że drewno było cienkie i w miarę lekkie, bo inaczej utknęłaby tam na dobre. Wypełzła pomału ze skrzyni, wzięła zawiniątko i otrzepała sukienkę w kolorze moreli. Mieszkała na wsi, bieda nie oszczędziła jej rodziny, a mimo to jej rodzice starali się robić wszystko, aby była zadbana i szczęśliwa. I taka była... do teraz. Pomału odchyliła drzwi swojego pokoiku i wyjrzała za nie, a nie widząc zagrożenia wyszła na korytarz. Cała się trzęsła, ale jej wyraz twarzy pozostawał wciąż odważny. Lecz, gdy zeszła schodami na dół, zamarła. Łzy zaczęły cisnąć się falami na jej buzie, całkiem inną od tamtej sprzed chwili. Upadła kolanami na podłogę, a oczy zakryła dłońmi. Nie mogła znieść widoku leżących rodziców, całych zakrwawionych, leżących na środku sterty trupów. Do tej pory wciąż myślała, że żyli. Cały czas tkwił w niej płomyk nadziei. Lecz teraz zgasł, a wraz z nim cząstka niej. Po jakimś czasie wstała pomału, podeszła do nieżywych ciał i otarła z bladych policzków łzy. Potem wyciągnęła ze swoich włosów wstążkę, które opadły faliście na jej zgrabne ramiona i nie mając nic innego rzuciła ją delikatnym ruchem dłoni na ciała rodziców. 
- Żegnajcie... - powiedziała cicho, po czym skierowała się w kierunku drzwi na zewnątrz, a gdy przez nie przechodziła, spojrzała jeszcze raz za siebie i dodała załamanym głosem:
- Nie zapomnę o was, obiecuję.   

26 paź 2018

Mit o Królewskim Sercu (według ludu Krainy Krańca)


"A jeśli król białowłosy pokocha cię w nocy cień
Ty się czarna damo w przebiegłą żmiję zmień
Do czary sącz jak jad pieszczoty przyjemności
Niechaj dla ciebie sam władca oszaleje z miłości
A jeśli ślad jaki w tobie zostanie z tych lat
Z ciemnego ziarna się wylegnie biały kwiat
Wówczas niech przed świtem zginie ziarno ono
Pamiętaj wiedźmo, tobie kochać nie pozwolono"

Różne są dzieje powstań i jeszcze rozmaitsze historie naszych upadków. Zdarza się, iż upada jeden człowiek, a wraz z jego nieszczęściem w odmęt beznadziejności pogrąża się cała cywilizacja. Tak było z przesławnym Eleusis, prawdziwym klejnotem w koronie państw Eleseyańskich. Dziś nikt już nie pamięta o jaśniejącym śnieżną bielą wieżyc mieście wznoszącym swe mury gdzieś na skraju starożytnej Saranii. Skąd właściwie wziął się ów ostatni według znacznej części badaczy przyczółek światła na ziemiach, które od wieków nieprzenikniony mrok zalegał, nikt nie wie. Dość, że przez długi czas owe państewko utrzymywało w ryzach mordercze siły ciemności i było prawdziwym hegemonem w kontaktach okolicznych miast z resztą cywilizowanego świata. Każdy klejnot, każde zaklęcie, każdy człowiek zmierzający w jedną lub drugą stronę musieli doświadczyć wędrówki malowniczymi uliczkami splątanymi niczym labirynt i wypełnionymi zapachem egzotycznych przypraw i kwiatów. Władzę nad tymi ziemiami sprawował potężny i mądry król Ageusz, mając u swego boku kobietę śliczną, jak poranna zorza, którą długo jeszcze po jej śmierci bardowie i trubadurzy opiewali jako najpiękniejsza z ziemianek. Królewska para opływająca w sławę i dostatki nie mogła się jednak w pełni nimi cieszyć z powodu wielkiego zmartwienia ciążącego nad nimi jak złowieszcza chmura, zwiastun przyszłego nieszczęścia. Mimo najszczerszych modlitw i wielu starań małżonkowie nie doczekali się potomka. Król był w rozpaczy i w głębi ducha przewidywał chaos jaki rozerwie państwo po jego śmierci. Już teraz cierpiał z powodu zmarnotrawionych lat ciężkiej pracy dla utrzymania pokoju i coraz bardziej zamykał się w sobie. Tylko nadobna królowa znała jego troski i wszystkie sekrety. Tylko jej powiedział, gdzie ukrył największy skarb Eleusis, zwany królewskim sercem. Ona jedna zresztą, w wielkiej miłości do męża, nie dbała o ów magiczny klejnot. Byli jednak i tacy, którzy gotowi byli do najbardziej niecnych uczynków byle tylko zawładnąć tą mocą. Do najzagorzalszych wrogów króla należało zaś bractwo nocnego kwiatu. Skupiało ono najbardziej wpływowe Saranki, parające się czarną magią, i obejmowało swą działalnością znaczną część terenów przynależących do Eleusis. Kiedy tylko doszła ich uszu wieść o Królewskim Sercu, natychmiast poczęły przebiegłe wiedźmy snuć plany zdobycia go, lecz każda nowa propozycja wydawała się mniej możliwa do realizacji od poprzedniej. Wreszcie głos zabrała najmłodsza w zgromadzeniu Adria. Adeptka sztuki czarnoksięskiej spojrzała z całą powagą na pozostałe kobiety i oświadczyła, iż zna sposób na dostanie się do pałacu, po czym zobowiązała się pod przysięgą uwieść króla i w ten sposób wykraść jego sekret. Postawiono jej jeden tylko warunek: Nie wolno jej zakochać się, a gdyby miało się z ich związku począć dziecko, dziedzic korony Eleusis, ma zabić swego potomka, by nie spełniła się przepowiednia o przetrwaniu klanu Białej Róży zasiadającego na tronie.


Adria była jedną z najpiękniejszych wiedźm, więc nikt nie śmiał wątpić w powodzenie jej misji. O zmierzchu dnia następnego stanęła u wrót królewskiego pałacu w swych odświętnych szatach i ciemnym welonie nadającym jej bladej skórze aury tajemnicy. Uśmiechnęła się do odźwiernego i szepnęła magiczne słowo zmuszając go do otwarcia bramy. Weszła na skąpany w księżycowym świetle i odblaskach z okien jadalni dziedziniec. Dumnym krokiem wkroczyła do sali, gdzie świętowali zebrani goście, ale przed królem przyjęła pozę pokory i uległości. Widziała ten błysk w jego oczach. Spodobała mu się od pierwszej chwili, ale jak szybko przekonała się w ciągu następnych dni nie zapewniało to jej zwycięstwa, ani nawet nie przybliżało do niego. Nocą trzeciego dnia przybyła do niej wysłanniczka nocnego kwiatu. Wypytywała o misję, ale dowiedziała się tyle tylko, ile młoda wiedźma umiała wynieść z własnych doświadczeń: to jest, że król kocha żonę i nigdy jej nie zdradzi. Jeszcze zobaczymy - odparła przybyszka. Mijały jednak tygodnie i nic się nie zmieniało. Wreszcie królowa zaniemogła ciężko i zmarła. Podejrzewano, że została otruta, ale nikt nie potrafił powiedzieć w jaki sposób zbrodniarz dostał się do pałacu. Urządzono wystawny pogrzeb, by ukoić żal poddanych po stracie tak łaskawej i dobrej monarchini. Najbardziej jednak zdruzgotany był król. Serce krajało się nawet w młodej wiedźmie, gdy patrzyła na jego ból i rozpacz. Nieświadoma jeszcze swej winy poczęła darzyć go uczuciem zgoła odmiennym. Poczuła miłość. Kiedy wiec kolejnego wieczora przybył wysłannik jej organizacji, przyjęła jego wizytę niemalże z odrazą. Tym bardziej, iż istota oznajmiła, że owym cudownym sposobem na wydarcie sekretu królowi ma być przemiana w jego żonę. Nie miała jednak wyboru i wbrew dumie musiała poddać się odpowiednim rytuałom. Tak odmieniona stanęła przed królem śpiącym już w swej alkowie. Z początku zaskoczony monarcha zerwał się z łoża i chciał chwycić za broń, ale gdy poczęła przemawiać do niego czule, podszedł do niej i otoczywszy ramieniem pociągnął ku sobie. Wówczas Adria poczuła jak coś w niej pękło. Zalała ją fala uczucia. Cała komnata tonęła czerwonawej łunie bijąca od spoczywającego w skrzyni nieopodal kamienia, a oni spleceni w miłosnym uścisku padli na łoże tonąc w łabędzich puchach. Wreszcie zatem udało jej się dokonać niemożliwego. Zdobyła serce króla mimo murów i obwarowań, jakimi je otoczył dla tej jedynej. Wypełniła swą miłością ranę po jej stracie i wykonała zadanie, które w cieniu tego co czuła zdało jej się teraz nieważne i nic nieznaczące. Wiedziała, że się zbudzi. Wiedziała, że będzie musiała odejść, ale chciała jak najbardziej odwlec ten moment. Chciała, by ta noc trwała wiecznie.

W najbliższą noc pełni stanęła przed wielkim zgromadzeniem nocnego kwiatu by zdać ostateczny raport. Stała tam rumiana z przeżytego szczęścia, starając się ,mimo wewnętrznej burzy, zachować pozory spokoju. Ani blask księżyca, ani puder nie potrafiły przywrócić jej skórze dawnej bladości. Stała więc z nietypową dla wiedźmy skromnością, wbijając w ziemię spojrzenie ilekroć nie potrafiła odpowiedzieć na zadane pytanie, a trzeba przyznać że nie wiele odpowiedzi znała. Opowiedziała o tej nocy z królem, choć sama przed sobą czuła się winna. Wspomniała o tej magicznej poświacie tak, że jasnym stało się dla zebranych, iż pochodzić ona mogła tylko od legendarnego klejnotu zwanego Sercem Króla. Zapytana dlaczegóż zatem wróciła bez niego, Adria nie potrafiła odpowiedzieć. Wreszcie nie patrząc nikomu w oczy wymamrotała: Nie mogłam. Na te słowa podniosła się przewodnicząca i przemówiła do niej ostrym tonem: Cóż to znaczy?! Czyżbyś zapomniała o swej przysiędze?! Wiedźma nie zna takich słów. Wiedźma nigdy się nie poddaje choćby miała iść do celu po trupach. Wiedźma nie zna miłości. Skinęła na najstarszą członkinię nocnego kwiatu. Staruszka uniosła zgrzybiałą poszarzałą dłoń i powoli podeszła do Adrii. Młoda kobieta wzdrygnęła się gdy ręka wiedźmy spoczęła na jej łonie. Oczy starki rozszerzyły się, a po chwili na pomarszczoną twarz wypełzł jadowity uśmiech. Ona jest brzemienna - oznajmiła z jakąś niezdrową satysfakcją - trzeba zabić dziecko. Nie! - wykrzyknęła Adria dziwiąc się samej sobie, iż zdobyła się na taką odwagę i jakby ośmielona tym nagłym wybuchem kontynuowała - Dosyć już tego. Przyszłam tu, by poznać tajniki magii. Przystałam do was, bo uznałam wasze dążenia za słuszne, ale teraz rozumiem, że się myliłam. Odebrałyście mi moją godność, straciłam siebie. Kazałyście mi zmuszać innych, by postępowali wbrew sobie. Za waszą namową uwiodłam króla, który jest najszlachetniejszym człowiekiem, jakiego znałam. Nie pozwolę wam byście odebrały mi także dziecko. Gdy skończyła mówić zdała sobie sprawę, iż wszystkie oczy kierują się na nią. Wypowiedziała odpowiednie zaklęcie i przeniosła się tam, gdzie była pewna, iż przynajmniej do czasu narodzin jej dziecka, nie odnajdą jej żadne złe moce. Urodziła dziewczynkę o włosach jasnych jak kłosy zboża i pięknych złocistych oczach. Nadała jej imię Camelia, od nazwy ukochanych kwiatów królewskiej pary. Dziewczynka rosła zdrowo i piękniała z dnia na dzień. Ze zdziwieniem jej matka odkrywała w jej rysach i zachowaniu podobieństwa do króla i królowej, choć ta przecież już nie żyła, gdy dziewczynka przyszła na świat. Wreszcie jednak przeszłość upomniała się o swe prawa. Gdy dziecię osiągnęło wiek dziewięciu wiosen na chatę, w której chroniło się wraz z matka napadły wiedźmy, by uśmiercić dziedziczkę tronu Eleusis lub przeciągnąć na swą stronę. Wówczas to Adria niesiona mocą macierzyńskiej miłości pokonała je używając potężnego zaklęcia. Mówiono, że nigdy wcześniej, ani nigdy później nikt nie zdołał okiełznać takiej mocy. Wraz z nią narodził się nowy rodzaj magicznych istot: tak zwane białe wiedźmy, a także klątwa prześladujące kobiety z czarnoksięskiego rodu zwana klątwą białego ostrza. Tylko wiedźmy znają jej treść i działanie, ale podobno jest jednym z najpotężniejszych czarów. Wyczerpana użyciem tak potężnej magii Adria ostatkiem sił wyznała swej córce prawdę o jej pochodzeniu, zaklinając, by udała się do ojca i pozostała pod jego opieką, jeśli tylko będzie to możliwe.    

Dziewczynka dotarła do pałacu. Stanęła u bramy prosząc o posłuchanie. Zdziwiony jej wyglądem jak i młodym wiekiem, i niezwykłym zachowaniem odźwierny wpuścił ją bez wahania, ale nie poprowadził do króla, jak o to prosiła. Zdała mu się ona tak podobną do królowej, że bał się, by tak nagłe spotkanie z dziewczynką nie rozdrażniło na nowo zabliźnionych ran w sercu monarchy. A czasy nadeszły ciężkie hordy orków i goblinów rosły w siłę, a chwiejny pokój zdobywany przez lata z takim trudem w każdej chwili mógł legnąć w gruzach. Wychowywała się więc w rodzinie dozorcy do uzyskania pełnoletniości. W tym czasie zapomniała niemal o swym pochodzeniu. Ojca spotkała w dniu pierwszego oblężenia. Stał w wielkiej sali tronowej. Niewielka bogato odziana postać osaczona długimi rzędami kolumn. Zmartwienia i wiek przygięły jego niegdyś piękne i silne ciało. Oczy niegdyś promienne i radosne przygasły i z kamiennym spokojem wpatrywały się w przestrzeń jakby nie dostrzegały już niczego przed sobą. Głos niegdyś stanowczy i mocny teraz przypominał skrzypienie skrzydeł starych wrót. Poznał ją od razu, choć nie wiedział kim jest. Do mnie przychodzisz, prawda? - szepnął - czy zabierzesz mnie do niej. Zjawąś jest czy żywym człowiekiem? Milczała chwilę po czym postąpiła kilka kroków w jego kierunku. Jestem twoją córką. Oznajmiła z powagą. Po policzkach spłynęły mu łzy i łkając wtulił się w jej ramię. Więc jesteś - mówił cicho jakby bał się, że ją spłoszy, że ze zbyt mocnym uściskiem rozpłynie się w mgłę i nicość - więc przepowiednia nie kłamała. Nikczemnym jest, ale szczęśliwy. Takaś jest podobna do niej. Któż twoją matką? Gdzie ona? Długo potem rozmawiali w noc, gdy wokół masywnych murów płonęły ogniska najeźdźców. W sekrecie powierzył jej też rodzic sekret Królewskiego Serca. Złożył kamień w jej dłonie. Był ciepły i gładki. Czy nie możesz dzięki niemu przywrócić wielkości Eleusis - zapytała tuląc kamień do piersi - przecież ja nie mogę... Coś jakby cień zasnuło poważną twarz mężczyzny. Nie - odparł jakby odzyskując spokój - nic już nie można zrobić. Mój czas się kończy twój dopiero zaczyna. Zawsze będę z tobą. Te słowa niczym mantra ciągnęły się za nią kiedy uciekała od tej czerwonej łuny snującej się ponad objętym pożogą miastem. w dłoni ściskała sporej wielkości rubin. Z nim była bezpieczna i mogła przejść mimo najeźdźców. Niczego nie rób, nie możesz im pomóc - dudniły jej w głowie słowa ojca. Dobrze wiedziała co ma robić, ale przez to nie czuła się wcale mniej winna. Jej zadanie było proste. Miała ocalić dziedzictwo klanu Białej Róży. Miała bezpiecznie wynieść z miasta Serce Króla i odczekać aż będzie mogła wskrzesić potęgę Eleusis. Nie wiedziała jeszcze, że aby dopełnić zadania będzie musiała przebyć setki kilometrów i czekać wiele lat, aż pewien młodzieniec wzbudzi w niej iskrę miłości.    

Uciekając przed ścigającymi ją mrocznymi mocami zawędrowała Camelia, aż do Krainy Krańca. Jej serce zdobył młody dziedzic z rodu Tyrtejczyków. Pobrali się i złożyli miasto ponad, którym wzniesiono potężną twierdze, mającą chronić ich przed wrogami, a także skrywać przed wzrokiem niepowołanych osób Królewskie Serce. Miasto rosło w siłę i piękniało pod okiem mądrej królowej, jednak niespodziewana tragedia doprowadziła do jego upadku zanim doszło pełni rozkwitu. Dziś z dawnej Urzuby pozostały jedynie ruiny i dwa potęzne posagi niedźwiedzi strzegące niegdyś jej bram. Legendy mówią jednak, iż jeszcze odrodzi się z upadku i odegra niebagatelną rolę w dziejach Wenedów jak i całego świata.  


Biały kwiat wyrośnie nim drzewo w suchą gałąź się zmieni

Uniesie w świat ocalenie przemieniony chrztem płomieni
Czego nie było stworzy co zapomniane ocali
Do domu nie powróci lecz z miastem się oddali
Przeznaczenia dopełni choć odda swe życie
Co stracone odzyska wracający o świcie

18 wrz 2018

Mit o czterech artefaktach (według ludu Krainy Krańca)

"Pamiętam czasy, które nadejdą i te przed moim narodzeniem. 
Jestem historii zapomnianej głosem, jej upiornym żywym cieniem.
Droga mnie wiedzie, kędy ja podążyć nie pragnę.
Jako lew dumny i jako na ofiarę przeznaczone jagnię,
Wyrastam gdzie mnie nie siano
Idę tam gdzie mnie posłano.
Umieram wciąż na nowo, młodo i w samotności,
Lecz wiecznie żyć będą pieśni moje w potomności.
To dzisiaj wam wyśpiewam, co było przed wiekami,
A prawda to jest żywa w sercach swych szukajcie sami.
Nim zgasną jasne ognie niechaj w pieśni spłonę cała
Ogniem srebrnym, który w serce jasna Luna wlała.
A powiem wam historie, których słuchać chcecie. 
Magię walkę i cnotę prawą w nich znajdziecie.
Słuchajcie i otwórzcie szeroko oczy,
Bo historia się nie kończy ale naprzód toczy."  


Działo się to w zamierzchłych czasach. Archeos nie został jeszcze wówczas do końca pokonany, choć wyczerpany po walce i pozbawiony znacznej części swej boskiej mocy, wciąż jeszcze pozostawał na wolności i przebywał w obliczu swych braci i sióstr, jako równy im, choć chwilowo ograniczony w swych prawach. Bogowie ze zgrozą i odrazą przyjmowani możliwość ukarania jednego spośród siebie. Byli raczej skłonni przychylić się do jego skruchy i z czasem pozwolić mu zająć należne mu miejsce. O nieszczęśni ludzie, czemuż nie poznali się boscy bracia na jego knowaniach, czemuż zwieść się dali gładkim słowom! A byłeś wówczas eleseyański ludzie słaby i zagubiony we wciąż jeszcze pogrążonej w mrokach przedświtu krainie. Tymczasem pan ciemności w skrytości przygotowywał nową armię potworów, by zniszczyć dzieło swych braci. Pewien ich zaufania i dufny we własne siły dowodził z całym przekonaniem, iż korzystnym jest pozostawienie ludzi w mroku, dopóki nie staną się wierni i poddani nowym bogom. Dla siebie jednak jedynie pragnął ich czci, a tylko od istot złych i w nocy wieków pogrążonych mógł jej oczekiwać. Uwierzyli mu bogowie, zbyt jeszcze szlachetni, by wyzbyć się swej naiwnej dobroci i młodzieńczej ufności. Lecz od tych dwóch w Lunie silniejsza była miłość.
W tajemnicy przed rodzeństwem zstąpiła świetlista do Krainy Krańca i przybrawszy imię Białej Legendy zawiązała pierwszą drużynę obrońców. Ponieważ powstali w skrytości przed jaśniejącym na niebiosach nowym prawem, ponieważ ziemię noc spowijała nieprzenikniona, nazwała ich czarnym kręgiem. Swym wybrańcom powierzyła cztery bronie, wykute dla niej samej do polowań przez Khayalana, zawierające cząstkę czystej magii. Owe mistyczne Artefakty to: miecz - dla wojownika, sierp - dla uzdrowiciela, harfa - dla pieśniarza, halabarda - dla strażnika. Powierzywszy ludziom swe dary Luna powróciła na nieboskłon, przestrzegając ich jednak, aby byli gotowi do walki.
Kilka wieków później gotów do realizacji swych niecnych planów Archeos zwołał wszystkich bogów i boginie na ucztę mającą być świadectwem jego całkowitego nawrócenia. Z radością przyjęto tą wiadomość w niebiańskim państwie i jak można się było tego spodziewać stawili się wszyscy zaproszeni goście. Nigdy wcześniej, ani nigdy później nie widział świat takiej uczty. Wino lało się strumieniami, a stoły uginały się od jadła. Całe powierzchnie kryształowych sal rozświetlały jasne światła rozsiewając dookoła tęczowe blaski odbitych promieni. Odziani w odświętne szaty niebianie o twarzach gładkich i pięknych nadziemską dostojnością świętowali powrót swego brata do łask z godnym bogów zapałem. Jedzono i pito, dyskutowano i wesoło żartowano. Nikt się nie domyślał czyhającego niebezpieczeństwa. Rozlano wino do pucharów i wychylono toast za pokój i zgodę między bogami. Jeden tylko gospodarz nie opróżniał swego kielicha, długo i przenikliwie patrząc na swych braci i siostry. Zapytany dlaczego rzekł: "Nie godzi się, by zdrajca taki jak ja pijał w takim towarzystwie, lecz nie miejcie mi za złe. Być może godnym się stanę waszego kielicha i odkupię swe błędy w przyszłości." Spodobała się ta odpowiedź bogom i poczęli chwalić przemyślnego Archeosa. Jeszcze nie czuli skutków działania napoju. Jeszcze nie wiedzieli, że ich moc została im odebrana i przelana w śmiercionośne potwory, które zstąpiły pustoszyć bezbronna ziemię. Podły zdrajca wprowadził na niebiosa swych popleczników i z ich pomocą związał bogów w pełni pozbawiając ich mocy. Pewien swego tryumfu zaśmiewał się z ich łatwowierności tak, że aż siedziba bogów trzęsła się w posadach. Dopiero dokonując przeglądu swej zdobyczy zrozumiał, iż ludzie nie są już, tak bezbronni, jak się tego spodziewał. Na ziemi byli wysłannicy Luny i oni jedni mogli zagrozić jego władzy nad światem, dlatego przeciwko nim skierował swe pierwsze natarcie.

Wypełzły oknami pałacu przebiegłe węże ciemności, sfrunęły z dachów bestie zaklęte w mroczne cienie, z trzepotem niewidzialnych skrzydeł, wysypały się złotymi bramami roje złych mar gotowe na żer, gotowe na łów. Bezszelestnie przemierzały puszcze, przemykały pod oknami ludzkich domostw i śledziły zbłąkanych wędrowców. Jeszcze bowiem nie dał im ich władca mocy wyrządzenia zła światu, dopóki nie wytropią tych, których w głębi swej mrocznej duszy obawiał się na równi z bogami. Wreszcie odnalazły samotną świątynię. Budowlę ze wszech miar wzniesioną z duchem czasu. Ściany miała grube i mocne, wieże niczym nastawione na sztorc rycerskie piki godziły w skłębione ponad nią chmury. W szczelinach snuły się jak senne widziadła zdobienia wyobrażające kamienne gryfy, lwy i smoki, a ponad wejściem jaśniała złotym światłem witrażowa rozeta. Zatrzymały się strachy u schodów niepewnie liżąc zimne marmury, gotowe w każdej chwili na powrót rozpłynąć się w nicość. Nie miały odwagi zbliżyć się do świątyni. Doniosły jednak swemu panu, gdzie przebywają jego wrogowie. Archeos wyruszył tam natychmiast jednak nie z zamiarem walki. Był potężnym bogiem, ale nie na tyle by mierzyć się z bronią Luny. Skłonny był raczej dać coś w zamian za magiczne ostrza i w ten sposób, dopiero po wymianie, uśmiercić podstępem swoich przeciwników. Słusznie spodziewał się, iż wybrańcy nie mają pojęcia jak użyć broni. Przybył więc o zmierzchu stanął w drzwiach i zażądał wydania artefaktów. Odpowiedziało mu milczenie szesnastu postaci zgromadzonych wokół podium, na którym umieszczono bronie. Ponowił wiec swój rozkaz tym razem bardziej stanowczo i z wyraźną niecierpliwością. Odpowiedział mu najstarszy w zgromadzeniu mężczyzna o twarzy poważnej obsypanej króciutkim zarostem i pokrytej płytkimi zmarszczkami. Jego płaszcz płonął czerwienią, a u boku miał ognisty miecz. Rzekł głosem zdecydowanym i zwielokrotnionym przez echo zamieszkujące szczeliny gotyckiej budowli: Nie oddam ci tego co nie należy do mnie, ani do ciebie. Własnym życiem ręczyliśmy naszej pani, że broń nigdy nie dostanie się w niepowołane ręce. Wówczas to używając swej mocy potężny bóg chwycił trzech z obrońców za gardła i rzucił o ziemię pozbawiając życia. To spotyka tych, którzy śmią sprzeciwiać się moim rozkazom - rzekł groźnie i postąpił krok naprzód. Wtedy to jeden ze strażników wiedziony podszeptem być może samej Luny chwycił miecz leżący na podium i zawołał do tych co zginęli: Powstańcie bracia wasz czas nie nadszedł jeszcze, trzeba dopełnić przysięgi. I powstali znów żywi, bez jednego choćby draśnięcia i chwycili mityczne bronie. Zląkł się Archeos pewien, że to sama Luna walczy przez nich i wycofał się do swej kryjówki.

Dopiero bezpieczny przed działaniem kryształów czystej magii zaszyty w swej kryjówce począł Archeos zastanawiać się nad swym czynem. Czy nie dał się zbyt pochopnie zwieść? Czy nie pozwolił ośmieszyć się garstce dziwaków? Nie zamierzał jednak ryzykować własnym życiem. Po za tym jeśli w istocie niespodziewani bohaterowie nie mieli pojęcia o swoich nowych mocach, mógłby zmieść ich jednym zaklęciem, a tego nie chciał. Pragnął by zapłacili za jego poniżenie. Nie zniszczy ich od razu. Będą cierpieli. Obiecuje im to on władca nowego świata. Lecz dzielni wojownicy nie zamierzali czekać na jego odwet. Uwięziona w państwie bogów Luna zesłała wizję dla halabardnika Nahuma zwanego w późniejszych wiekach Szalonym lub Czarnym, a on podzielił się tym co widział z resztą drużyny. Zapadła decyzja o samobójczej misji odbicia bogów z ręki jednego z nich. Wyruszyć mieli wszyscy powiernicy artefaktów, a więc, oprócz halabardnika, także Leman Lwie Serce i Ursula Świetlista, a także piękna Alma Skrzydlata. Przyłączył się do nich także doświadczony kapłan i wojownik, starszy kręgu cienia, ten który rozmawiał z Archeosem - Bezimienny. Zanim jednak wyruszyli czekała ich ciężka próba. Oto bowiem ich śmiertelny wróg nasłał swe podstępne sługi, mroczne koszmary, by nękały wybrańców i szarpały ich siły nocą, doprowadzając do obłędu. Pozbawieni snu i wypoczynku wojownicy trzeciego dnia stanęli u bram nieprzebytej puszczy. Strzegł tego miejsca duch potężny i przedwieczny. Złe zaklęcie uczyniło jednak z niego bestię nieokiełznaną i dziką, która stanęła na drodze powierników i broniła im przystępu do lasu. Lecz dzielna Ursula z pomocą swego sierpa o srebrnym ostrzu, wykutego w ogniu bogów i ich mocą przepełnionego, uwolniła go spod władzy złych mocy, gdy ostrze świetliste do czoła mu przyłożyła. Przebyli las i dotarli na ziemię ogniem spaloną, a każdej nocy i każdego poranka ich wierny towarzysz Bezimienny
przekazywał im nową wiedzę o niebiańskiej broni, aby byli gotowi do walki z wszech demonem. Na końcu drogi bowiem to ich własnie czekało, starcie, które przyniesie im śmierć i cierpienie, lub wieczną chwałę. Wreszcie dotarli do jaskini smoka. Gad czując obcą woń w swej pieczarze poruszył cielskiem, migocąc zbroją jadowicie zielonych łusek, które w cieniu jaskini prześwietlonym jedynie odblaskami promieni wschodzącego słońca nabierały tajemniczo modrej barwy. Bestia była niechętna ludziom i zabijała każdego, kto się do niej zbliżył. Lecz dzielny Leman staną przed smokiem bez lęku i wzniósłszy miecz przemówił tymi słowami: W imieniu Luny, na mocy nadanej mi władzy srebrnego ostrza rozkazuję ci nieść nas do siedziby bogów. Dosiedli bohaterowie smoka i na jego grzbiecie wznieśli się w powietrze. Dopóki trzymał dzielny wojownik zaklęte ostrze w wyciągniętej dłoni, była mu bestia posłuszna, ale ilekroć rozpraszał się lub omdlała dłoń opadała, bestia szarżowała na swych zniewolicieli. Dlatego na zmianę podtrzymywać musieli jego słabnące ramiona, a gdy dotarli do pałacu bogów smok przemówił do nich ludzkim głosem: Kiedyśmy tu wędrowali ścieżkami niebios znanymi tylko nam, smokom, wówczas poznałem, że ty młodzieńcze jak i twoi przyjaciele godni jesteście mojej pomocy, dlatego przysięgam ci na słońce i księżyc i na mój ognisty oddech, że to ramię, które mnie zniewoliło nigdy nie osłabnie. Gdy on jeszcze mówił powstał i otoczył ich dym czarny jak sadza, jakby z tysiąca wygasłych pieców, i swąd siarki wypełnił ich nozdrza. Oto stał przed nimi w szacie z czystej ciemności utkanej sam władca ciemności. Bladą twarz przypominającą nagą czaszkę przyozdabiał mu uśmiech pełen pogardy i szyderstwa, gdy tak do nich przemówił: Oto przychodzicie tutaj wy ludzie, słabi, z pyłu powstali i wody, by mierzyć się z bogami. Nie tu jest wasze miejsce. Poddajcie się, a może odstąpię od tego co przeciw wam zamierzyłem. Wystąpił wówczas Leman i tak mu odparł: Czyż nie jest woda to szumiące morze i te rzeki czyż się od źródeł nie poczynają, czyż nie jest ledwie pyłem ta ziemia co wypiętrza skały. Natarł Archeos na nich całą swą mocą, aż zadrżał pałac w posadach. Lecz halabardnik był już w lochach i lśniącym ostrzem przecinał więzy krępujące bogów, a nadobna Alma tarczą utkaną z pieśni osłoniła ich przed złym czarem. A potem włączyli się inni bohaterowie i boskie głosy włączyły się w śpiew. Siłą tej pieśni strącony został Archeos w morskie odmęty, gdzie pozostaje do dziś pilnie strzeżony przez morskie wilki Sabia. Bohaterowie zaś wrócili na ziemię, aby znów zostać zapomnianymi i ukrytymi, aż do czasu gdy znów będą potrzebni.

Nie tu jednak kończy się historia artefaktów. Gdy Saranii uwolnili zakazaną energię jej echa dotarły także do świątyni czarnego kręgu. O bohaterskiej obronie zaklętych ostrzy przeczytać można w dziś już niemal zapomnianej "Księdze szarej godziny" będącej dziennikiem jednej ze strażniczek zwanej Lucernią. Poniżej prezentujemy jej fragment:
"Siedzieli dookoła długiego dębowego stołu. Dziewięć postaci w czarnych szatach z szerokimi rękawami, których poły zakrywały niemal całą powierzchnię blatu. Siedział tam razem z nimi. Ciemne krótkie włosy i bursztynowe oczy. Oddech miał miarowy i tylko ja widziałam w jego spojrzeniu odblaski niepokoju. W sali głównej panował chaos. Ludzie walczyli ze sobą i czułam, iż mimo względnego spokoju na drewnianych schodkach, które stanowiły jedyną drogę na podium władzy, czeka mnie dziś ciężka próba. Niech bogowie mają nas w opiece. Ciemny obcisły strój stanowił jedyną moją zbroję, a jedyną broń kij wykonany z jakiegoś magicznego metalu zakończony odwróconym księżycem w nowi, tak że przypominał widły z wyłamanym jednym zębem. Zwałam go halabardą, choć w istocie nią nie był, tak jak ja stanowiłam nie do końca zwyczajna strażniczkę. Uznawano mnie za jedną z najzdolniejszych we władaniu bronią, jak i magii z nią powiązanej, to jest widzeniu przyszłości. Już po chwili pierwsza fala wrogów natarła na nas trzęsąc w swym pędzie drewnianą konstrukcją. Czułam na sobie uważne spojrzenie Krabata z czającym się w tej czarnej jak węgiel źrenicy rozkazem, któremu nie mogłam się oprzeć. Byłam gotowa oddać za niego życie. A może tak mi się tylko zdawało. Powaliłam pierwszych przeciwników i wywinąwszy finezyjny, tryumfalny młynek halabardą, obróciłam ją pod kątem ostrzem do ziemi, by powstrzymać wrogów przed wdarciem się do loży. Poczułam przy sobie czyjąś obecność.
- Ja ich zatrzymam, a ty zajmij się tamtym
Nie rozpoznałam twarzy mówiącego wśród tumanów kurzu i chwiejnych blasków pożogi, które podnosiły się z pola bitwy pod moimi stopami. Instynktownie wyczułam w którą stronę powinnam patrzeć. Ze zgliszczy podnosił się dziwaczny stwór z głową lwa, w którego czaszce jarzyły się własnym światłem rubinowe ślepia. Z masywnego korpusu na końcu wypryskiwały trzy ogony z wężowymi pyskami rozwierającymi się przerażającym sykiem. Za potworem piętrzyła się już sterta ciał. Z pyska co jakiś czas wylewały się kolejne strumienie ognia.
- Himera! - szepnęłam - nie pokonam jej.
- Myślisz, że ja mam większe szanse - zapytał głos tuż obok.
Wzruszyłam ramionami i ruszyłam naprzód przebijając się w stronę bestii. Więc tak zginę - pulsowała mi pod czaszką natrętna myśl. Dopadłam stwora. Uderzył mnie jego gorący oddech. Na chwilę straciłam przytomność umysłu i tylko cudem zdołałam uskoczyć przed kolejnym wybuchem płomieni. Nagle nie wiem skąd przyszła do mnie myśl z treningów:
- Miękkie podbrzusze smoka. Na każdą bestię jest sposób. Smoki choć całe pokryte łuską pod brzuchem są bezbronne. Natura nie przewidziała, iż ktokolwiek mógłby być takim szaleńcem by pakować się gadzinie wprost pod łapy.
Ruszyłam do ataku, ale bestia jednym uderzeniem ogona rzuciła mnie za górę parujących trupów. Zbroje ofiar bestii były rozgrzane od ognia i wciąż jeszcze bił od nich żar. Bałam się, ze dotknę ich i zyskam piękną pamiątkę z dzisiejszego dnia. Słyszałam jak bestia obraca się. Poszukałam dłonią swojej halabardy, ale nigdzie jej nie było. Wiedziałam ze potwór zbliża się. Chwyciłam więc pierwszy z brzegu miecz i stanęłam w pozycji obronnej. Nie mogłam przewidzieć jej ruchów, ale niektóre moce wciąż jeszcze mi pozostały. Gdy tylko więc bestia obróciła się w moim kierunku teleportowałam się w zupełnie inne miejsce, a potem w następne.
- Nie zadziera się z dziewczyną, która zna się na teleportacji 
Mruknęłam wbijając ostrze w brzuch potwora. Zwierze zawyło rozdzierająco i zwaliło się na ziemię. Nie wiem jakim cudem udało mi się na chwiejnych nogach oddalić na bezpieczną odległość. Może znów użyłam magii teleportacji. Nie do końca jeszcze przytomna zaczęłam przeszukiwać dłońmi pobojowisko. Muszę znaleźć moją halabardę - dudniło mi w głowie." 
Po obronie świątyni okupionej tak wielkimi stratami zdecydowano się, by nie narażać na kolejne ataki Archeosa tak bezcennego skarbu. Rozproszono ostrza po świecie, by nikt już nie mógł ich odnaleźć, aż do powrotu Białej Legendy, gdy zdecyduje się ona naznaczyć nowych powierników. Bohaterskie czyny Lucerni zapoczątkowały natomiast inną legendę o pierwszej Halabardniczce. Zgodnie z zawartą w starożytnych pismach przepowiednią, kiedy halabarda trafi po raz kolejny w ręce kobiety nadejdą wydarzenia wielkie i straszne, które na zawsze odmienią oblicze Eleseyi. 

Miecz dla króla by panował
Halabarda dla strażnika by przysięgi dochował
Sierp dla zielarza by co śmiercią a co życiem wiedział
Harfa dla pieśniarza by przyszłym wiekom wszystko opowiedział

Oto są magiczne ostrza dane światu przez Lunę, na obronę przed złymi mocami, po wielkiej katastrofie na świecie rozproszone:
Miecz dla króla - osoba posiadająca ten artefakt staje się jednocześnie przywódcą drużyny i niezwyciężonym wojownikiem. Dopóki dzierży miecz w ręku jest silniejszy od zwykłego człowieka, wydaje rozkazy, którym nikt się nie może sprzeciwić.
Sierp dla uzdrowiciela - osoba posiadająca ten artefakt zyskuje moc uzdrawiania. Broni nie używa się w tradycyjny sposób do zbioru ziół, ale także do regularnej walki. Odpowiednio rzucone ostrze powróci zawsze do właściciela jak bumerang.
Halabarda dla strażnika - osoba posiadająca ten artefakt zyskuje moc widzenia przyszłości i teleportacji. Przez pewien czas moce te były przynależne wszystkim strzegącym skarbu Luny. Broń wbrew pozorom jest bardzo lekka i wytrzymała.
Harfa dla pieśniarza - osoba posiadająca ten artefakt zawsze wywodzi się z rasy pieśniarzy. Broń pełni funkcję swego rodzaju tarczy, którą wytwarza osoba grająca na niej dookoła swych sprzymierzeńców, może być też używana jako łuk.  

23 cze 2018

Prawdziwa historia Jagi - Pierwszej Królowej Czarownic

Wysoki mężczyzna odziany w dostojny strój z czerwonym płaszczem, na którym wyszyte było złote słońce, symbol cesarzy Velaru, wszedł do komnaty, gdzie stała mała, zdobiona kołyska. Podszedł do niej i pochyliwszy się pocałował, leżące w niej dziecko, dziewczynkę narodzoną w nocy po przesileniu letnim. 
- Opiekuj się nią - szepnął wychodząc, do stojącej w progu kobiety, której oczy lśniły od łez w księżycowym świetle. Później opuścił zamek i odjechał na białym koniu w kierunku Asanthei.

***

Dziewczynka, której dano na imię Jaga, wychowywała się wraz młodszą siostrą Elyanną w rodowej siedzibie Baylyonów. Nigdy nie czuła więzi z ojcem Aryonem, który zawsze faworyzował jej siostrę, matka zaś zmarła wcześnie na ciężką chorobę. Gdy odkryto u niej dar magiczny, jej dzieciństwo stało się zmorą. Ojciec nie chciał jej widzieć na oczy, więc odesłano ją do ciotki, która często ją biła i wyzyskiwała. Szybko wydoroślała i nauczyła się samodzielności, starała się także z różnych książek, które kupowała za resztki pieniędzy, opanować swój dar. Jedyną osobą, u której miała wsparcie była Elyanna. To ona dostarczyła jej tajne księgi, z których odkryła swoje prawdziwe pochodzenie, dowiedziała się, że Aryon był tylko jej ojczymem, a jej genetycznym ojcem był Jaeris III, który w tym czasie już nie żył. Przez długi czasu nikomu nie zdradziła tych informacji, bo wiedziała, że może zagrozić to jej życiu, tym bardziej, że właśnie toczyła się walka o tron. Początkowo planowała odejść od szlacheckiego życia i wstąpić do Kręgu Dalanarów, jednak spotkała osobę, która odmieniła jej los na zawsze. 

***

Pewnego dnia, przechodząc przez leśną, rzadko uczęszczaną  ścieżkę, usłyszała nagle rozchodzące się wokół niej słowa pieśni.

jak czyżyk szepce
śpiew niesiemy lekce
na głos jaskółki i krzyk kruka
piękno kwiatu zaklinamy

Zatrzymała się i rozglądnęła wokół, ale nikogo nie zauważyła, a gdy z powrotem spojrzała na drogę, z zaskoczeniem spostrzegła przyglądającą się jej staruszkę. Przestraszyła się. Nagle zabolała ją mocno głowa i w jednej chwili nawiedziły ją szybko zmieniające się, tajemnicze obrazy, urywki jakichś zdarzeń, których nie mogła potem sobie przypomnieć, oprócz jednej - korony z czarnych róż... W końcu się skończyły, a starsza kobieta, której blado błękitne oczy, zdające się widzieć więcej niż ktokolwiek inny, była teraz tuż przy niej. Miała długie, lekko falowane srebrne włosy, a ubrana była w zniszczoną suknię i poszarpany płaszcz. Przerażona Jaga nie wiedziała, co robić. 
- Kim jesteś? - spytała się drżącym głosem, lecz tamta tylko podniosła chudą rękę i pogładziła ją po głowie. Jaga poczuła coś dziwnego, jakby matczyną miłość, której doznała w życiu tak mało. Ukłuło ją w serce, a po policzkach spłynęły łzy.
- Moje dziecię... - odezwała się w końcu. - Już czas, aby ktoś odzyskał nasze dziedzictwo. Przekształć swój ból w moc, a odnajdziesz upragnione szczęście i zdobędziesz to, co ci odebrano. Krocz ścieżką swojego przeznaczenia. - Jaga czuła, jak każde słowo wypowiadane przez obcą, wywierało na nią jakiś wpływ, któremu nie potrafiła się oprzeć. Może dlatego, że do tej pory była rozdarta, nie czuła się kochana, nie wiedziała, co ze sobą zrobić, a teraz otrzymała wskazówki i szczyptę miłości od kobiety, mającej w sobie tyle uroku. Doznała również po raz pierwszy od długiego czasu napływu silnego gniewu, który dodał jej sił. Staruszka wręczyła jej lekko podniszczony zwój i zanim dziewczyna się obejrzała, jej już nie było. Usłyszała tylko w oddali ponownie tamtą pieśń. Kiedy Jaga wróciła do domu przestudiowała uważnie otrzymany pergamin, który jak się okazało zawierał historię rodu jej prawdziwego ojca, starożytne legendy i podania z odległych krain, a także objaśniał tajniki magii Prima Dogma Elysei. Jedna z opowieści mówiła o kobietach, które bite i ciemiężone dostały moc od Ajliji i utworzyły zgromadzenie, mające zwalczać przemoc. Niestety zapiski o dalszych jego losach były zniszczone. Jaga doczytała się tylko, że podobno znajdowało się na terenach Xaresyi. Dziewczyna na wiele dni pogrążyła się w myślach, aż w końcu postanowiła, że zawalczy o swoją przyszłość i jako najstarsza córka byłego cesarza odbierze tron. Zanim przeszła, jednak do jakichkolwiek działań rozpoczęła wyczerpujący, morderczy wręcz trening magii. Sama musiała uczyć się najdrobniejszych szczegółów interpretując słowa zwoju. Początkowo zaklęcia opanowywała bardzo szybko, lecz z czasem nadeszły te trudniejsze, nad którymi nierzadko przelewała łzy w nocy. Ani razu, jednak nie zamierzała się poddawać. Postanowiła, że osiągnie to, co sobie założyła za wszelką cenę. Zrozumiała też i pogodziła się z myślą, że nie jest w stanie opanować Ultima Dogma Elysei, a za to skupiła się na Arcoroc, Yale i Tiav, w których czuła się najlepiej. W tym czasie przeszła dużą zmianę charakteru, stała się odważniejsza, śmielsza, ale niestety też poczuła rządzę władzy i wpadła w niepokojący, chory wręcz obłęd, ambicję, która sprawiała, że pogrążała się w magii. Po wielu miesiącach nauki i treningu, kiedy poczuła, że jest już gotowa, wyruszyła do stolicy. 

***

W tak ważnym dla niej dniu nie chciała być sama, więc zabrała ze sobą swoją przyrodnią siostrę, mimo że w ostatnim czasie dosyć często się z nią kłóciła. Stolicę po śmierci Jaerisa przejęli generałowie i nikogo nie dopuszczali do tronu. W reszcie kraju panował chaos. Jaga dostała się do pałacu tylko dzięki pertraktacjom Elyanny, której nigdy nie brakowało uroku, ale później przejęła pałeczkę i pokazała swoje nowe oblicze. Przedstawiła dowódcom żądania, zdradziła swoje pochodzenie i pokazała odpowiednie dokumenty, lecz kiedy ją wyśmiano użyła na nich czarów, jako ostateczny dowód, że była dzieckiem Jaerisa. Generałowie zapłonęli żywcem i błagali o uratowanie ich życia w zamian za tron. Jaga w ostatniej chwili ocaliła im życie, a później dopilnowała, żeby dotrzymali swojej obietnicy. Jednak zwycięstwo Jagi nie trwało długo. Elyanna, widząc okrucieństwo siostry i jej niebezpieczne, szalone wręcz żądze, zrozumiała, że nie może władać jej ukochanym krajem, który i tak już się wiele nacierpiał. Zwróciła się więc o pomoc do znajomej czarodziejki, której niegdyś uratowała życie. Ta dostawszy pukiel włosów Jagi, rzuciła na nią klątwę, która sprawiła, że dziewczyna przemieniła się w brzydką staruszkę i jeśli nie opuściłaby Velaru w ciągu dnia, umarłaby. Jaga wściekła się na zdradę siostry, ale nie mogła na to nic poradzić, więc udała się do Xaresyi, o której sporo wiedziała z tajemnego zwoju. 

***

W południowej krainie rozpoczął się nowy rozdział w jej życiu, który odmienił ją już na zawsze. Początkowo szukała zemsty na siostrze, a kiedy zrozumiała, że nie może tego zrobić w żaden sposób wściekła się, niemalże postradała zmysły i zaczęła siać terror. Najchętniej wabiła i mordowała małe dzieci. Chciała, aby doszły o niej wieści aż do Elyanny, żeby zrozumiała, że skoro nie może jej nic zrobić, to zrobi krzywdę innym. W Xaresyi po jakimś czasie słyszał już o niej każdy, ludzie nazwali ją Babą Jagą i straszyli nią małe dzieci w opowieściach. Mówiono o niej rożne historie... Niektórzy prawili, że przemieszcza się w domu na kurzej łapce, a inni że lata na miotle, choć nie znali prawdy. Starano też się jej pozbyć. To właśnie w tamtym okresie powstali łowcy czarownic. Nikt jednak nie był w stanie jej schwytać. Jaga po pewnym czasie przestała mordować, a nawet kiedy ochłonęła zrozumiała swój okrutny czyn i chciała ze sobą skończyć. Wtedy jednak znów pojawiła się ona, staruszka z velaryjskiego lasu. Stanęła przed nią, pogładziła jej pomarszczone policzki i powiedziała - Nie zapominaj... - po czym znowu zniknęła. W tamtym momencie Jaga odzyskała swoją młodość, swoje piękno i siłę, ale także i dawne zapędy. Skończyła z zemstą, zrozumiała, że i tak nic tym nie zdziała i że może jej przeznaczeniem wcale nie było władanie Velaru. Zajęła się natomiast szukaniem informacji na temat zgromadzenia kobiet. Odkryła, że dalsza jego historia wcale nie była chlubna, lecz krwawa i okrutna. Otrzymany dar przerósł je wszystkie i zawładnął nimi, tak że przerodził się w źródło śmierci. Członkinie szybo zaczęły się mścić na swoich oprawcach, a później gdy liczba ofiar sięgnęła kilkadziesiąt ludzi, zostały skazane przez władze i powieszone. Podobno jedna z nich przeżyła i zaprzysięgła swoją duszę diabłu, potężnemu demonowi piekieł, a potem zaszyła się w mrocznym zakątku, szykując się do ostatecznego rozrachunku. Jaga zastanawiała się, czy owa kobieta nadal żyje. Podczas dalszych poszukiwań trafiła do wioski ludzi, którymi przewodził szaman Karazdur. Zaciekawiła się obrzędami, które odprawiał i jego mistyczną, dziką magią, została więc tam na jakiś czas, aby zgłębić jego tajemnice. Z Karazdurem połączyła ją nietypowa więź, można by powiedzieć miłość, lecz szaleńcza i pochłaniająca ich oboje, tak jakby stawali się jednością. Jaga nabyła nowych umiejętności, jeszcze bardziej dokształciła swoje magiczne talenty. Nauczyła się odprawiać obrzędy podczas, których jej dusza, tak jakby odpływała w inne miejsce, mroczny wymiar, zawierający pradawne tajemnice, z których częściowo mogła czerpać nową siłę. To jednak doprowadziło ją do ponownego częściowego postradania zmysłów. Karazdur, widząc, jak traci nad sobą kontrolę, chciał ją powstrzymać, lecz było za późno. Zabiła go i uciekła. Później za pomocą nowych umiejętności odkryła w końcu tajemnicę tamtej kobiety. Okazała się nią być staruszka, która się jej objawiała.


***

Odsłoniła wiązki dzikiego bluszczu i pociągnęła za zardzewiałą klamkę. Drzwi uchyliły się skrzypiąc. Wewnątrz, wśród zakurzonych i połamanych mebli i przeróżnych roślin przedostających się przez spróchniałe deski chaty stała mała, drobna postać odwrócona plecami do wejścia, a na jej głowie spoczywała korona z czarnych róż. Gdy dziewczyna weszła, obróciła się.  
- A, więc to ty... - powiedziała cicho Jaga. 
- Moje dziecko... odnalazłaś mnie, a wiec nadszedł już czas! - rzekła srebrnowłosa staruszka ochrypłym głosem. - Czas, abyś przejęła moja misję i pomogła wszystkim skrzywdzonym przez los dziewczętom - zamilkła na moment, po czym kontynuowała, płacząc. - Nawet nie wiesz ile przeszłam! Szkalowana, torturowana, wychowana bez miłości, której to też nigdy nie zaznałam... Ale ty, ty możesz uratować innych, pomóc im odwdzięczyć się za zły los! Wykorzystaj swoją potężną siłę i zemścij się za nas wszystkie! - zdenerwowana podeszła do Jagi i złapała ją za ciemne włosy. - Zemścij się! Rozumiesz? Zemścij! - później nagle zdjęła wianek ze swojej głowy i podała go dziewczynie, potem zaś po raz ostatni pogłaskała ją ze łzą w oku i odsunąwszy się rozpadła w proch.

***

Jaga długo zastanawiała się, długo szukała, chodziła w przebraniu po miastach i wsiach i przyglądała się uważnie. Zło i nienawiść przeplatały się w jej oczach, co i rusz. W końcu wkroczyła do pewnego lasu, w którym po raz ostatni usłyszała tamtą pieśń. Idąc przez niego dotarła do niezbyt wysokiej góry, której szczyt nie był porośnięty przez żadne drzewa, a jedynie rzucające się w oczy z dala czerwone wrzosy. Na nim stał zamek, zbudowany z czarnego marmuru, zdobiony witrażami i krużgankami, już trochę zrujnowany. Jaga weszła na wzniesienie nazwane później Łysą Górą i zamieszkała w zamku. Swoimi czarami odrestaurowała go, jak mogła, a później zaczęła działać. Kierowała swoją psychiczną mocą i wabiła zbłąkane, cierpiące dusze. Gdy młode i rozczarowane życiem dziewczyny zjawiały się u progu zamku, początkowo pocieszała je, jak mogła, dawała schronienie i pożywienie, a później te w których widziała potencjał namawiała do przejścia opracowanego przez nią rytuału, podczas którego dostawały moc, ale w zamian odbierane im były uczucia. Większość się zgadzała i tak stawały się czarodziejkami, a raczej czarownicami. Po kilku latach, gdy ukształtowała się hierarchia, Jaga ogłosiła siebie królową i teraz nikt nie był w stanie jej tego tytułu odebrać. Przybrała nazwisko Dracori, takie samo jakie miała jej mentorka i mimo swojej długowieczności zapewnionej czarami zapragnęła założyć swój własny ród. W tym celu ponownie wyszła w przebraniu do jednego z miast i znalazła godnego kandydata na męża. On zakochał się wiej na zabój, lecz ona nie czuła do niego nic. Nigdy nie zdradziła mu swojej prawdziwej tożsamości. Zamieszkali razem w małej chatce na obrzeżach lasu, zaszła w ciążę, a potem gdy urodziła dziewczynkę, jednej z nocy opuściła go, zabierając ze sobą dziecko i wróciła do Khalcazaru. W ciągu wielu następnych lat mała armia Jagi powoli rozrastała się coraz bardziej aż w końcu zaczęła tracić nad nią kontrolę. Co bardziej nadgorliwe zaczęły porywać dzieci i mamić mężczyzn, a później ich zabijać bez zgody królowej. Wtedy miejscowa ludność przypomniała sobie o okrutnej wiedźmie i z powrotem powrócili łowcy czarownic. Teraz wszak wiadomo było, gdzie mniej więcej szukać sprawczyni tych okropieństw. Początkowo dawała sobie radę z gromadami wściekłych ludzi chodzących z widłami i pochodniami po lesie. Jednak pewnego razu zjawił się ktoś, kto przypieczętował jej żywot.

***

Jaga biegła pomiędzy drzewami, jej czarna suknia zaczepiała się o wystające badyle i gałęzie krzaków, utrudniając ucieczkę. Nie mogła zrozumieć, jak on był w stanie zablokować jej magię, odebrać ją. Przecież była najpotężniejszą czarownicą, panią magii, królową... Teraz była bezbronna i nie wiedziała, co robić. Starała się zniknąć mu z oczu, schować się gdzieś, znała ten las bardzo dobrze, jednak nie dawał za wygraną. Nikt też jej nie pomagał, nikt nie wiedział. Była zdana sama na siebie. Zaczęło brakować jej sił. Upadła. Wiedziała, że to był jej koniec. Obróciła się powoli. On stał już nad nią. Zbudowany mężczyzna przyodziany w skórzany strój z mieczem u pasa. Podał jej rękę, aby pomóc jej wstać, a ona przyjęła pomoc. 
- Jak to zrobiłeś? - spytała się cicho.
- Istnieje jeszcze bardziej tajemna magia, o której nie masz pojęcia - odrzekł i związał jej ręce grubym sznurem. - Choć - nakazał, lecz ona się nie ruszyła z miejsca, a wtedy szarpnął za linę. Poszła za nim, lecz minę wciąż miała zadziorną i niepokonaną. 
- Kim jesteś?
- Złem większym niż ty przybyłym z odległej krainy... - odrzekł z pogardą.
Jaga zamilkła na te słowa i nie odzywała się więcej. 
Przyprowadził ją do centrum pobliskiego miasteczka, gdzie szykowano już stos. A więc, chcą mnie spalić - pomyślała - dosyć oryginalne. Nie bała się śmierci, wiedziała, że osiągnęła wiele, spełniła swoje cele i pozostawiła po sobie płomień zemsty i nowej nadziei nie gasnący w innych czarownicach. Kiedyś w końcu musiał nadejść jej koniec, aby dopełniło się przeznaczenie. 
Słońce już zachodziło, gdy stos suchych gałęzi był odpowiednio wielki. Przyprowadzono związaną królową Jagę odzianą w czarną płachtę i zaczęto przywiązywać ją do pala. Tłum zgromadzonych ludzi wykrzykiwał na zmianę to wiwaty, to obelgi. Na twarzy wiedźmy okolonej długimi, kruczo czarnymi włosami nie dało się wyczuć żadnych emocji. Patrzyła przed siebie pustymi oczami, jakby nie zdawała sobie sprawy, że zaraz zginie. Nagle do stosu podszedł mężczyzna, który ją schwytał, trzymając pochodnię w ręku. Miejscowy lud uznał go za wielkiego łowcę i wybawiciela. Mówiono, że władał nieznaną, potężną mocą. Bez słowa spojrzał ostatni raz na twarz przeklętej kobiety i przy samym dole podpalił stos. Jaga zaczęła płonąć, a on przyglądał się uważnie jej śmierci. Nie wydała jednak z siebie żadnego, najcichszego odgłosu, jakby w ogóle nie czuła bólu. Gdy płomienie roztańczyły się na dobre i przysłoniły jej twarz skupiła w sobie ostatnie resztki swojej mocy, których tamten nie był w stanie jej zabrać, choć o tym nie wiedział i niezauważenie zaczęła szeptać ostatnie zaklęcie, klątwę, która miała przynieść łowcy wieczne, nieskończone cierpienie.
- Wcale nie jesteś potężniejszy ode mnie głupcze... - powiedziała sama do siebie wśród odgłosów palonego drewna. - To ja jestem niepokonana. Choć zginę, moc tajemna po mnie zostanie i świat odmieni. 
Potem zaczęła krzyczeć okropnie, aby jej śmierć wszyscy zapamiętali i śniła im się po nocach, a gdy dokończył się żywot królowej czarownic usłyszano pieśń, rozchodzącą się wokół głuchym, czystym głosem.

Epilog

Jaga pozostawiła po sobie misję, która towarzyszy czarownicom z Khalcazaru do dziś. Żyła 273 lata i odmieniła obraz Xaresyi na zawsze. Musieli się z nią liczyć zarówno władcy Ludzi, jak i Elfów. Zasiała strach w wielu sercach i zmieniła los części kobiet. Pytanie tylko na lepsze, czy na gorsze? Pewne jest to, że stworzyła wiedźmy o wielkiej mocy, które jeszcze mogą wiele zdziałać i odwrócić bieg dziejów. Jej córka Sarina nie poszła w jej ślady. Wolała wieść spokojne, normalne życie. Odrzuciła magię i pragnęła o niej zapomnieć. To wtedy nastąpił największy kryzys i rozłam czarownic, bowiem nie miały władczyni, która załagodziłaby spory i nimi pokierowała. Sarina, jednak urodziła córkę, która udała się do swojej babki i poszła w jej ślady. Od najmłodszych lat umiała posługiwać się magią, co bardzo denerwowało jej matkę, która w końcu pewnego razu, gdy nie mogła już wytrzymać emocjonalnie, oddała ją wiedźmie z Khalcazaru. Tam Yelena wychowała się na prawdziwą czarownicę, z zadatkami na jeszcze bardziej potężną niż swoja babka. Gdy dorosła objęła tron, załagodziła wszystkie konflikty i po dzień dzisiejszy stara się poszerzyć granicę władzy wiedźm i kontynuuje działania Jagi.

*** 

"Czar prysł, lud zmilkł i zapomniał o swych przodkach...
Obecny świat? Kłamstwo, prawda, czy iluzja? A może piękna bajka?
 Cienie, szmery, podszepty. Zapach kwiatu paproci i melodia mej pieśni.
 Wsłuchaj się uważnie dziecino, ja nie zgasnę nigdy."

***


Dziękuję wszystkim, którzy przeczytali i dotrwali do końca. Opowiadanie inspirowane postacią Baby Jagi, która jest dla mnie bardzo ciekawą postacią w słowiańskim folklorze. Mam świadomość, że wiele wątków napisałem dość ogólnie, ale jak widzicie i tak zajęło sporo miejsca i nie miałem też zbyt wiele czasu, a koniecznie chciałem je opublikować o tej porze. Mam nadzieję jednak, że moja wersja historii Baby Jagi się wam choć trochę spodobała. Czekam na wasze opinie i krytykę w komentarzach :) 

1 sty 2018

"Łabędzi Śpiew"

Drobne strzępki śniegu jak łabędzi puch okrywają skostniałą mrozem ziemię. Mróz kolczastymi dłońmi wyżyna na gładkich szybach lodowe kwiaty i nastroszone drobnymi igiełkami paprocie. Każde słowo zamienione w obłoczek pary, każdy szept przeobrażony w siwą mgiełkę niepewności zawisa w powietrzu i wibruje w zimowej ciszy zaskorupiałej w martwocie doliny. Gdzieś między kotarami leniwie snujących się w przezroczystym powietrzu płatków chwieje się i skrzypi chata z zawadiacko przekrzywioną strzechą. Przy oknie z filiżankami parującej herbaty zasiadała para młodych ludzi. Kobieta poprawiła dyskretnie wełnianą narzutkę i zaniosła się gwałtownym kaszlem. Młodzieniec przyglądał jej się chwilę po czym znów utopił czujne spojrzenie ciemnych oczu w szafirowej głębi nieba obsypanej dyskretnym blaskiem roziskrzonych gwiazd. Księżyc łagodnie prześlizgnął się po łagodnych rysach jego twarzy i spoczął na dziewczynie. Wzdrygnęła się mimowolnie, jakby od nagłego podmuchu mroźnego wichru.
- Łabędzie powracają... - mruknęła do siebie nieokreślonym tonem. Nie mógł określić, czy stwierdzenie to przynosiło jej ulgę, czy obudziło niepokój. Nauczony doświadczeniem starał się jednak milczeć, szczególnie teraz, gdy wiedział, iż kolejna pieśń może mieć katastrofalny wpływ na jej zdrowie. Z roztargnieniem począł międlić dłonią krawędź ozdobnej kamizelki. Z zamyślenia wyrwał go jej łagodny dźwięczny śmiech.
- Zapytasz w końcu czy najpierw zrobisz origami ze swego odzienia?
- Ja... ja... - próbował się tłumaczyć. Dowód "zbrodni" wysunął mu się spomiędzy palców i sterczał teraz nienaturalnie pomięty, jak kwiat ścięty przedwczesnym przymrozkiem. - może nie powinna pani... ze względu na stan zdrowia z pewnością...
- Byle nie pani, bo następnym razem dostaniesz za to w nos. O co chcesz spytać?
Poczerwieniał i zagryzł wargę jak zwyczajny uczniak. Jego dłoń bezwiednie powędrowała do góry i ugrzęzła w plątaninie kruczoczarnych kędziorów.
- O co właściwie chodzi z tym powrotem?
- Widziałeś, kiedyś łabędzia w zimie?
- Nie, dlaczego o to pytasz?
- W moim kraju wierzymy, że w zimie łabędzie powracają do swojej niebiańskiej ojczyzny. Opowiem ci jak było. I nie martw się o moje gardło, tej pieśni się nie śpiewa.
Słońce tam daleko za horyzontem świtu maluje niewidziane ludzkim okiem pejzaże, czerwienią róż, złotem pszennych kłosów i siwą mgłą. Przedwieczny ocean burzy się i spomiędzy wód jego otoczona wieńcem coraz szerszych pierścieni, atłasowych grzbietów fal wynurza się kobieta ideał. Nie wiadomo jakie ożywcze tchnienie wlało w nią życie, skąd pochodziła iskra rozniecająca martwą głębię i jakiego nadprzyrodzonego piękna odblaskiem była jej nieziemska uroda. Jej delikatne włosy sprężynowały przy każdym ruchu głowy, alabastrowa cera i oczy jak spokojny lazur wód. Policzki pokrył jej rumieniec nieśmiałości i chłodu, gdy zimne ciało wiatru otarło się o jej nagość. I wtedy najszlachetniejszy z ptaków rozmiłowany w jej zdumiewającym widoku wyrwał sobie piór kilka i odział ją w szatę zeń sporządzoną miększą niż obłoczne puchy. I zaśpiewał pieśń najpiękniejszą jaką świat nowo zrodzony z cienia kiedykolwiek słyszał. Był to łabędź. 
- A ta kobieta? - zapytał nie wytrzymując do puenty. Uniosła dłoń prosząc o ciszę i kontynuowała opowieść unosząc oczy w natchnieniu.
Kobieta ową była zaś Luna. 
Bogini ukochała miłosierne stworzenie, które pragnęło ulżyć jej pierwszemu niewinnemu cierpieniu i obrała sobie je za towarzysza. Dlatego właśnie nie zszedł on na ziemię, jak inne ptaki, a pozostawał u jej boku, jako wierny przyjaciel i sługa - radując ją swym widokiem i niebiańskim śpiewem, będącym najcenniejszym jego darem przeznaczenia. Nie długo jednak trwał spokój i nie dość było radości. Jak każde szczęście na świecie i to kończyć się musiało nagle, przedwcześnie, w pełnym rozkwicie. Oto bowiem powstał władca na północy i dumne jego serce uległo podszeptom mrocznych sił kłębiących się głęboko pod ziemią. A imię jego było Anhar i krew w nim płynęła tego co skazany na wieczne zapomnienie. Ludzie zaś żyli wówczas w powszechnej przyjaźni z nadzieją patrząc w przyszłość i nikt nie pragnął być ponad innymi. Owy król jednak zapragnął być najwyższym z wszystkich, bo wierzył, że tylko wówczas pozna całą prawdę i będzie mógł obdarzyć swych braci szczęściem jakiego dotąd nie znali. Nie pragnął on szukać Tego, od kogo pochodzi, to co jest, lecz sam pragnął stanowić o bycie. Zaprzedał, więc swą dusze siłom piekielnym i w zamian otrzymał niewielką paczuszkę, a ten co jest głosem mroku przemówił:
- Rozsyp te ziarna po całej ziemi, a wówczas powstanie naród przeciw narodowi i brat przeciw bratu miecz podniesie, lecz ja cię wesprę i ty będziesz najokrutniejszym z nich.
- Co to znaczy być okrutnym - zapytał książę, bo ludzie wówczas nie znali wojny i krwi rozlewu. Głos mroku roześmiał się wstrząsając filarami ziemi podnosząc tabun błędnych pyłów i oparów szaleństwa i żądzy.
- Cóż znaczy być okrutnym... być okrutnym znaczy być wielkim. 
I znów ciemnym korytarzem z wnętrzności ziemi wyszedł władca północy na powierzchnię, lecz już nie ten sam, co zstępował w otchłań. Serce jego było odmienione i oczy zamknięte, a w dłoni zaciskał kurczowo płócienny woreczek. Śmiało wkroczył do pałacu, choć nie miał już prawa weń wstępować i sięgną po potęgę, nad którą nie godzien był panować. W komnacie o kryształowych żyrandolach, gdzie stropy lustrzane dźwigały kolumny z lodu rozbił szkatułę, której pieczy powierzono wszystkie cztery wiatry. Salę wypełniło wycie i skowyt dzikich bestii spuszczonych z przedwiecznej uwięzi. Szarpały się wściekle miotając drobne iskierki śniegu zalegającego posadzkę. I nagle tuż przed nim ukazała się w księżycowej poświacie w wirze spłoszonych śnieżnych drobinek...Ona. Bogini z włosem rozwianym w pełnym rynsztunku, lecz z twarzą łagodną i wilgotnym okiem. Uśmiechnęła się do niego ze smutkiem i pokręciła głową rozsypując fale lśniących włosów. Lecz on jej nie widział. Dłonie powoli otworzyły niewielką paczuszkę i rozdarł ją z tak przenikliwym zgrzytem jakby cały świat począł nagle pękać jak zbutwiała zasłona. 
- Porwijcie wichry to ziarno i podpalcie świat, bym ja mógł ugasić pragnienie ludów
Harda bogini rozbłysła gwiezdnym światłem i zniknęła wracając do swej siedziby, a wściekłe bestie rozniosły po świecie ziarna nienawiści. 
I padła Luna w swej komnacie na kolana błagając swego Mistrza o miłosierdzie nad ukochanym ludem, lecz gniew rozpleniał się szybko i kolejnych żądał ofiar. I wystąpił wówczas białopióry i rzecze:
- Pozwól o pani bym zszedł na ziemię i poniósł owo brzemię dla ciebie. Ja i moi bracia zjemy owe ziarna, co miały posiać nieprzyjaźń między tymi, których umiłowało twe świetliste spojrzenie, a gdy mój czas się dopełni powrócę do ciebie.
Skinęła głową bogini i ucałowała na pożegnanie swego przyjaciela. 
Tak sfrunęły świetliste ptaki i pokryły ziemię swym miękkim puchem, którego przypomnieniem jest dzisiejszy śnieg. A było to właśnie tego dnia, którego dziś obchodzimy święto księżyca. I zjadły stada łabędzi zgubne nasiona. Lecz grzeszny zasiew ugrzązł w ich gardłach odbierając im głos. Dlatego właśnie rodzą się łabędzie szare jakby z gniewu przejętego po przodkach, bo nasienie nigdy nie umiera, i stają się później coraz bielsze, coraz delikatniejsze, aż gdy wewnętrzna miłość pokona w nich nasienie zguby, dobywają z siebie najpiękniejszą pieśń i zaraz potem powracają na łono ukochanej bogini. Lecz nie wszystkie. Niektóre strzegą miłości i poezji i tylko dziś w rocznicę swej ofiary wstępują do Nadniebnych gmachów. Są też takie co przejmują na siebie nie tylko zaczątek, ale i całą winę ludzkości. Te zaś mają ciemne pióra i nigdy nie doświadczają ocalenia, aż przy końcu świata otrzymają swą nagrodę. Widzisz tą konstelację na północy, to łabędź. A dziś jest jego święto.

25 wrz 2017

Mit o narodzinach rasy pieśniarzy



Usiadłam na wprost mojego rozmówcy i oparłam głowę na dłoni wpatrując się w płomienie igrające na polanach drzewa tworzących w moim murowanym kominku równiutki stosik. Niesforny ogień co i rusz układał się w fantazyjne kształty jak z baśni tysiąca i jednej nocy. Zdawało mi się, że skądś znam te postaci, więc szybko zmrużyłam oczy, by powstrzymać falę cudzych wspomnień. Drobne dłonie powleczone rękawiczką zacisnęłam mocniej na oparciach fotelu. Twarz musiał mi się znów wykrzywić w tym grymasie wysiłku, bo gdy ponownie uchyliłam powieki, przybysz wpatrywał się we mnie natarczywie.
- To znowu te twoje wizje?
Zapytał z czymś na kształt troski w głosie. Skinęłam głową i pochyliłam się lekko starając powstrzymać nudności. Wreszcie zrezygnowałam i czując napływające do oczu łzy sięgnęłam po harfę. Delikatne dźwięki nieco mnie uspokoiły, tak że mogłam wreszcie głębiej odetchnąć.
- A tak właściwie skąd ci się to bierze?- zapytał, a ja natychmiast dostrzegłam te figlarne iskierki w jego oczach współgrające doskonale z nieludzkim uporem. 
- Jestem pieśniarką - mruknęłam nakrywając się kocem i łudząc w duchu, iż to wystarczająco wyraźnie da mu do zrozumienia, że nie jestem w nastroju na kolejną pieśń. Oczywiście nie odpuścił.
- Twoja matka też była pieśniarką? Czy ta rasa może być dziedziczona przez mężczyzn?
- Moce słowa nie są dziedziczne - odparłam starając się na niego nie patrzeć. Głos mój był obojętny, ale palce instynktownie szukały już właściwych strun, zmrużyłam oczy:

Wśród dymu kadzideł w nocy pomroce
Do stóp twych bogini pokornie kroczę
Złożyć w twe dłonie całą nadzieję co pod sercem noszę
W wizjach widziałam co je czeka i o litość ciebie proszę
Gdy córka ma nie może być zwykłym człowiekiem
Niech na całe życie ma choć twoją opiekę
Tak modły wznosi kapłanka w świątyni
Licząc na łaskę dobrej księżyca bogini
Luna więc siedząc na swym gwiezdnym tronie
Wyciąga przed się alabastrowe dłonie
Wzywa palca skinieniem lotnego puszczyka 
Niechaj z jej rozkazem do Jawry niebem pomyka
A bogów wyrocznia siwowłosa sroga
Niech prorokuje kędy biegnie dziecięcia droga
Stawia się starka na pani wyzwanie
I klęka pokornie na jednym kolanie
Po czym pod ramie troskliwie ujęta
Na chmurnych puchach siada przejęta
Oczy zaklęte bielmem ślepoty błyskają
Bo nie przed siebie lecz w przyszłość spoglądają
Kościste palce dobrze nici życia znają
Choć je losy przeciwne w węzły plątają
Ona je zgrabnie wywikła, w dłoni zważy pomieści
Dziś rzecze do bogini mowa takiej treści:
  Dziecko z urodą wiosennej łąki
Z głosem co go zazdroszczą skowronki
Lecz przyszłość pełna bólu, którego się nie zapomina
Droga jej wiedzie gdzie krwawa dolina
Tysiąc padnie po prawej, tyleż po lewej stronie 
Ona jedna ocaleje by nieść dziedzictwo krwi swoje
Nie zapomni, zapomnienie nie dane takim jak ona
Niczego nie doświadczy, choć jej pieśń krwią splamiona
Cudzy ból, cudze znoje
Idź dziecię nieś przekleństwo swoje
W świecie którego nie rozumiesz
Którego w pełni zbadać nie umiesz
Płyń naprzód bezbronny kwiecie, co strzec się nie może się nawet łzami
Żyć będziesz na zawsze tylko cudzymi wspomnieniami
Lub zginiesz nim doświadczysz i poznasz co życie
Śmierć cie czeka dziecino jutro o świcie*
I rzecze pełna troski bogini obrony:
Czy leku dla niej nie ma ni żadnej osłony?
Zawsze będzie żyć wspomnieniami co ujścia znaleźć nie mogą 
czy iść ona musi tą żałosną drogą?
Wybacz bogini - rzecze starka - i nas pęta przeznaczenie
Od początku do ostatka jemu podlega każde stworzenie
Lecz czuję że jeśli chcesz to srebrnymi nocami
W gaju pomruków jeleń chadza ze srebrnymi rogami
To bożek życia w tej postaci
Odwiedza leśnych swoich braci
On ma ze szczęściem tajemne układy
Zna jego wszelkie zachcianki i wady
Schwyć go, a on ci sposób wyjawi
I tak się dziecię od nieszczęść wybawi 
Wdziewa więc na się strój łowczego bogini waleczna
I zdobyczy czeka za drzewem bezpieczna
Blask na jej twarz rzuca poświata księżyca
I srebrem maluje gładkie jej lica
Wreszcie przez mroki i mgliste ostępy
Nad ziemią leci jeleń zaklęty
Świsnęła strzała i godzi niechybnie
W zaroślach cieć rozpięta zdobycz przydybie
Spłoszony zwierz obniża loty
I wnet się plącze w misterne sploty
Oddech zeń srebrnej krwi zdroje wytacza
Nad nim już słychać wrzaski puchacza
I wnet bogini piękna się zjawia
Za uwolnienie warunki stawia
A jeleń skłoniwszy się należycie
Rzecze: Ja mogę ocalić życie
Lecz dla natury biegu równego
Trzeba mi dostać coś równie cennego
Próżno darami szafuje bogini i składa różne obietnice
Wysoko sobie życie ceni zwierze tajemnicze
 Wypuszcza więc jelenia pomna wielkiej straty
Lecz nie on winien więc niegodzien trafiać za kraty
Czy w zamian za mrzonkę życie oddawać
Trzeba przeznaczeniu widać się poddawać.
A nad świątynią świt się różowi
I spiesza naprzód męże bojowi
I ogień jak krzew róży wspina się na ściany
A w ciszy głosik dziecięcy dźwięczy niesłyszany
A kiedy pożoga i wojna minie
na ziemię znosi wiatr boginię
 Nad kołyską się pochyla i takie rzecze słowa:
O słowiczku mój mały bądź zdrowa
Choć świat cie za życia w trumnie pochowa
 więcej ci dać nie mogę niż to bądź zdrowa
Zerkają oczka modre na dobrą boginie 
Po policzkach alabastrowych łza samotna płynie
I opada i na srebro barwi dziecka jasny lok
I płomieniem się zapala księżycowej pani wzrok:
Tobie wielkość jest pisana
choć w sercu zostanie rana
twój słowiczy piękny głos
Bohaterski będzie śpiewać los
Pójdziesz na wojny do boju zagrzewać
Pójdziesz w niewolę o ojczyźnie śpiewać
Uczucia ci wrócę lecz znacznie głębsze
Wielu ludzi historie odgadywać będzie twe serce
A natchnienie o de mnie ci dane
Pozwoli ci śpiewać to co zapomniane
Schyla się bogini w czoło dziecię całuje
I moc ta wyjątkową tako jej daruje
Patrzy na to księżyca pełna, srebrna twarz
Stąd moc którą dzisiaj u mnie samej znasz 


 * pieśni wróżbitki nigdy nie są jednoznaczne, według tego fragmentu najprawdopodobniej dziecko ma stracić rozum i umiejętność okazywania emocji w wyniku traumatycznych przeżyć dnia, w którym się narodzi